Tony Sandoval

Tony Sandoval stworzył jedną z moich absolutnie ulubionych historii graficznych – „Doomboya”. Niewielka objętościowo książka jest tak napakowana emocjami, że trudno nie oddać jej serca. Wydana w 2013 roku przez Timofa i Cichych Wspólników, przetłumaczona przez Katarzynę i Małgorzatę Sajdakowskie, powinna wejść do kanonu lektur każdego nastolatka. Tyle, że nie można „Doomboya” kupić, bo nakład wyczerpany. Polujcie na aukcjach i w antykwariatach, chociaż nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek chciał się tego pozbyć. „Doomboy” (uwielbiam to słowo więc będę je powtarzać, ile się da) to historia uczuć i twardej muzyki, chłopaków i dziewcząt, potężnych dźwięków, wielu tęsknot i próby zalepienia dziury w sercu. Napięcie na granicy rysunków Sandovala i niedopowiedzianych emocji bohaterów jest tak potężne, że w tym komiksie można się ciężko zakochać. Do tego akcja dzieje się nad morzem, nad którym toczą się burze, napięcie jest więc również w powietrzu. 

No więc „Doomboya” nie kupicie. Ale pojawiła się kolejna historia Tony’ego i jest to opowieść autobiograficzna. Bo Sandoval urodził się w północno-zachodnim Meksyku i bardzo chciał wyemigrować do USA, do dziewczyny i lepszego życia. Ale nie dostał wizy. Co zrobił? Przedarł się nielegalnie przez granicę. Ile razy, jak, z kim, ile za to zapłacił? Przeczytajcie „Spotkanie w Phoenix” w tłumaczeniu Katarzyny Sajdakowskiej i Jakuba Jankowskiego. Dlaczego to jest super-ważne? Ile razy czytacie kogoś, zakochujecie się w jego kresce i zupełnie nie zastanawiacie się, kim jest? Bo czy to aż tak ważne? Być może w czasach dużej dynamiki, zmian na całym świecie, wielkich migracji, walki z samym sobą o zrozumienie uciekinierów z „innego świata” – to jest ważne? Tony Sandoval nie uciekał przed wojną, chciał zostać komiksiarzem, chciał spełnić swoje marzenia i zrobił to, ryzykując życiem. Gdyby się nie zdecydował, być może nie czytałabym dziś po raz dziesiąty „Doomboya” – dziejącego się w małym miasteczku, gdzie każdy chciałby się wybić, nagrać płytę, pławić się w sławie. Albo chociaż w małym, osobistym szczęściu. 

Za chwilę ma się pojawić kolejna książka Sandovala – “Futura nostalgia” – mam duże nadzieje, że będę mogła ją aplikować nastolatkom. Wyczekujcie, wyglądajcie w fajnych księgarniach.

 

Tony es un bastardo!
Tony tiene núcleo grandes!
– napisy na murach w Ciudad Obregón. / za stroną wydawcy timof.pl

Advertisements

Ilustracje to nie był mój plan na życie

Skąd się wzięła ilustratorka Maria Dek?

(2011) Wróciła właśnie z Erasmusa, stała na kolebiącym się chodniku, czekając na autobus i postanowiła zostać ilustratorką – opowiada o sobie Maria Dek. Od razu zapisała się na lekcje rysunku i zachęcona przez koleżankę, pojechała na rok do Brighton – „Nie dałam im wyboru, przyjechałam, stanęłam w progu z walizką – musieli mnie przyjąć” – śmieje się. To nie była najlepsza uczelnia, ale tam przekonała się ostatecznie, że ilustrowanie to to, co chce robić. Po powrocie kontynuowała studia w Warszawie (Akademia Sztuk Pięknych). Na drugim roku uparła się, żeby wydać książkę i tak pojawiły się „Paskudki słowiańskie” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Myślanki)

Właściwie od razu wiedziała,​ że interesuje ją praca z zagranicznymi wydawcami. Uparcie jeździła na targi do Bolonii, nadal jeździ i tam znajduje klientów.

Druga wizyta zaowocowała wydaniem „A Walk in the Forest” – jej pierwszej autorskiej książki (wyd. Princeton Architectural Press). Dlaczego nie w Polsce? Bardzo by chciała. Mówi, że w Polsce jest wielu genialnych ilustratorów, rynek jest spory, ale pieniądze są słabe. W Hiszpanii czy Francji zarabia dwie trzecie albo połowę polskiej stawki, tyle, że w euro… Poza tym, jest tam doceniana, w Stanach Zjednoczonych jej prace bardzo się podobają – mówi, że między innymi dlatego, że widać w nich skąd jest. Na jesień ukaże się we Francji książka „Gdzie się podziewa Malo?” – jest mocno zakorzeniona w Białowieży. „Opowiada o pewnej wrednej ryjówce, okropnym gamoniu, do której na końcu dociera, jak dobrze jest być wśród przyjaciół, że wynikają z tego same piękne rzeczy. Ta książka jest tak naprawdę o momencie, w którym dziecko uczy się mówić „przepraszam”. Nie ma być moralizatorska, po prostu pokazuje pewien proces”. „Gdzie się podziewa Malo?” powstawała w Białowieży – „Natura w moich książkach zmieniła się pod wpływem tego miejsca” – mówi mi Marysia. – „Teraz, gdy maluję żuczka, to jest to żuczek tutejszy, rzeczywisty. Przepuszczam przyrodę przez moją głowę, obrazy nabierają mocy.”

Pracami Marii zachwyciłam się​, gdy w moje ręce wpadła książka wydana przez Wytwórnię – „Kiedy będę duża” (lub „duży” w wersji dla chłopców). Wcześniej jej ilustracje można było zobaczyć w „Czary na białym” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Warstwy) lub w „O’le! Hiszpania dla dociekliwych” (tekst Moniki Bień-Königsman, wyd. Dwie Siostry). Jeśli ktoś był czujniejszy niż ja, dostrzegł ilustracje Marii w magazynie Gaga lub w Menażerii. Gdy rozmawiamy o ewentualnych tłumaczeniach jej książek, lub zamówieniach od polskich wydawców, Marysia mówi, że lubi patrzeć, jak na prowadzonych przez nią warsztatach, pod wpływem czytania czy malowania, coś się rusza w głowach dzieci. To dlatego tak bardzo chciałaby, żeby na polskim rynku w końcu pojawiły się jej autorskie książki. Rzadko kiedy ma okazję prowadzić warsztaty za granicą.

Zdarza się, że polscy wydawcy przychodzą do ilustratora/torki i myślą, że da się zrobić książkę w trzy miesiące. „A ja mam rozpisany grafik na kilkanaście miesięcy do przodu, nad swoimi książkami pracuję nawet rok. Poza tym, każda z nich musi odpocząć, odleżeć, żeby można było spojrzeć na nią chłodnym okiem. To wszystko trwa i nie można mnie popędzać, bo czuję się odpowiedzialna za młodego odbiorcę, nie mogę czegoś zepsuć. Książka jest całością, zarówno tekst, jak i ilustracje muszą mieć swój rytm.”

Jak pracuje?​ Używa akwareli, ale z bardzo małą ilością wody. Efekt wygląda troszkę jak gwasz albo akryl, rysunki mają swoją fakturę. Marysia zaczyna od szkiców – „Pierwsze bywają wielkości pudełka od zapałek” – później rysunki „rosną” i nabierają kolorów. „Kiedyś skanowałam prace, teraz przesyłam oryginały wydawcy i to on się tym zajmuje. A wiesz, że zielony jest najtrudniejszy w druku? Drukarnie nie używają zielonych farb i trzeba mieszać niebieskości z żółcieniami, a to paskudnie trudna sprawa.

Białowieża. Pijemy herbatę, za oknem przejeżdżają już majówkowi rowerzyści, przechodzi straż graniczna, zielenią się chęchy przy ulicy Stoczek, jeszcze do niedawna Waszkiewicza – „Ten dom, w którym teraz jesteśmy, miejscowi nazywają „domem generała”, bo podobno Waszkiewicz zatrzymał się w nim kiedyś” – zdradza Marysia. Pochodzi z Białegostoku, a kawałek ziemi w Białowieży kupili jej rodzice osiemnaście lat temu. Podczas którejś majówki, przyjechała tu z chłopakiem – Rafałem. Zakochał się w białowieskim mikro-siedlisku. Teraz w jednym domku przygotowują hostel, drugi remontują dla siebie, trzeci można wynająć w całości. Rzut beretem na plebanię, na Centurę, na łąki za którymi czeka Rezerwat Ścisły i Białowieski Park Narodowy, pół godziny, może czterdzieści minut od Dziedzinki – leśniczówki, w której mieszkali Simona Kossak i Lech Wilczek. Zresztą Lech Wilczek nadal tu mieszka i to całkiem blisko… Po przekątnej, jakieś dwieście metrów od domku Deków znajdziecie jedną z dwóch najfajniejszych białowieskich kawiarń – Walizkę. Po kawie lub regionalnym cydrze, w bok, ulicą Mostową, można zejść na łąkę, gdzie kszyk, błotniak stawowy i gniazdujące czajki. Pasie się bocian, czasem nad wodą przycupnie czapla biała. Wiosną, w szczycie ptasiarskiego sezonu kręcą się Brytyjczycy z potężnymi lunetami swarovskiego. A wieczorem, w drewnianym domu Deków-Lewandowskich pachnie herbata, skrzypią wesoło drzwi, z okna na piętrze można obserwować życie głównej ulicy, ciągnącej się aż pod cerkiew i bramę Parku Pałacowego.

„Życie na wsi wcale nie płynie wolniej, zawsze jest coś do zrobienia. Stuletni dom ma swoje prawa, nie da się go szybko posprzątać, oczekuje uwagi, wszystko wymaga napraw i pielęgnacji. Ale miło jest wyjść rano i usiąść na schodku, patrzeć, jak młody kopciuszek uczy się latać, jak kowaliki się kokoszą”. To, że mieszkają w Białowieży, to zasługa Rafała. Chciał rzucić pracę w korporacji gdzie przygotowywał mapy dla Boeinga. Teraz jest specjalistą od remontów drewnianych domów – śmiejemy się. Marysia mówi, że bała się samotności, ale na miejscu spotkała wielu ciekawych ludzi, poza tym przyjeżdża tu sporo turystów, zwłaszcza w weekendy. Pytam, jak odnajduje się wśród białowieżan – „Tu trzeba dobrze żyć z sąsiadami, na sąsiada można liczyć, pomoże w potrzebie, jeśli nie ma zadry. Jestem „nawołocz” – pada wreszcie to słowo, tak ostatnio popularne w Puszczy – „Jeszcze sama ze sobą nie czuję się stąd” – opowiada Marysia. „Kiedy będziesz stąd?” – Zadaję pytanie, które zadaję chyba wszystkim tu spotkanym ludziom – kiedy człowiek może powiedzieć, że jest stąd? Po dziesięciu latach, po dwudziestu, po stu? W drugim pokoleniu? „Będę stąd wtedy, kiedy więcej od siebie dam. Chciałabym więcej pracować z dzieciakami. Mam taki plan i będę go powolutku realizowała. Chciałabym im pokazać, jakie mają szczęście, że tu żyją, otworzyć im w głowie furtkę, na to, co ich otacza. Bo mają coś, czego nikt inny na świecie nie ma – Puszczę Białowieską.”

Maria Dek wespół z Agatą Królak (równie ciekawą ilustratorką i autorką książek) rozpoczęły niedawno działalność wydawniczą. Co kwartał produkują kolejny numer niewielkiego, ale przemiłego magazynu TRZY CZTE RY. Magazyn ma postać rozkładanki, zachęca dzieciaki do nieskrępowanej twórczości, podsuwając im mnóstwo ciekawych pomysłów – od przepisów na koktajle, po zrobienie własnej wystawy z rozerwanych kart magazynu. TRZY CZTE RY szukajcie w dobrych księgarniach, kosztuje piętnaście złotych, a powinien być na wyposażeniu każdego przedszkolaka i szkolniaka. 

Dom Marysi i Rafała – Białowieża MorzeLas czeka na Was przy ulicy Stoczek. Ofertę noclegową (którą polecamy!) znajdziecie o tu: Białowieża MorzeLas

Eksperymenty z własnymi potrzebami

Cabin Porn nie jest o “ucieczce w Bieszczady”. Wbrew pozorom to nie album z pornograficznymi zdjęciami chatek, których nigdy nie zbudujecie. Dave Frazee uczył się w Taliesin West – pracowni/domu Franka Lloyda Wrighta i tam eksperymentował z budową domku na pustyni odnajdując w archiwach uczelni projekt swojego starszego kolegi. Sam Caldwell przejmuje rodzinną tradycję wyrobu syropu klonowego i buduje własną “klonową chatę” – prostą, funkcjonalną surową. Denis i Anneli budują w stanie Maine drewniane schronisko według siedemnastowiecznego wzorca. To trzy spośród kilku historii wrzuconych między okładki. Eksperymenty z własnymi potrzebami, z materiałami od drewna i betonu, po ręcznie wypalane cegły, różne sposoby życia wśród ludzi i dużo miłości do przyrody – to znajdziecie w Cabin Porn. Oraz (no dobra) trochę pornograficznych zdjęć chatek w lasach – od Nowej Zelandii po to kuszące Maine. Książka leży sobie na biurku, bo kolorystyka okładki wpływa zdecydowanie na poprawę samopoczucia. Cabin Porn zrobili: Zach Klein, Steven Leckart, Noah Kalina. Przetłumaczyła Ewa Wojtych. 

Zach Klein, Steven Leckart, Noah Kalina / Cabin Porn / tłum. Ewa Wojtych / Wydawnictwo Smak Słowa

 

Kobiety

„Po diabła te kobiety piszą?”. Takiego pytania nigdy nie zadano wprost, ale od początku lat dziewięćdziesiątych wisiało w powietrzu. Próbowano dla kobiet utworzyć osobną kategorię, niech się otorbi ta ich pisanina jak łagodny nowotwór. Przy tym mieszano pojęcia. Nigdy nie było jasne, czy określenie „literatura kobieca” oznacza książki pisane przez kobiety, czy te, w których mówi się o sprawach kobiet, czy może romanse. Jakby pisząc o tym zjawisku zakładali, że trzy wyróżniki z natury rzeczy spełniają się łącznie, a specyfika tej literatury wynika z kobiecej fizjologii.”
Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską w książce „Jaka piękna iluzja” (Znak).

Ida Linde w tłumaczeniu Justyny Czechowskiej i z rysunkami Zosi Dzierżawskiej, wydana przez Lokatora. Najpiękniejszy tytuł na bookowskich półkach – „Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym”. O cieple lata i chłodzie jesieni, śmierci, która taka oczywista, przychodzi po cichu i zawsze nagle. Ale najbardziej o tym, że się tęskni i o kąpieli w balii. Uwaga na niebezpieczne słowa – kobiecość, męskość, ciało, menstruacja, starość.

Joanna Roszak w wierszach opowiada mi (bo poezja każdemu opowie coś trochę innego), że ciągle po kole, ciągle to samo, ciągle zatrzaskujemy drzwi przed obcym, przecieramy z kurzu pusty talerz, przykładamy palec do ust. I gawrony. Gawrony siwieją, w schronisku skamlą psy. Tomik “Przyszli niedokonani” wydało Biuro Literackie.

I na koniec albo na początek – Puszcza. Bo Puszcza też jest kobietą. Wędruję palcem po Trybie Jagiellońskim, gdzie już, być może, czeka na mnie włochatka. Pięknego dnia, bez goździka (lepiej tulipan), a z refleksyjnością level hard!

O krukach

Bernd Heinrich o krukach. Jeśli kiedykolwiek miałabym pojechać do Stanów, byłby to stan Maine. Coraz częściej wpada w ucho, że lasy tamtejsze piękne i rozległe. I krążą nad nimi stada Corvus Corax, które tak polubił Pan Bernd. Historia związków przyrodnika z krukami i badań nad nimi jest bardzo ciepła. Heinrich ma w sobie coś niesamowicie sympatycznego – zarówno gdy ściąga krowie truchło z ciężarówki i zbiera z drogi padlinę na potrzeby badań, jak i gdy je śniadanie, pije kawę i żałuje, że nie może tej czynności pokontemplować, bo nauka czeka. A naokoło lasy Maine. To tylko drobiazgi, tak na zachętę, smacznego 😉

Gościnny udział w sesji – Maciej “Zmarzlina” Gierszewski, foto: Tomasz “Mokra stopa” Kandziora, nad nami bielik, kruki, myszak, gęsi.

Bernd Heinrich / Umysł kruka / tłum. Michał Szczubiałka / Wydawnictwo Czarne

Komiks na uspokojenie

W lutym minął rok od śmierci Jirō Taniguchiego, wydawanego w Polsce przez Hanami. Obok historii Guy Delisle’a, to najładniejszy komiks zeszłego roku. I zupełnie inny. Cykl cichych, uważnych historii, spacerów po mieście, powrotów z pracy. Moknie w deszczu, pływa w basenie po zapadnięciu zmroku, po zamknięciu; wchodzi w ulotne kontakty z przechodniami, podgląda ptaki, rzekę i spadające płatki kwiatów wiśni – Idący człowiek. Komiks, który czyta się i ogląda dla uspokojenia, dostrzeżenia zwyczajności i wspólnego, kojącego spaceru z Taniguchim, dla gorącej kąpieli, wspinania się na drzewo, dla czerpania przyjemności ze spoglądania na codzienność. Bardzo piękna rzecz, kończy się nakład, spieszcie się.

Na język polski “Idącego człowieka” przetłumaczył Radosław Bolałek, który chowa swoje nazwisko, gdzieś pod stopką redakcyjną.

Jiro Taniguchi / Idący człowiek / tłum. Radosław Bolałek / Hanami

Rezerwaty książek

Przewodnik”Rezerwaty książek” zrobiła Anna Karczewska. Może i teksty napisał Marcin Raczkiewicz, a nasz stylowy bałagan ujął na fotografiach Tomasz Mateusiak, może i Minister dał kasę (no dobra, to akurat mega ważne, a więc dzięki!) i okładkę zrobiły Fajne Chłopaki. Ale gdyby nie Anna, to pewnie nie byłoby dziś “Książki kupuję kameralnie” i ogólnopolskiej grupy księgarskiego wsparcia. Bo tak właśnie się zdarzyło, stało, jest. Z prowincjonalnego Poznania wyskakuję czasem do Warszawy, Wrocławia, czy Krakowa, żeby spotkać się ze znajomymi księgarzami i księgarkami, kupić u nich książkę, wypić kawę, spędzić czas na szkoleniu. Owocem całego tego bałaganu jest między innymi ten przewodnik. Ma mieć następne części, ale Minister tym razem nie daje kasy, zobaczymy, co się wydarzy. Tymczasem między okładkami znajdziecie 25 księgarń, które warto odwiedzić – od Krakowa po Choszczno, przez Warszawę, Brzeg Dolny, Śrem, Gliwice i dalej, skacząc po mapie przez Polskę. Księgarze to nie są normalni ludzie. Bardzo ich wszystkich szanuję i wierzę, że ich biznesy są możliwe, choć trudne.
Bookowski miał istnieć pięć lat i być dla nas małą, zabawną przygodą. Każdy rok jest niespodziewaną nadwyżką. Bo jeszcze przez chwilę nam żal. Dlatego podziwiam tych, którzy związują się ze swoimi księgarniami na kilkanaście, kilkadziesiąt lat.
Mamy kilka egzemplarzy przewodnika “Rezerwaty książek”, jeśli ktoś miałby ochotę, niech pisze po co i na co – oddamy.