Monthly Archives: September 2015

polski Niemiec, żona służka, a książka na śmietniku.

IMG_9301

no dobrze. to nie jest zbyt sympatyczny tytuł. ale Aleksander Brückner był spolszczonym Niemcem i rzeczywiście pojął za żonę kobietę, która w zasadzie pełniła funkcje jego gosposi. trochę smutne. ale po kolei. Brückner urodził się w 1856 roku. studiował we Lwowie, w Lipsku i Berlinie. był wybitnym slawistą. od1881 r. w Berlinie pracował jako akademik, od 1924 r. żył jako emeryt i umarł tamże w roku 1939 szczęśliwie nie doczekawszy wojny. ożenił się koło czterdziestki no i podobno żony się wstydził. bo niewykształcona. mimo, że do końca życia mieszkał w Niemczech – czuł się Polakiem i unikał niemieckich profesorów, podczas gdy z polskimi wytrwale korespondował. do Polski nie wrócił, bo gdzie by się pokazywał z taką żoną?

skąd go znam? z polonistyki, wiadomo. Brücknera poznaje się tam ze względu na jego wkład w językoznawstwo.

ale ja nie o tym.

ktoś ostatnio chciał Brücknera sprzątnąć. bez ostrzeżenia. “Dzieje kultury polskiej” trafiły na makulaturę. a ja je wydobyłam z hałdy niechcianej literatury i okradłam makulaturodawców z kwoty oscylującej wokół dwóch złotych. nie żeby książka była nie wiadomo jak cenna. ale tu chodzi o pryncypia. o szacun ludzi ulicy. a PRZEDE WSZYSTKIM o kawał dobrej literatury. no sorry, moim zdanie ktoś tu walnął ciężkim grzechem.  i tylko żałuję, że nie poszedł po całości. bo albo nigdy nie miał, albo sobie zostawił, albo wcześniej wyrzucił pozostałe dwa tomy? w moje ręce trafił tylko tom drugi – “Polska u szczytu potęgi” czyli wiek XVI i XVII (rok wydania tomu – 1958). Brückner pisał o wszystkim. o życiu literackim, umysłowym, teologii, stanie skarbca, życiu rodzinnym, polityce, wychowaniu dzieci, małżeństwie. okraszał fragmenty poezją i fraszkami (nie swoimi, a wybitych twórców pokroju Jana z Czarnolasu). czyli boski splot historii, kultury i literatury.

filologiczne omówienia znajdziecie w bibliotekach, a tu macie smaczny fragment. stare książki są super. wierzcie mi. a fragment dedykuję Tacie oraz  Łukaszowi wpisofsernik. już oni wiedzą.

“Jeszcze słynęła Polska dobrymi piwami; wyliczał je Trembecki:

leszczyńskie;

Łagodne z gęstą pianą obaczysz brzezińskie,

Albo łowieckie, co więc chłopom gęby krzywi,

Albo wareckie, którym Warszawa się żywi.

Ujskie, i to przyjemne, gdy nie przepalone;

Wielickie nie mniej sławne. Nie gań żółkiewskiego;

We Lwowie będąc miej się do jezuickiego;

Zielone biłgorajskie jak lipiec się pije.

Na międzyrzeckie każdy podróżnik się kasze;

(Kolno też) o lepszą z swoim piwem z Prus idzie birami.

Wacław Potocki małogoskie wychwalał, ale drogim je mianował. Obok piwa miodu używano; u wielkich panów stały miody w fasach o żelaznych obręczach , a korzeniem zaszytym w workach podprawione. Z win obok zwycięskiego pochodu węgierskich utrzymywały się jeszcze: kandyjska małmazja i muszkatel, i wina hiszpańskie; francuskich reńskich rzadko używano. Gorzałka ros solis i inne gdańskie wyroby, rozlewała się coraz silniej, chociaż chłop i mieszczanin zalewali się jeszcze żyburą-piwskiem; zwali ją mądrochną, prostuszką, gochną, a wywoodzili od “gorzał Ka” (niby alchemik jakiś).”

Aleksander Brückner / Dzieje kultury polskiej / t.2 Polska u szczytu potęgi (wydanie trzecie) / Książka i wiedza / 1958

książkę można znaleźć na aukcjach internetowych. UPDATE: książka właśnie została wznowiona przez wydawnictwo Volumina.pl !

informacje biograficzne zaczerpnęłam ze strony UW

Advertisements

książka, którą przeczytać trzeba. nie ma zmiłuj.

jesień, słońce, pierwsze grzańce i Bobkowski.
zestaw, jakiego każdemu życzymy.

Bobkowski w 1939 r. przyjechał do Paryża z żoną Basią. stamtąd mieli wyruszyć do Argentyny, gdzie czekała na nich praca. ale wybuchła wojna. no i tak pan Andrzej nie dość, że został we Francji, to jeszcze odkrył dla siebie rower. a stało się to tak… że sami musicie przeczytać.

ostatnio kilka osób pytało nas w księgarni, o co chodzi z tymi “Szkicami piórkiem”. no więc według mnie chodzi o podróż rowerem po Francji, o wino o wschodzie słońca, o pływanie, o kondycję człowieka, o afirmację życia mimo wojennej groźby szybkiej jego utraty. według mojego taty to świetne szkice o świecie, Polsce i Francji w groźnych latach 1940 – 1944. oboje mamy rację i w dodatku zgadzamy się, że napisał to człowiek bystry, inteligentny (tak prawdziwie, w starym stylu, ) o cudownym piórze, myślący i potrafiący te myśli opowiedzieć tak, że chciałoby się z nim spotkać i porozmawiać. bardzo polecamy. gromadnie.


ludzie dzielą się na tych, którzy Bobkowskiego już czytali i dopiero przeczytają. Połowa tych pierwszych marzy o podróży jego śladami. żeby tak spakować sakwy, odziać się w pumpy i kaszkiet… no dobrze, może być nawet nowoczesny “lateks” i polar. ale żeby wsiąść na rower i poczuć tę wolność podróży na własnych warunkach, ryzykując walkę z pogodą czy też bardziej – jej kontemplowanie. chwytanie czasu, poczucie pełni życia. bardzo to romantyczne, bardzo kuszące. kilkoro śmiałków już zaryzykowało. podróż ze sobą i z kawałkiem historii. najpiękniej.

Bourges, 17.6.1940
“Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy sklep. Używanych już nie było i tylko nowe. Tadzio kupił sobie półwyścigówkę za 630 franków, ja doskonałą szosówkę za 715 franków. W sklepie ogarnęła mnie zupełnie dzika i bezsilna wściekłość. Dlaczego ten wspaniały kraj, w którym nowy rower kosztuje jedną trzecią przeciętnego zarobku robotnika, dlaczego ten kraj biorą diabli? Ciągle odczuwam to jako definitywny koniec. To już chyba nie wróci. I może właśnie to uczucie, uczucie bezgranicznego smutku, jest w tym wszystkim najgorsze. Robert pakuje teraz nasze rzeczy. Obawiam się, że te rowery pojadą raczej na nas, a nie my na nich.”

Andrzej Bobkowski / Szkice piórkiem / Wydawnictwo CIS

książkę kupisz tutaj!

albo po prostu do nas zajrzyj!

 

IMG_9203

Mînă caii, Neculai!

Carmen Bugan daje nam dużo więcej niż obraz Rumunii “pod twardą ręką Securitate”. jej dzieciństwo składało się z życia u dziadków (cudownie brzmiące po rumuńsku słowa: bunica i bunicu) prowadzących cicho i spokojnie gospodarstwo. pachną ogrzane słońcem brzoskwinie, słodkie i cierpkie winogrona szczypią w usta, jemy z nimi ryż zawinięty w liście winogron. obchodzimy święta, budujemy dom na przyszłe życie, chowamy zmarłych. książka jest przepełniona zapachami i kolorami – pór roku i emocji oraz – literaturą, bo Carmen, odkąd nauczyła się czytać, czytała nieustannie. Bugan nie tyle oskarża oprawców, którzy zniszczyli jej Dom, co ocala świat, który ją ukształtował. “Zakopać maszynę do pisania” jest hołdem dla ukochanych dziadków, wydaje mi się, że jest też próbą zrozumienia Ojca i opowiedzenia uczciwie jego historii.

a po lekturze będzie Wam się tłukło po głowie co najmniej przez tydzień: “Mînă caii, Neculai!”

Carmen Bugan / Zakopać maszynę do pisania / tłum. Adam Pluszka / Wydawnictwo Czarne

książkę kupisz tutaj!

albo po prostu do nas wpadnij!

IMG_7883

weź pan kredyt na sto lat!

opinię o tej książce każdy wyrobi sobie sam. czy w ogóle do czegoś jest mu potrzebna. a dla nas to jest opowieść o tym, czemu naszemu pokoleniu jest tak (tu pada brzydkie słowo) nieswojo z kwestią mieszkaniową. nasze pokolenie nie przeczyta Springera obiektywnie, ale przy piwie, przerzucając się cytatami, dzwoniąc do znajomych, którzy pojawili się na stronach książki i po raz kolejny prowadząc jałową dyskusję – dlaczego jest tak drogo, a tak mało zarabiamy i dlaczego w wieku trzydziestu lat POWINNIŚMY być na swoim? historia (i historie z…) polskiego budownictwa komercyjnego i społecznego – bo o tym jest “13 pięter” – wyjaśnia nam coś, co doskonale wiemy. że deweloperzy nas (tu pada brzydkie słowo) i nasze państwo w zasadzie też. mrożące krew w żyłach zwierzenia wynajmujących znamy z pierwszej ręki. no to po co nam Springer? skoro z góry wiemy, co nam powie? otóż zaskakujące jest to, że ktoś w ogóle postanowił zebrać dane do kupy i opisać w książce, która jest smutna i miejscami brutalna.

najbardziej podoba mi się część historyczna – o okresie międzywojennym. pokazuje, że od kiedy wyszliśmy z jaskini – nie ma sprawiedliwości mieszkaniowej. biedni będą biedni, bogaci się wzbogacą, a pan Wedel niech się udławi czekoladą. martwiło mnie, że Springer pisze i ma ustaloną tezę. no ma. ale akurat jest ona całkiem do rzeczy. wyszła książka jakby interwencyjna, chociaż, jak powiada Iza pracująca u dewelopera – ja mogę to wszystko panu opowiedzieć, bo pan i tak nam rynku nie zepsuje. ano… kredyty jakie są – wiemy. wynajem byłby fajny ale… no i tak moglibyśmy długo. aha, jak zwykle u Springera – czyta się bardzo dobrze. w dzień i w nocy. a na swoją cukiernicę patrzę czulej niż przed lekturą. if ju noł łorajmin.
(a wiedzieliście, że w Berlinie 80% ludzi wynajmuje i to nie jest problem? ciągle ten Berlin…)

i tu jeszcze nasz ps. nie mamy kredytu i dobrze nam z tym. jakiś czas temu przestaliśmy się martwić, że nie mamy tego SWOJEGO. ale wiemy, że to z dnia na dzień może się zmienić. bo Springer ma rację – wynajem w Polsce to trudny sport więc co dzień zapalamy świeczkę w intencji właściciela naszego lokum – bo człowiek jest spoko. a dobrze wiecie, że księgarnię prowadzimy, żeby zbić kokosy i kupić ziemię z drewnianą chatą pośrodku, mieć piątkę dzieci, trzy koty i święty spokój.

 

książkę kupisz tutaj!

albo po prostu do nas wpadnij!

IMG_8948

miraż Cypkina. Lato w Baden.

końcówka lata pachnie zawsze jesienią.
dlatego na jeden z tych ostatnich weekendów – “Lato w Baden” (załóżcie szlafrok kąpielowy i powiedzcie sobie ten tytuł kilka razy na głos – czyż nie brzmi pięknie?)
książka krótka (ale gęstym druczkiem!), bez rozdziałów, będziemy czytać w najbliższym niedoczasie (edit: przeczytana!). opowieść klimatyzowana, lux class – zaczyna się zimą, (w pociągu jadącym na północ, do Leningradu) pod koniec grudnia, na przekór tegorocznemu, upalnemu sierpniowi. Cypkin pisze o uwielbianym przez siebie Dostojewskim. posłowie, z którego poznacie dramatyczną historię Leonida, dorzuciła Susan Sontag (znalazła książkę w Londynie, przypadkiem, myszkując na beloved Charing Cross Road – ulicy księgarń i antykwariatów). jest to małe arcydzieło. zachwycili się nim również w Ameryce porównując Cypkina do Bernharda, Sebalda, Saramago. Amerykanie lubią przesadzać, ale akurat tutaj dużo mają racji.

Cypkin nie opowiada typowego story, o tym, jak, gdzie i czym Dostojewski popełniał kolejne arcydzieła. raczej z dużą czułością rekonstruuje emocje, uczucia i zachowania Fiedi i jego drugiej żony Anny Griegoriewny. podąża śladami pisarza z aparatem fotograficznym, zagląda do jego domu, jeździ tymi samymi trasami kolejowymi i opowiada o związku geniusza,  obsesyjnie cierpiącego na manię wielkości i niższości na przemian, z Anną – oddaną, kochającą kobietą. zresztą, ta miłość jest trudna, ale obustronna. i niezwykle pięknie przez Cypkina odmalowana. sceny miłosnego “pływania” – absolutnie pierwsza klasa. Całość toczy się niemal we śnie albo jakbyśmy oglądali postaci i sceny na kolejno przesuwających się przed nami obrazach. dużo, dużo przyjemności, podszytej smutkiem, bo Dostojewski to nie był łatwy człowiek i życia łatwego też nie miał.


Tomasz powiada – jak czytać Rosjan, to tych najlepszych – i podaje mi Cypkina. polecamy i Wam kawałek starej, dobrej literatury pisanej z autentycznej pasji.

a na okładce Dostoj autorstwa Wasilija Pierowa (obraz! znów obraz!)

Lato w Baden / Leonid Cypkin / tłum. Robert Papieski / Zeszyty literackie

książkę kupisz w księgarni stacjonarnej – wpadnij do nas!

cypkin

dajcie nam spać!

nie byłam jeszcze u fryzjera. za mało kupiliście. za mało zamówiliście przez naszą stronę, która przecież działa 24/7 w dzień i w nocy. dlaczego nie korzystacie? po co spać, skoro można kupić sobie książkę? potem można nie spać dalej i czytać tę książkę…

ja po takich lekturach czuję się złym człowiekiem uczestniczącym w jakimś zbolałym procesie napędzania gospodarki, która i tak nas przemieli i wypluje kiedy tylko jej się spodoba. cały świat jest podporządkowany mechanizmom sprzedaży. nawet wydłużanie naszego życia przez Amerykańskich Naukowców – konsument dłużej pociągnie – więcej kupi. nie dać się zwariować – staje się jakąś misją totalną. dobrze pojęta ekologia – koniecznością. sen – oznaką buntu! minimalizm i dystans do świata posiadaczy – warunkiem zdrowia psychicznego.

ta książka jest o nieustanności. ciągłości – pracy, konsumpcji, wytwarzania. dążeniu do jak największej aktywności – łącznie z pomysłami na zlikwidowanie nocy, w której wykazujemy się zbędną pasywnością – śpimy. a sen jest bezwartościowy. “w globalnym paradygmacie neoliberalnym śpią tylko niedojdy”. ta książka mówi mi o tym, że żyjemy w ciągłym “świetle”, brakuje nam prywatności, a tylko w “mrokach prywatnej egzystencji” nasze “ja” może się rozwijać, znaleźć czas na refleksję i zadumę.

co do pozbawienia nas snu, niczym więźniów z Guantanamo (kontrola nad snem jest przerażającym narzędziem przejęcia kontroli nad całym człowiekiem, poniżenia go i podporządkowania). no to sorry. tu przegrali. zasypiałam zawsze i wszędzie. straciłam nawet w ten sposób ząb wpadając pod stół (zasnęło mi się nad kaszką). śpijcie dobrze na przekór kapitalizmowi i pielęgnujcie swoje prywatne mroki egzystencji. kibicujemy i sobie, i Wam.

24/7. Późny kapitalizm i koniec snu / Jonathan Crary / przekł. Dariusz Żukowski / Wydawnictwo Karakter

książkę kupisz tu!

lub po prostu do nas wpadnij!

IMG_9013