Monthly Archives: October 2015

co to jest islam?

wiem jakieś totalnie podstawowe rzeczy o islamie. boję się fanatyzmu, ale w każdej religii – chyba najbardziej we własnej, bo muszę się wtedy bronić, tłumaczyć, że to nie tak, że to nie jest moje, że fanatyzm nie jest spójny z podstawowymi sprawami – wolnością, szacunkiem i miłością do drugiego człowieka.

wyobrażam sobie, że książka Tahara Ben Jellouna powstała z podobnych powodów. chęci opowiedzenia (a opowiadać pan Tahar umie doskonale!) o pewnym proroku i pewnej religii. to historia mocna, wynikająca z wiedzy, wiary i przekonania, że trzeba wiele rzeczy wyjaśnić – dorosłym i dzieciom, wprost, w formie dialogu oraz odpowiadania na FAQ (chusta, burka, Arabska Wiosna, skąd się bierze agresja w islamie?). mam takie poczucie, że powinniśmy tę książkę z uwagą przeczytać. ze dwa razy. i wiele z niej zapamiętać i opowiadać – dzieciom, znajomym, rozmawiać, dyskutować. może w ten sposób oswoimy nieoswojone? a też spojrzymy na własną religijność lub jej brak, z trochę innej perspektywy? bardziej empatycznej?

i fragment, który, tak myślę, mówi nie tylko o islamie…:
“Należy z jednej strony w imię bezpieczeństwa walczyć z fanatykami (to sprawa policji), a z drugiej – doprowadzić do ewolucji mentalności i zaakceptowania tego, co jest faktem: islam da się pogodzić z demokracją, wolnością i laickością. W tym celu konieczne jest, aby europejscy politycy przestali eksploatować tę religię do celów wyborczych i wykorzystywać strach do rządzenia krajem.”

Tahar Ben Jeloun / “Co to jest islam?” / tłum. Dorota Zańko, Helena Sobieraj / Wydawnictwo Karakter

książkę kupisz tu!

albo po prostu do nas wpadnij!

IMG_9699

 

Advertisements

książki, których się boję.

Nobel dla Aleksijewicz nie był zaskoczeniem. a może był, ale takim dobrym, takim uff – Szwedzi nie zawiedli.

mam szczęście. przyjaźnię się z kilkoma osobami, które o Rosji wiedzą sporo. w dodatku dwie z nich to kobiety. tak, to ma znaczenie. pierwsza kocha Bajkał, jeździła na Syberię wiele razy, zna tę “lepszą” Rosję – z cudowną przyrodą, unikatową w skali świata, z ludźmi, którzy żyją z dala od polityki. i czytała “Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. a, nie doczytała. mówi mi, że nie dała rady. ale potwierdza, książka świetna. tylko…

druga kobieta pochodzi z Krymu. ciągle się o nią martwimy, ale też wypytujemy, bo jest naszym źródłem wiedzy “ludzkiej”, a nie gazetowej, medialnej. tym razem opowiadamy sobie o Noblu, pyta mnie – czytać? patrzę i myślę, rany, nie, nie czytaj. i zaczynam streszczać “Cynkowych chłopców”. nie doczytałam do końca. nie dałam rady… a tyle tego już było – przebrnęłam z fascynacją przez Tochmana (Rwanda, Bałkany), w liceum zagłębiałam się w Holocaust, maturę zdałam z “Mausa” Arta Spiegelmana. i co? no i Aleksijewicz już nie daję rady. pamiętacie? był taki film Balabanova, “Gruz 200”, “Ładunek 200” – o rozpadzie człowieka radzieckiego z wojną w Afganistanie w tle. film, który niszczy i wraca w koszmarach. i chciałam obraz tego filmu przepłoszyć “Cynkowymi chłopcami”. a poległam po 30 stronach…

i tak opowiadam o tym wszystkim, a moja znajoma na to – aaa, tak, mój kolega ze szkoły, Żenia, miał tatę po Afganistanie – był tirowcem, cieszyli się, że rzadko bywa w domu. a ja jechałam kiedyś nocnym pociągiem z byłym żołnierzem, bałam się, całą noc krzyczał, groził, że mnie zabije, w końcu strasznie się upił, na stację wynieśli go współpasażerowie, posadzili nieprzytomnego na ławce, podobno jechał do córki. nie widzieli się trzydzieści lat… – słucham tego i dociera do mnie, jak ważne są książki Aleksijewicz. niby przecież o tym wiem, ale to dzięki rozmowie, patrząc w oczy osobie, która wie dużo więcej, która co jakiś czas przekracza, w kuriozalny sposób, granicę, by dostać się na Krym, która zna trochę inną perspektywę – wtedy myślę – to jest prze-ważny Nobel. ja wiem, to jest naiwna wiara w to, że literatura zmienia świat. Tylko, że z książkami Swietłany Aleksijewicz jest tak, że nie przechodzą bez echa. mocno drażnią rosyjski “system”. nie wszędzie są wydawane, wokół “Cynkowych chłopców” toczył się proces sądowy. być może  łatwo poddaję się emocjom, ale uważam, że to jest niezwykłe. że tegoroczny Nobel pozostanie nam w pamięci długo. że będziemy czytać i będzie nas bolało. i będziemy czytać.

wszystkie książki Aleksijewicz opierają się na rozmowach. Białoruska pisarka jest mistrzynią odzyskiwania historii. słucha niesłuchanych. słucha ludzi, którym odebrano głos, albo tych, którzy nie wiedzieli, że ten głos mają i że powinni mówić. najchętniej schowano by ich gdzieś daleko, daleko, żeby już milczeli, żeby nie przypominali o tym, jakie krzywdy im wyrządzono. Czy to dzieci ocalałe z “wielkiej wojny ojczyźnianej”, czy żołnierze cierpiący po “błędach politycznych” jak dziś określa się konflikt w Afganistanie; czy ludzie żyjący w cieniu czarnobylskiej katastrofy, czy wreszcie kobiety-żołnierki, które walczyły w drugiej wojnie światowej przeciwko Niemcom. “Piszę nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie. Piszę historię nie wojny, ale uczuć. Jestem historykiem duszy” to podobno słowa samej Aleksijewicz. tak jej książki czytam (a raczej podczytuję). tym usprawiedliwiam swoją lekko histeryczną reakcję.

to jest kiepski tekst o książkach. mogę o nich powiedzieć tylko tyle, że warto sięgnąć, choćby po jedną. Swietłana Aleksijewicz jest niesamowicie odważna i ma wspaniałe pióro. i tylko zastanawiam się, jak długo można opisywać wojnę? jak długo można zajmować się tematami, które tak strasznie ranią? dopóty, dopóki te tematy istnieją. to jest chyba jedynie słuszna odpowiedź. bo ktoś musi opowiadać o tym, że “nie zawsze jest ślicznie…”, że świat jest piękny, ale pełen okrucieństwa, które ludzie sobie nawzajem wyrządzają.

“18 czerwca na spotkaniu w CK Zamek powiedziała, że nie chce już dłużej “kolekcjonować” katastrof, ale podjąć bardziej metafizyczne tematy, takie jak: miłość, starość i śmierć”. czekamy.

?????????????

a zdjęcie robiliśmy podczas wekowania pomidorów. dopiero po fakcie zorientowaliśmy się, że pomidory lima wyglądają jak pociski. pod nogami błąkał się nasz kot podwórkowy, zwracając na siebie uwagę, wrzeszcząc wniebogłosy. ot, Poznań, cisza, spokój, weki.

 

upał, zatkana autostrada i… polskie winnice.

zatkana autostrada. a raczej kawał drogi przed wjazdem na A2. utknęliśmy gdzieś niedaleko Zielonej Góry. na mapie znaleźliśmy przeprawę promową przez Odrę. trzeba było tylko zawrócić, kawałek podjechać i skręcić w pod-zielonogórskie miasteczka. nawet niespecjalnie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. upał taki, że opony się smażą, skoda dzielna, umęczona, jedzie. patrzę przed siebie i zastanawiam się czy informacja na ostatnim znaku przed przeprawą promową “nieczynne” to aby nie miraż. nie. fakt. stan Odry jest tak niski, że jednak musimy wbijać na autostradę. no to wracamy. wracamy, wracamy, a tu wzgórze piękne, winorośl pnie się w słońcu jak okiem sięgnąć. kurde. gdzie my jesteśmy?

na środku tego zjawiska drewniana chata. piękna kobieta, obsypana piegami, osłoneczniona przygotowuje właśnie ceremonię zaślubin. przyjeżdża para, chcą się pobrać w winnicy – opowiada Marta Pohrebny, uśmiechnięta właścicielka. a pan Krzysztof zabiera nas do piwniczki. Boże, jak cudownie, temperatura kilkanaście stopni niższa niż na zewnątrz, pachnie świeżo malowanymi ścianami, właśnie trwa mały remont. ale butelki się piętrzą. tuż obok sali do degustacji wejście do pomieszczenia, w którym właściciele tłoczą trunki. za kolejnym drzwiami, zerkam, a tam spiżarnia. taka wiecie, jak u Ani z Zielonego Wzgórza. jak u babć. pełna po brzegi zapraw no i wina też. dostajemy do spróbowania różowe “robiłem pod szampana”. a my pytamy – skąd to wszystko??? no i okazuje się. dwoje ignorantów z Poznania, dostaje do wglądu kronikę winiarstwa zielonogórskiego. nadal mało wiem, ale wiem, że wina (nie żadne winiacze) to już tam Niemcy produkowali. i pan Krzysztof Fedorowicz po prostu wskrzesza i podtrzymuje tradycję. nie tylko on. 30 hektarów winorośli dzierżawi tu trzynastu właścicieli. szkolą młodych adeptów enologii, proponują spacery edukacyjne między uprawami, sprzedają sadzonki, kochają swoją pracę, mimo, że grozi alkoholizmem – uśmiecha się pan Krzysztof i mruga znacząco. wygląda też nieziemsko – potargany, winny troll, gościnny gospodarz loszku.

uprawa jest całkowicie ekologiczna. z plagą mączniaka rzekomego radzą sobie sadząc zioła i rośliny, których sąsiedztwa mączniak nie lubi. do zwalczania choróbsk używają siarki. problem jest tylko jeden – na degustację trzeba przyjechać z kierowcą abstynentem. bo nie ma gdzie przenocować, gdzieś tam w okolicy jest podobno jakieś agro – ale trzeba do niego podjechać.

Winnica nazywa się “Miłosz”. wina przez nią produkowane można podobno spotkać w poznańskiej restauracji SPOT. / a tu znajdziecie stronę www “Miłosza”

my kupujemy dwie butelki i ruszamy do domu. korek omijamy – pan Krzysztof radzi odbić za Cigacicami na Wolsztyn. poza tym mówi, żebyśmy jechali do Łagowa, “Poznań? nieee, jedźcie do Łagowa, jedźcie do Łagowa…”. pojedziemy, jeszcze tej jesieni. bo tam jest przepiękne, czyste jezioro…

aha, ta winna miejscowość nazywa się Łaz, gmina Zabór. a prom pewnie już pływa.

 

IMG_8910

 

 

 

z psem w Himalaje!

Aga i Przemo pewnego dnia sprzedali samochód, rzucili prawie wszystko i pojechali do Indii mieszkać tam przez dłuższy czas. nie wyszło – praca się posypała, współpracownicy nie do końca wywiązali się z obietnic. efekt – Aga z Przemkiem znowu musieli rzucić wszystko, kupić namiot i wyruszyć przed siebie. zdecydowali, że trzy miesiące dzielące ich od powrotu do Polski spędzą wędrując przez Himalaje. a nie byli sami. razem z nimi do Indii przyleciała Diuna. ich towarzyszka i przyjaciółka – wspaniała suka rasy wilczak czechosłowacki – słowem “kochający niemal wilk”  przyczyna radości, ale i kompan, o którego trzeba było się troszczyć przez całą wędrówkę.

czasem szukacie u nas książek motywujących – to jest jedna z nich. nie chodzi o to, żeby wyruszyć w podobną podróż, ale żeby mieć odwagę zdecydować o czymś dla nas ważnym, lubić człowieka z którym się żyje (!), nie bać się porażek i zmian i dawać, daaawać do przodu!
no i… nie zostawiać psa samego w domu na całe wakacje.
hohoho jakie banały, ale powiedzcie, że to nieprawda!

wybaczcie furę czułości, ale z Agą poznaliśmy się na poznańskiej polonistyce, a właściwie na lekcjach rosyjskiego i już wtedy była postrzelona 😉

Wataha w podróży. Himalaje na czterech łapach / tekst Agata Agi Włodarczyk, foto cud! Przemek Bucharowski / Bezdroża

książkę kupisz tutaj!

albo po prostu do nas wpadnij!

 IMG_8403