książki, których się boję.

Nobel dla Aleksijewicz nie był zaskoczeniem. a może był, ale takim dobrym, takim uff – Szwedzi nie zawiedli.

mam szczęście. przyjaźnię się z kilkoma osobami, które o Rosji wiedzą sporo. w dodatku dwie z nich to kobiety. tak, to ma znaczenie. pierwsza kocha Bajkał, jeździła na Syberię wiele razy, zna tę “lepszą” Rosję – z cudowną przyrodą, unikatową w skali świata, z ludźmi, którzy żyją z dala od polityki. i czytała “Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”. a, nie doczytała. mówi mi, że nie dała rady. ale potwierdza, książka świetna. tylko…

druga kobieta pochodzi z Krymu. ciągle się o nią martwimy, ale też wypytujemy, bo jest naszym źródłem wiedzy “ludzkiej”, a nie gazetowej, medialnej. tym razem opowiadamy sobie o Noblu, pyta mnie – czytać? patrzę i myślę, rany, nie, nie czytaj. i zaczynam streszczać “Cynkowych chłopców”. nie doczytałam do końca. nie dałam rady… a tyle tego już było – przebrnęłam z fascynacją przez Tochmana (Rwanda, Bałkany), w liceum zagłębiałam się w Holocaust, maturę zdałam z “Mausa” Arta Spiegelmana. i co? no i Aleksijewicz już nie daję rady. pamiętacie? był taki film Balabanova, “Gruz 200”, “Ładunek 200” – o rozpadzie człowieka radzieckiego z wojną w Afganistanie w tle. film, który niszczy i wraca w koszmarach. i chciałam obraz tego filmu przepłoszyć “Cynkowymi chłopcami”. a poległam po 30 stronach…

i tak opowiadam o tym wszystkim, a moja znajoma na to – aaa, tak, mój kolega ze szkoły, Żenia, miał tatę po Afganistanie – był tirowcem, cieszyli się, że rzadko bywa w domu. a ja jechałam kiedyś nocnym pociągiem z byłym żołnierzem, bałam się, całą noc krzyczał, groził, że mnie zabije, w końcu strasznie się upił, na stację wynieśli go współpasażerowie, posadzili nieprzytomnego na ławce, podobno jechał do córki. nie widzieli się trzydzieści lat… – słucham tego i dociera do mnie, jak ważne są książki Aleksijewicz. niby przecież o tym wiem, ale to dzięki rozmowie, patrząc w oczy osobie, która wie dużo więcej, która co jakiś czas przekracza, w kuriozalny sposób, granicę, by dostać się na Krym, która zna trochę inną perspektywę – wtedy myślę – to jest prze-ważny Nobel. ja wiem, to jest naiwna wiara w to, że literatura zmienia świat. Tylko, że z książkami Swietłany Aleksijewicz jest tak, że nie przechodzą bez echa. mocno drażnią rosyjski “system”. nie wszędzie są wydawane, wokół “Cynkowych chłopców” toczył się proces sądowy. być może  łatwo poddaję się emocjom, ale uważam, że to jest niezwykłe. że tegoroczny Nobel pozostanie nam w pamięci długo. że będziemy czytać i będzie nas bolało. i będziemy czytać.

wszystkie książki Aleksijewicz opierają się na rozmowach. Białoruska pisarka jest mistrzynią odzyskiwania historii. słucha niesłuchanych. słucha ludzi, którym odebrano głos, albo tych, którzy nie wiedzieli, że ten głos mają i że powinni mówić. najchętniej schowano by ich gdzieś daleko, daleko, żeby już milczeli, żeby nie przypominali o tym, jakie krzywdy im wyrządzono. Czy to dzieci ocalałe z “wielkiej wojny ojczyźnianej”, czy żołnierze cierpiący po “błędach politycznych” jak dziś określa się konflikt w Afganistanie; czy ludzie żyjący w cieniu czarnobylskiej katastrofy, czy wreszcie kobiety-żołnierki, które walczyły w drugiej wojnie światowej przeciwko Niemcom. “Piszę nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie. Piszę historię nie wojny, ale uczuć. Jestem historykiem duszy” to podobno słowa samej Aleksijewicz. tak jej książki czytam (a raczej podczytuję). tym usprawiedliwiam swoją lekko histeryczną reakcję.

to jest kiepski tekst o książkach. mogę o nich powiedzieć tylko tyle, że warto sięgnąć, choćby po jedną. Swietłana Aleksijewicz jest niesamowicie odważna i ma wspaniałe pióro. i tylko zastanawiam się, jak długo można opisywać wojnę? jak długo można zajmować się tematami, które tak strasznie ranią? dopóty, dopóki te tematy istnieją. to jest chyba jedynie słuszna odpowiedź. bo ktoś musi opowiadać o tym, że “nie zawsze jest ślicznie…”, że świat jest piękny, ale pełen okrucieństwa, które ludzie sobie nawzajem wyrządzają.

“18 czerwca na spotkaniu w CK Zamek powiedziała, że nie chce już dłużej “kolekcjonować” katastrof, ale podjąć bardziej metafizyczne tematy, takie jak: miłość, starość i śmierć”. czekamy.

?????????????

a zdjęcie robiliśmy podczas wekowania pomidorów. dopiero po fakcie zorientowaliśmy się, że pomidory lima wyglądają jak pociski. pod nogami błąkał się nasz kot podwórkowy, zwracając na siebie uwagę, wrzeszcząc wniebogłosy. ot, Poznań, cisza, spokój, weki.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s