Monthly Archives: November 2015

strach się bać.

Białystok zawsze kojarzył mi się z czasem wolności. wyjazd w jego rejony oznaczał nieodbieranie telefonów, autorespondera na mailu, spowolnienie metabolizmu. spokój. czekolada w pijalni Wedla. Teatr Lalek. wyjazd do Supraśla, gdzie rano przez okno, przy śniadaniu patrzyliśmy na konie wychodzące na popas. wieczorem wizyta w Teatrze Wierszalin. spacer. czas zyskiwał na znaczeniu, toczył się, otaczał nas, a my sobie w nim pływaliśmy. i było nam zawsze dobrze.

i nagle Białystok – miasto, w którym narodził się język Esperanto! –  przestaje być swojski, znajomy, a moja ignorancja okazuje się większa niż Puszcza Białowieska. bo Białystok ma trudną historię. uprzedzam – wiem niewiele, źródłem tej strasznej wiedzy jest w tej chwili wyłącznie książka Marcina Kąckiego “Białystok. Biała siła, czarna pamięć”. jestem, w trakcie czytelniczej terapii, muszę unikać książek przesadnie smutnych. no to trafiłam w dziesiątkę, nie ma co… bo Białystok w dużej mierze zbudowali Żydzi. a Żydów już tam nie ma. więcej – niewielu chce o nich pamiętać. mnożą się akty rasistowskie, niektóre chłopaki fascynują się nazizmem. nie brakuje skinheadów.

bardzo chciałam się dowiedzieć więcej o Wschodzie Polski. zawsze mnie jakoś fascynował, pociągał. swoim klimatem, Suwalszczyzną, pograniczem litewskim, białoruskim. tygiel. no tak, tygiel – Kącki pisze o tym, że tyglem wszyscy się chwalą, reklamują. ale jeśli spytać białostocczan, kto w tym tyglu żyje, odpowiedź jest dziwna – Polacy prawdziwi, stuprocentowi. aha. a co z prawosławnymi, Żydami, starowiercami, Białorusinami, Litwinami? gdzie oni wszyscy się podziali? gdzie są ich potomkowie? o to pyta Kącki. i szuka. i znajduje. wiceprezydentem miasta jest Aleksander Sosna – pierwszy prawosławny na tego typu stanowisku. jak to się stało, że wybrano go do ratusza? to zostawiam Wam na deser – przeczytajcie, dowiecie się… osób wyznania prawosławnego jest w Białymstoku 20%. są również Żydzi. ale nie afiszują się ze swoim wyznaniem. boją się. i tak brniemy z Kąckim w historię, która przeraża. albo ja jestem nadwrażliwa, albo ta książka szarpie strasznie nerwy. autor grzebie w archiwach, rozmawia z ludźmi, jeździ po wioskach i szuka tego, co ludzie starają się ukryć w cieniu.

jest, jest promyczek! to fragment o ludziach przepięknych i niezwykłych. czyli o ośrodku Pogranicze. o domu w Sejnach i Krasnogrudzie, gdzie spotkacie Małgosię i Krzysztofa Czyżewskich i Bożenę Szroeder. gdzie rozmawia się o rzeczach trudnych otwarcie, gdzie pracuje się nad wspólną przeszłością i przyszłością. oni też nie mieli łatwych początków, ale udało im się, trwają na posterunku i robią mnóstwo dobrego – odwiedźcie ich kiedyś. wybierzcie się “doSejn”, zajrzyjcie do Krasnogrudy – zobaczycie, jak można budować mosty między religiami, narodowościami, poglądami.

no i dobra. jest książka Kąckiego. można dostać depresji po przeczytaniu. można też potraktować ją jako przestrogę – nie jesteśmy święci. można jako zachętę – do poznania swojego fyrtla dogłębniej i do bardziej świadomego spojrzenia na kraj i jego przyległości; na ruchomość granic i konsekwencje wojen i międzyludzkiej nienawiści, którą tak łatwo sprowokować. wiadomo również, że to książka dla wielu kontrowersyjna. ale Kącki taki jest zawsze. uczciwie powiem – trochę mnie drażni styl tego reportażu. mam wrażenie, że autor chce mnie na każdej stronie dobić. dorzuci komentarz z forum “Wyborczej”, tekst antysemicki, jakich pełno na co dzień w internetach. czasem myślę – dość – i rzucam książką. bo Kącki graniczy momentami z epatowaniem, czymś z pogranicza populizmu. prawda historyczna jest tak ciężka, że ja ledwo ją dźwigam. nie potrzebuję dodatkowych komentarzy – znam je na wylot. niestety.

do Białegostoku znów pojedziemy. do Krasnogrudy skrytej wśród łąk i lasu – tym bardziej. wiem więcej, trzeba teraz jakoś tę wiedzę przepracować. do tego właśnie służy ta i inne książki o świecie, który nie zawsze jest fajny, ale przecież jedyny.

Marcin Kącki / “Białystok. Biała siła, czarna pamięć” / Wydawnictwo Czarne

książkę możecie kupić tu!

lub po prostu do nas zajrzyjcie.

 

IMG_9887

Advertisements

dobry czas.

mówi się, że raz w roku doświadczamy zrywu dobrych uczuć – intensywniejszego niż latem, wiosną.

ten raz w roku, to wcale nie tak mało. już trwa. dla wielu – ponad dwa miesiące.

“Tygodnik Powszechny” – jakieś dwa numery wstecz. listy dzieci i rodziców z Krakowskiego Hospicjum im. ks. Józefa Tischnera. wiecie co? dawno nic tak mnie nie uderzyło…  czego oni chcą pod choinkę? dużych ręczników, pampersów, czasem czegoś poważniejszego – potrzebny inhalator. pościel, piżama, zdarzą się buty new balance – bo chłopak ma 18 lat i do szkoły chce wyglądać – dziwne? w ogóle nie. pisane przez dzieciaki (lub rodziców) listy można wykupić na stronie Hospicjum. można też przelać im kasę na konto. [tu strona Hospicjum]

jak co roku rusza Szlachetna Paczka – można ją dotować, można zostać wolontariuszem, można kogoś namówić, żeby się dorzucił i zaangażować się wspólnie – z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi czy sąsiadami. zajrzyjcie: Szlachetna Paczka

poznańska Drużyna Szpiku zbiera potrzebności dla swoich podopiecznych – dzieciaków, dorosłych i całych rodzin. można ich wspomóc do 5 grudnia doraźnie oraz długofalowo – zapisując się do banku szpiku. czego “Szpikowcy” potrzebują na już? cytuję: pościele, ręczniki, koce, zabawki, gry, artykuły papiernicze, chemia domowa typu proszki do prania, płyny do płukania, kąpania, mycia, okien, podłóg, pasty do zębów, szampony, mydła, kremy, środki dezynfekujące. I jedzenie: kawy, herbaty, puszki, ryż, makaron, majonez, ketchup, soki, słodycze, i inne produkty o długim terminie przydatności. gdzie i jak dostarczyć potrzebne rzeczy dowiecie się TU klik klik!

kto ma chęć, może się kopsnąć do poznańskich Dominikanów na Jarmark św. Jacka. jak co roku 6 grudnia. tym razem cały dochód ze sprzedaży ciast, książek, kawy, herbaty, kartek świątecznych, choinek i innych cudów – poleci do sióstr Dominikanek prowadzących Domy Pomocy Społecznej w Mielżynie i w Broniszewicach. źle? dobrze!

to tak bardzo wybiórczo, kulawo i skromnie. ale jest takich akcji o wiele więcej. można po prostu przedzwonić tu i tam – do poznańskich hospicjów, domów opieki , domów dziecka – i zapytać, czego potrzebują. na pewno łatwiej, gdy ktoś to koordynuje. zwłaszcza gdy nie zawiódł zaufania. oczywiście, najpiękniej byłoby zapukać do sąsiadki, zaprosić kogoś samotnego na Wigilię, dowiedzieć się o potrzebujących z najbliższego otoczenia – ale szczerze przyznam – to nie jest łatwe… nie wiem dlaczego. wymaga odwagi? śmiałości? podjęcia ryzyka? nie każdy umie się przełamać. dlatego dobrze, że obok są ludzie, którzy nam pomogą być lepszymi. to nic, że tylko raz do roku. gdzieś to dobro będzie pracować, może do nas wróci, może nie da o sobie zapomnieć?

no i my. bo łatwo mówić, co można zrobić. a sami coś robimy? w zeszłym roku zawiedliśmy. w natłoku pracy, zaskoczeni intensywnością grudnia, gdzieś zgubiliśmy trzy sekundy na przelew czy paczkę. bardzo było mi z tym niefajnie. dlatego w tym roku jest to wpis samodyscyplinujący. nie przegapimy Świąt. obiecujemy.

sprawdźcie też, czy Ci naj naj bliżsi mają się dobrze. bo czasem pomagamy daleko, a potrzebuje nas najbardziej ktoś tuż obok.

aha, nie zapomnijcie o zwierzakach. schroniska jakie są – wiadomo…  i kota podwórkowego trzeba nakarmić, słoninę sikorkom wywiesić. żeby potem w Wigilię nie miały pretensji. —> Schronisko w Poznaniu

tyle zadań! nam i Wam – powodzenia i dużo przedświątecznej miłości!

 

IMG_9893

 

Wilki!

największym problemem przyrody jest człowiek, któremu wydaje się, że wie więcej, lepiej, dobrzej. a guzik. regularny smog w Poznaniu, dusimy się na własne życzenie.

a tam gdzieś na skraju Polski rośnie resztka prastarej puszczy. a w niej więcej tlenu i troszkę, troszeczkę pierwotnych praw natury. tam, w Teremiskach, żyje lubiany, ale i kontrowersyjny (zmora niektórych polityków…) człowiek. Adam Wajrak. i tam żyją wilki. wilki, co to nie są żadnymi bestiami, ludzi nie jedzą (chyba, że małe dziewczynki w czerwonych płaszczykach sesese), boją się ich jak ognia. “Wilki” – najnowsza publikacja Wajraka zabiera nas w podróż przez wilczą historię i historię naszych, ludzkich lęków. a przede wszystkim ta książka to łyk świeżego powietrza, szum Białowieskich drzew i wzruszające opisy spotkań z pięknymi drapieżnikami – czasem w śniegu, czasem nad zeżartym łosiem.

Wajrak nie opowiada bajki. opiera się na literaturze, badaniach białowieskich przyrodników no i swoich i swojej partnerki Nurii, z którą tropili wilcze ofiary, by dowiedzieć się, jak te drapieżniki polują i odżywiają się i… kto przysiada się do stołu, by wciągnąć resztki.

nie jest to różowa opowieść. wilk nie miały łatwo. przez wieki okresy jego prześladowania nasilały się i słabły. Przyrodnik zestawia sytuację polskich watah (wcale dobrą) z sytuacją Szwedzkich czy Białoruskich. no i demitologizuje. wilk jest ciekawski, czasem strachliwy, nie atakuje ludzi. to nie przymilny “pluszak”, wiadomo, to dziki zwierz, ale jest piękny i wart poznania.

poznawajmy!

Po książkę możecie do na wpaść, a 9 grudnia 2015 zapraszamy do Centrum Kultury Zamek w Poznaniu na spotkanie z samym autorem – Adamem Wajrakiem 🙂

 

IMG_9763

ostatnie dzieci lasu.

jeżeli macie problem z emocjami, kontaktami międzyludzkimi, deficytem spokoju i szczęścia, jesteście niezadowoleni z życia, widzicie w nim morze problemów – ta książka ich nie rozwiąże. nie wiem, czy w ogóle Wam pomoże. ale wspomnijcie na te słowa:
“przyroda nie zabiera nam czasu, ona go rozszerza”, “działa jak balsam dla duszy” “pobudza kreatywność, domagając się wizualizacji i wykorzystania wszystkich zmysłów”. Richard Louv patrzy na problem “deficytu natury” z perspektywy amerykańskiej, ale warto książkę przeczytać i w Polsce, i to nie tylko będąc rodzicem. powrót do przyrody nie jest łatwy, bo tu chodzi o intymną więź z naturą, my tę więź tracimy. NIE DAJCIE SIĘ!!!

jesteśmy z Tomaszem od przyrody uzależnieni. chciałam napisać tu milion rad, jak ratować życie kontaktem z naturą, ale napiszę może tylko tyle – ona pozwala nam odżywać, regenerować umysł i ciało. ma niewiarygodną siłę. zwraca radość życia i poczucie sensu. dbajmy i korzystajmy.

ostatnio spędzamy dużo czasu w mieście, wczoraj przegięliśmy pokonując Rondo Śródka – podobno najbardziej rozbuchane rondo w tym mieście – aż cztery razy. samochodem. dieslem. syfiąc i smrodząc. słuchając nieustannego szumu wokół nas. tkwiąc w nerwowości, jaki generują otaczający nas kierowcy. próbując nie poddać się nastrojowi “k**wa, szybciej” i nie dając się wpędzić w coś, co nazywam “jazdą za wszelka cenę”. szliśmy spać o trzeciej w nocy z poczuciem, że zapomnieliśmy, jak szumi las. a to niedopuszczalne. choruję z braku wysokich drzew. eko-depresja. dochodzimy do ściany, do której nie warto się zbliżać. tonie w smogu i braku przestrzeni. myślę, że człowiek potrzebuje i powietrza i miejsca wokół siebie. bardzo potrzebuje ciszy, nawet wypełnionej hałasem ptaków, wiatru, ryjących dzików, spadających liści. zbyt łatwo dajemy sobie to odebrać. zapominamy i nie doceniamy przyrody. to nie eko-oszołomy walczą o połacie puszcz i doliny rzek. to ludzie świadomi, że od braku zielonych ostoi zaczyna się koniec świata. bo gdzie będą tokować głuszce? gdzie walczyć będą bojowniki? gdzie będą mieszkać wilki? o wilkach za moment. o puszczach niebawem. zabiorę Was do Białowieży – takiej, jakiej chyba już nie ma.

Richard Louv / Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury / tłum. Anna Rogozińska / Wydawnictwo Relacja

książke kupisz tutaj!

albo po prostu do nas wpadnij!

a potem biegnij do parku, nad Rusałkę, za miasto!

IMG_8556

Zatrzymaj się na chwilę.

święto Wszystkich Świętych, a zaraz po nim Zaduszki zawsze miały podobny, znajomy, dobry wymiar. mama piekła drożdżówę, robiła bigos, o wczesnej porze przyjeżdżał maminy brat z żoną o bluesowym głosie. było zimno, było ciepło, czasem słońce, czasem śnieg. no i dzwonił kuzyn mamy złożyć nam wszystkim życzenia. wszak pierwszego listopada wszyscy obchodzimy imieniny. w tym roku nie zadzwonił i my nie zadzwoniliśmy. w tym roku pierwszy raz od 80 lat nie było go z nami. w tym roku pierwszy raz zapalałam żółty znicz myśląc o tym, gdzie jest i o tym, że bardzo brakuje mi jego głosu w telefonie.

napisał sporo książek i to strasznie grubych, był historykiem karmelu, tak, był karmelitą bosym. i to w tym charakterystycznym mieście – w Wadowicach. ocalił nam  Wadowice. zamiast z papieską histerią do dziś kojarzą mi się wyłącznie z wizytami na karmelickiej “górce” w ogromnym starym klasztorze, gdzie przybijaliśmy piątkę z przeorem Grzegorzem, a potem spotykaliśmy się na rozmowach z Wujkiem. wieczorem schodziliśmy do miasta na piwo i po słodycze do legendarnej wytwórni Skawa. zawsze zaliczaliśmy kremówkę (ugh..). jeździliśmy stamtąd w górki, wpadaliśmy do Krakowa. łaziliśmy po łąkach otaczających Wadowice, płoszyliśmy sarny, zające. w nocy podziwialiśmy łunę nad miejskim zakładem karnym.

według pań z klasztornej kuchni, byliśmy za chudzi i zawsze zjadaliśmy za mało szynki. do Wadowic docieraliśmy ryzykując życie – via bus. bus, bus, busik. 160 na zakrętach, wiejskich drogach i “zakopiance”. najlepiej wsiadać do niego na rauszu albo wcześnie rano, gdy niewiele się kojarzy. albo w nocy. jeździliśmy tam od nastoletnich czasów. z bratem, z koleżanką po drodze z czeskiej Ostravy. wreszcie z Tomaszem. w klasztorze w nocy było zupełnie ciemno i zupełnie cicho, aż czasem nie mogliśmy zasnąć. pod mury podchodziły bażanty i zające. do wielkiego ogrodu zaglądały sarny.

jak człowiek odchodzi? nie wiem, Wujek cofał się w czasie. zawsze dużo nam mówił o przeszłości. o swojej wsi rodzinnej, o Galicji, o powojennym okresie, o przechytrzaniu milicji w czasach PRLu. człowiek, który żył historią, który był dla nas fascynującym źródłem opowieści, o których ja dowiadywałam się u Martina Pollacka (“Cesarz Ameryki”) czy Małgorzaty Szejnert (“Wyspa klucz”). ogromnie dużo czytał. był tytanem pracy. ocalał historie polskich karmelitanek i karmelitów, opracował kroniki wadowickiego klasztoru, doprowadził do kanonizacji sybiraka św. Rafała Kalinowskiego. w ogóle był specem od “uświęcania”.

to, że wyznawał katolicyzm to jedno.  dla mnie był człowiekiem, który poznał mnie osobiście tydzień po tym, jak się urodziłam. trzymał mnie na rękach i martwił się, że mam taką małą głowę… był w naszej rodzinie obecny zawsze, mimo odległości, w jakiej mieszkaliśmy. gdy przyjeżdżał – wędrowaliśmy razem po lesie, szukaliśmy sikorek czubatek, zrywaliśmy w ogrodzie porzeczki i agrest. chodziliśmy do cukierni po rożki (czasem stare, bo ekspedientki widząc zamiejscowego wciskały przestarzały towar; Wujek cukiernię przeżył o dobrych parę lat – przypadek?), graliśmy w karty na pieniądze. uczył mnie chwytać pokrzywę tak, żeby się nie poparzyć (jemu wychodziło, mi tak sobie = wrzask). i jeszcze pamiętam jego krok. mierzył prawie dwa metry, poruszał się dużymi krokami, im by straszy, tym bardziej posuwiście.

moja opowieść o nim powinna być długa, jak całe moje życie.

co zrobić, by zmierzyć się ze śmiercią? ja znalazłam sposób, który nas łączy w pasji czytania. sięgam po “Życie i los” Wasilija Grossmana, bo to jedna z ulubionych książek Wujka. sięgam po teksty Czesława pisane dla karmelickiego czasopisma. zebrał je, poprawił i wydał na prośbę przełożonych. to była jego ostatnia książka. i jak się śmialiśmy – pierwsza “dla ludzi”. zawiera proste teksty czerpiące z długiego życia, z Pisma Świętego, ale przede wszystkim z mądrej dobroci. nie mogę Wam polecić lektury, bo może Was to w ogóle nie interesować (co zrozumiałe), okładka – no, taka mało profesjonalna, a poza tym książkę trudno dostać. jest taniutka, rozkupili parafianie i krakowscy sympatycy karmelu. co dla mnie ważne – Wujek we wstępie do książki napisał, że kocha swoje klasztorne życie i nie żałuje ani jednego dnia spędzonego “na służbie”. mam swoje poglądy, w wielu punktach nie zgadzałam się z Czesławem, ale przed jego wiarą i przekonaniami chylę czoła, bo był jednym z najwierniejszych, najuczciwszych i najlepszych ludzi, jakich w życiu poznałam. według jego przekonania – mamy jeszcze szansę się spotkać. umarł tak, jak chciał. siedząc w fotelu, wśród książek, przygotowawszy biały karmelicki płaszcz, w który ubiera się braci do pochówku. dwa tygodnie przed śmiercią złożył zeznania dotyczące o. Rudolfa Warzechy, którego karmelici chcą wynieść na ołtarze. teraz Wujek i o. Rudolf są sąsiadami na wadowickim cmentarzu. myślę, że gdy nikt nie widzi – grają w oczko. i wcinają rożki.

 

to mało, ale dedykuję ten wpis pamięci Czesława Honorata Gila, Wujka, Brata i Karmelity z Wadowickiej Górki.

a tytuł książki dedykuję wszystkim. sobie również. nie przegapmy ludzi, odchodzą zawsze za wcześnie.

 

IMG_9745

 

“Kochanie mam trzydzieści trzy lata i pewne przyzwyczajenia”. Jane Bowles.

książka przy której bez problemu zasypiam. którą czytam dla tekstów: “Pani jest lafiryndą!” wygłaszanych w sytuacjach nieco dziwacznych. Lubię Jane Bowles za tworzenie dwóch klimatów na przemian – gwarzących na koktajlu Pań – smutnych, nieco przykurzonych, ale kukających (z kieliszkiem ginu) ku życiu, a z drugiej strony ekscentrycznego humoru czającego się w ustach różnych podstarzałych (mentalnie bądź fizycznie) postaci. czytam na dużym zmęczeniu i parskam śmiechem w jeżycką noc. przesadziłam z emfazą więc dodam jeszcze – Jane Bowles była żoną TEGO Bowlesa, mieszkała z nim (lub on z nią) w Tangerze i była postacią barwną, lubił ją i jej prozę Truman Capote. “z czasem wiodła coraz okropniejsze życie”:
1957 apopleksja,
1967 schizofrenia
1970 niemal całkowita utrata wzroku
umarła w Maladze.pozdrawiam, polecam.

Dwie poważne damy. W letnim domku / Jane Bowles / wy. Biuro Literackie / tłum. Andrzej Sosnowski

książę kupisz tutaj!

albo po prostu do nas wpadnij 🙂

 

 IMG_8438