Zatrzymaj się na chwilę.

święto Wszystkich Świętych, a zaraz po nim Zaduszki zawsze miały podobny, znajomy, dobry wymiar. mama piekła drożdżówę, robiła bigos, o wczesnej porze przyjeżdżał maminy brat z żoną o bluesowym głosie. było zimno, było ciepło, czasem słońce, czasem śnieg. no i dzwonił kuzyn mamy złożyć nam wszystkim życzenia. wszak pierwszego listopada wszyscy obchodzimy imieniny. w tym roku nie zadzwonił i my nie zadzwoniliśmy. w tym roku pierwszy raz od 80 lat nie było go z nami. w tym roku pierwszy raz zapalałam żółty znicz myśląc o tym, gdzie jest i o tym, że bardzo brakuje mi jego głosu w telefonie.

napisał sporo książek i to strasznie grubych, był historykiem karmelu, tak, był karmelitą bosym. i to w tym charakterystycznym mieście – w Wadowicach. ocalił nam  Wadowice. zamiast z papieską histerią do dziś kojarzą mi się wyłącznie z wizytami na karmelickiej “górce” w ogromnym starym klasztorze, gdzie przybijaliśmy piątkę z przeorem Grzegorzem, a potem spotykaliśmy się na rozmowach z Wujkiem. wieczorem schodziliśmy do miasta na piwo i po słodycze do legendarnej wytwórni Skawa. zawsze zaliczaliśmy kremówkę (ugh..). jeździliśmy stamtąd w górki, wpadaliśmy do Krakowa. łaziliśmy po łąkach otaczających Wadowice, płoszyliśmy sarny, zające. w nocy podziwialiśmy łunę nad miejskim zakładem karnym.

według pań z klasztornej kuchni, byliśmy za chudzi i zawsze zjadaliśmy za mało szynki. do Wadowic docieraliśmy ryzykując życie – via bus. bus, bus, busik. 160 na zakrętach, wiejskich drogach i “zakopiance”. najlepiej wsiadać do niego na rauszu albo wcześnie rano, gdy niewiele się kojarzy. albo w nocy. jeździliśmy tam od nastoletnich czasów. z bratem, z koleżanką po drodze z czeskiej Ostravy. wreszcie z Tomaszem. w klasztorze w nocy było zupełnie ciemno i zupełnie cicho, aż czasem nie mogliśmy zasnąć. pod mury podchodziły bażanty i zające. do wielkiego ogrodu zaglądały sarny.

jak człowiek odchodzi? nie wiem, Wujek cofał się w czasie. zawsze dużo nam mówił o przeszłości. o swojej wsi rodzinnej, o Galicji, o powojennym okresie, o przechytrzaniu milicji w czasach PRLu. człowiek, który żył historią, który był dla nas fascynującym źródłem opowieści, o których ja dowiadywałam się u Martina Pollacka (“Cesarz Ameryki”) czy Małgorzaty Szejnert (“Wyspa klucz”). ogromnie dużo czytał. był tytanem pracy. ocalał historie polskich karmelitanek i karmelitów, opracował kroniki wadowickiego klasztoru, doprowadził do kanonizacji sybiraka św. Rafała Kalinowskiego. w ogóle był specem od “uświęcania”.

to, że wyznawał katolicyzm to jedno.  dla mnie był człowiekiem, który poznał mnie osobiście tydzień po tym, jak się urodziłam. trzymał mnie na rękach i martwił się, że mam taką małą głowę… był w naszej rodzinie obecny zawsze, mimo odległości, w jakiej mieszkaliśmy. gdy przyjeżdżał – wędrowaliśmy razem po lesie, szukaliśmy sikorek czubatek, zrywaliśmy w ogrodzie porzeczki i agrest. chodziliśmy do cukierni po rożki (czasem stare, bo ekspedientki widząc zamiejscowego wciskały przestarzały towar; Wujek cukiernię przeżył o dobrych parę lat – przypadek?), graliśmy w karty na pieniądze. uczył mnie chwytać pokrzywę tak, żeby się nie poparzyć (jemu wychodziło, mi tak sobie = wrzask). i jeszcze pamiętam jego krok. mierzył prawie dwa metry, poruszał się dużymi krokami, im by straszy, tym bardziej posuwiście.

moja opowieść o nim powinna być długa, jak całe moje życie.

co zrobić, by zmierzyć się ze śmiercią? ja znalazłam sposób, który nas łączy w pasji czytania. sięgam po “Życie i los” Wasilija Grossmana, bo to jedna z ulubionych książek Wujka. sięgam po teksty Czesława pisane dla karmelickiego czasopisma. zebrał je, poprawił i wydał na prośbę przełożonych. to była jego ostatnia książka. i jak się śmialiśmy – pierwsza “dla ludzi”. zawiera proste teksty czerpiące z długiego życia, z Pisma Świętego, ale przede wszystkim z mądrej dobroci. nie mogę Wam polecić lektury, bo może Was to w ogóle nie interesować (co zrozumiałe), okładka – no, taka mało profesjonalna, a poza tym książkę trudno dostać. jest taniutka, rozkupili parafianie i krakowscy sympatycy karmelu. co dla mnie ważne – Wujek we wstępie do książki napisał, że kocha swoje klasztorne życie i nie żałuje ani jednego dnia spędzonego “na służbie”. mam swoje poglądy, w wielu punktach nie zgadzałam się z Czesławem, ale przed jego wiarą i przekonaniami chylę czoła, bo był jednym z najwierniejszych, najuczciwszych i najlepszych ludzi, jakich w życiu poznałam. według jego przekonania – mamy jeszcze szansę się spotkać. umarł tak, jak chciał. siedząc w fotelu, wśród książek, przygotowawszy biały karmelicki płaszcz, w który ubiera się braci do pochówku. dwa tygodnie przed śmiercią złożył zeznania dotyczące o. Rudolfa Warzechy, którego karmelici chcą wynieść na ołtarze. teraz Wujek i o. Rudolf są sąsiadami na wadowickim cmentarzu. myślę, że gdy nikt nie widzi – grają w oczko. i wcinają rożki.

 

to mało, ale dedykuję ten wpis pamięci Czesława Honorata Gila, Wujka, Brata i Karmelity z Wadowickiej Górki.

a tytuł książki dedykuję wszystkim. sobie również. nie przegapmy ludzi, odchodzą zawsze za wcześnie.

 

IMG_9745

 

Advertisements

One Comment Add yours

  1. Kinga says:

    Wspaniała Historia! Dziękuję pięknie! “Nasz” Wielki i Prawy, Jan, też podobnie odchodził, w fotelu, ledwo widząc na oczy jako zakonnik Braci Misjonarzy na krakowskim Stradomiu. Mądry i cichy, specjalista od kobiecych smuteczków, spowiadający na spacerach z wyżłem. Byli na tej ziemi lekko, trochę ptasio, trochę powietrznie. Ucałowania! Ki

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s