Monthly Archives: March 2016

Dom nad rzeką Loes.

Byłam święcie przekonana, że sięgam po opowieść lekarza bez granic. Że opowieść będzie o pracy medyka w warunkach trzeciego świata. Jak bardzo się myliłam. Trzeci świat to wyrażenie ukute przez nas, przez tych samych, co zawsze podłych ludzi Zachodu. A Timor Wschodni, o którym pisze Mateusz Janiszewski to ziemia nękana najbardziej przez Australijczyków i United States of America. W którym obecność ONZ to jakiś ciężki żart, a walka o złoża pod morzem toczy się na śmierć (Timorczyków) i życie (biznesmenów, polityków, duchownych). Walka zażarta i idiotyczna. Bo czy dacie wiarę, że Australia posunęła się do próby przesunięcia swojej morskiej granicy, na jakichś pokrętnych wymyślonych na szybko zasadach, żeby przejąć złoża (chyba gazu) należące do Timoru?


To jest tak, że nadal nic nie wiem o Timorze Wschodnim. Oprócz tego, że to była kolonia portugalska, że leży obok Indonezji i blisko Australii, że stolicą jest Dili, a walutą dolar amerykański (sic!). I że byłby to kraj spokojny, gdyby nie ludzka chciwość i pospolita żądza forsy i władzy. Mateusz Janiszewski nie stawia się w sytuacji wszechwiedzącego narratora. Raczej ujawnia swoją słabość i niewiedzę. Boryka się z próbą zrozumienia kraiku, w którym spędził trochę czasu jako lekarz wolontariusz. Książka jest fragmentaryczna, króciutka, ale pisana na niezłym wpierdolu na “cywilizowany” świat. Najfajniejszą postacią jest lekarz – doktor Dan Murphy – duży facet, budzący respekt koleś, który na pytanie, co, do cholery, od lat robi w tej timorskiej dziurze, bez solidnego medycznego zaplecza, babrając się w ludzkim nieszczęściu, odpowiada – “‘Cause it is the right thing to do.”

Mateusz Janiszewski / Dom nad rzeką Loes / Wydawnictwo Czarne

Advertisements

Szwedzki kryminał a łódź, której nikt nie chce.

Pierwszy raz w życiu czytam kryminał dla dzieci – szwedzki of course – w którym w tle akcji znajduje się niepokojąca łódź z uchodźcami. Uchodźcy są z Syrii, utknęli na zamarzniętej rzece przecinającej małe miasteczko. Zbliża się grudzień, mróz, śnieg. Syryjczycy przebywają w Szwecji nielegalnie i nikt nie wie, co z nimi zrobić. Podglądamy tę sytuację mimochodem, bohaterowie w przelocie dostrzegają nagłówki gazet sygnalizujące brak/niemożność/nieumiejętność rozwiązania sprawy.  Jedna osoba z miasteczka postanawia pomóc uchodźcom w najbardziej ludzki sposób – zabierając po kryjomu do domu dwójkę dzieci (zna przez swoich przyjaciół rodziców dwójki) oraz potajemnie zanosząc wszystkim jedzenie. Jedzenie podkradane z pewnej restauracji prowadzonej przez Turków, którzy dziesięć lat temu osiedli w Szwecji. I mają syna, który jest głównym bohaterem “Srebrnego chłopca”. Fabuła nie dotyczy kwestii łodzi, a ukradzionego dawno temu srebra. Wasze dziecko przeczyta zgrabny kryminalik oparty na dziejach miasteczka. Dorosły przeczyta to, co przeczyta. Może to tania sprzedażowa zagrywka. A może wręcz przeciwnie. Obstawiam to drugie.

Zadziwiają mnie Szwedzi. Ciągle. No bo siedzę wieczorem przy kawie i książce i myślę o tym, dlaczego rodzice Aladdina, Turcy z pochodzenia, mają problemy? Niby restauracja podupada, ale z drugiej strony tłoczą się w niej klienci. Wiadomo – zmieniły się ceny, realia, trzeba się dostosowywać. Ale może chodzi tu o coś więcej? Facet, który decyduje się podrzucać na łódź uchodźców pożywienie robi to po kryjomu. Dlaczego? Bo odpracowuje zadawnioną winę, ale też przebąkuje coś o tym, może nie wszystkim się spodobać taki gest… I może turecka restauracja ma problemy bo przyszły niespokojne czasy? Może straciła czyjąś sympatię? Zaczynają się te pytania kłębić w głowie. I to po lekturze tak niezobowiązującej książki… Kristina Ohlsson nie przygotowała taniej dydaktycznej powiastki. Po prostu jej opowieść dla nastoletniego (10-13 lat) czytelnika dzieje się we współczesnych realiach. A autorka umie powstrzymać się przed dopowiadaniem wszystkiego do końca. Nie odpowiada zarówno na pytanie czy istnieją duchy, jak i nie sugeruje, co zrobić z nie do końca tolerowanymi przez społeczność miasteczka, przybyszami z Syrii. Być może taka książka jest narzędziem do rozpoczęcia trudnych rozmów z dzieckiem? Dziecka nie mam to nie wiem, ale wydaje mi się, że jest to jakiś trop.

Kristina Ohlsson / “Szklane dzieci”, “Srebrny chłopiec” / tłum. Anna Topczewska (“jak można tak komuś ZABAGNIĆ życie?” ❤  )/ wyd. Media Rodzina

Alfred Hitchcock, James Bond i ornitologia.

Nie jeździłam nad Biebrzę ani na Hel.
Przez pół życia nie miałam pojęcia, co to Akcja Bałtycka.
Nie odróżniam sępa od sokoła, mylę wróbla z mazurkiem.
Ale.
Wychowałam się na jednotomowym atlasie Sokołowskiego (o którym napiszę kiedyś doktorat na moim prywatnym uniwersytecie) i gapiąc się w wielki karmnik za kuchennym oknem. Nigdy nie sądziłam, że to może być coś wyjątkowego. Fajne było, ale w moim mniemaniu sikorę bogatkę od czubatki to chyba każdy odróżni, co nie? …Nie? A potem zaczęłam liceum w mieście i tam mało kto wiedział, co lata za oknem. Ale nadal nie uważałam, że to coś niezwykłego, że ojej drozdy na Teatralce… W zasadzie nadal nie uważam się za zajebiaszczą, bo widzę ptaki. Uważam po prostu, że mam fart. Że łaziliśmy po tym naszym lesie i podglądaliśmy i podsłuchiwaliśmy. Bez lornetki, bez kaloszy. Ptasiarze prymitywiści.

Książka Stanisława Łubieńskiego jest dla wszystkich tych, którym ptasie podglądactwo nie jest obce. Dla których dostrzeganie przemykających za oknem jerzyków jest naturalne. Dla tych, którym jazda autostradą i wymijanie tira nie kłóci się z okrzykiem – “rany, patrz żurawie!”, ale i dla tych, którzy wiedzą mało, nic, ale oglądali w multipleksie Jamesa Bonda. James Bond, proszę Państwa, był ornitologiem. Dlaczego? Nie zdradzę, bo to straszny spoiler by był, powiem tylko, że można zrobić sobie powtórkę z filmu “Śmierć nadejdzie jutro” 🙂

Łubieński nie jest ornitologiem a kulturoznawcą i ukrainistą (kojarzycie jego “Pirata stepowego”?) no i “ptasiarzem”. Może dlatego jego książka jest piękną opowieścią zarówno o obrączkowaniu ptaków dla Akcji Bałtyckiej, jak i o Jonathanie Franzenie, który cierpi na Birding Compulsive Disorder. I jeszcze o Chełmońskim i jego “ptasim malarstwie”. Oraz o Brytyjczykach, skłonnych pobić osobnika, który spłoszy rzadkiego, właśnie obserwowanego ptaka; trochę o życiu polskiej wsi. Trochę o tym, że rozpieprzamy ekosystem. Sporo o kształcie dzisiejszych miast. Ale przede wszystkim o czułej pasji śledzenia skrzydlatych mieszkańców pól, lasów, łąk, mokradeł, metropolii!

Birdwatcherów jest więcej niż mi się wydawało. Dzisiaj spotkanie zimorodka czy dzięcioła zielonego to okazja do emocjonujących rozmów. Fajnie 🙂

Stanisław Łubieński / Dwanaście srok za ogon / Wydawnictwo Czarne

A Staszek Łubieński odwiedzi Bookowskiego  w kwietniu tego roku. Zaglądajcie na facebooka, niebawem szczegóły.

Świat małej Tove.

Nie wiem, jak Wy, ale taka pogoda, jaka teraz panuje za oknem uruchamia u mnie syndrom Włóczykija. Uchylam drzwi i powiew powietrza pachnącego wiatrem wysysa mnie i woła “wyjdź, co tak stoisz, wyłaź, weź termos i kanapki i idziemy stąd!”. No więc, kiedy tylko się da – bujamy się po lasach…

“Córka Rzeźbiarza”
To nie jest autobiograficzny klucz do Muminków.
Muminki tego klucza nie potrzebują.
Ale to jest po prostu jedna z części muminkowej serii.
I nikt mi nie wmówi, że jest inaczej.
Zupełnie inne niż opowiadania z tomu “Wiadomość”.
Historie z wężami w puchatym dywanie, ze śniegiem, który osacza albo jednak otula i chroni przed światem. Z tatusiem miłośnikiem morza. Z unoszącą się na falach tajemnicą świata, który opowiada mała dziewczynka o imieniu Tove. Nauczy Was latać, żebyście coś z życia mieli, zabierze na tratwę, prosto w groźną mgłę, gdzie z pewnością czają się hatifnatowie. I wzbudzi tęsknotę za dzieciństwem, w którym po sztormie zawsze czekała mamusia i tatuś i kakao przy kominku. Dobra, to prawda, kocham Tove Jansson

Tove Jansson / Córka rzeźbiarza / tłum. Teresa Chłapowska / Wydawnictwo Marginesy

Paul i Jane. Jane i Paul.

Małżeństwo – Jane Bowles i Paul Bowles. Czytam Paula i szukam u niego Jane. No i znajduję. Żonę, która jedzie na Saharę (lub w dżunglę w wersji Jane), bo jedzie tam mąż. Ona nieprzesadnie zafascynowana światem. Raczej z dystansem. Oboje trochę się gubią w uczuciach, próbują się szukać. Amerykańska nerwica w piaskach pustyni. W pogoni za nieustanną podróżą, za przemieszczaniem się bez punktu docelowego. Bo bohater Bowlesa jest podróżnikiem, nie turystą – jak twierdzi. I absolutnie nie chodzi mi w tych refleksjach o klucz biograficzny. Z lubością obczytuję wewnątrz-powieściowe powinowactwa małżeństwa pisarzy.

Na podstawie książki powstał w 1990 roku film Bertolucciego. mała rólkę zagrał ponoć sam Bowles.

Lubię ich – i Jane i Paula. Choć Jane chyba bardziej 🙂

Serdecznie Państwu polecam!

Paul Bowles / Pod osłoną nieba / tłum. Tomasz Bieroń / wyd. Świat Książki

KSIĄŻKĘ KUPICIE TUTAJ

Albo po prostu do nas wpadnijcie.

Pocztówka z Puszczy.

Pewnego lutowego poranka wrzuciliśmy do bagażnika termosy z kawą i herbatą, kalosze, treki, termogacie i pojechaliśmy. Pojechaliśmy sprawdzić o co chodzi. Pojechałam, bo to głupie – skończyć trzydzieści lat, a nigdy nie widzieć Puszczy, o którą bije się pół Polski. No i lubimy lasy.  Szukamy w nich hałaśliwej ciszy z tym całym szumem koron drzew, z dudnieniem dzięciołów, wrzaskiem sójek. Krótko i żołniersko – bo nas cholera jasna bierze – nie można wszystkiego spieniężać. Nie od tego jest Puszcza, o nie. Nie znamy się na ekonomii i przemyśle, nie jesteśmy leśnikami, ale nie dociera i nie dotrze do mnie żaden argument, że tam się drewno marnuje, że kornik więc trzeba ciąć. No nie.

No to pojechaliśmy. Zamieszkaliśmy na tydzień w lesie. Odwiedziliśmy żubry w zagrodzie, zajrzeliśmy do Dębów Królewskich i na teren Orlika krzykliwego (a tam wycinka…). Wszystko to bardzo fajne. Ale najlepszy jest po prostu las. Otaczający nas zewsząd. Po zmroku ciemno, choć oko wykol. Księżyc. Cicho. Zaszeleścił w trawie przymrozek.

Umówiliśmy się jeszcze z Poznania na spotkanie z Tomkiem Samojlikiem (historykiem przyrody, autorem książek dla dzieci i komiksów o historii Puszczy) – dzwonię – cześć, to my, jutro jesteśmy. I tak pojechaliśmy do Instytutu Biologii Ssaków w Białowieży. Tomek przeziębiony, ale cierpliwy. Opowiedział nam o swojej pracy no i o korniku. Tak, jest, ale to naturalna kolej rzeczy – wody gruntowe wysychają, świerki słabną, pojawia się kornik, powala świerki, a powalone drzewa gniją i tworzą nowe ekosystemy. Ot, naturalne koleje przyrody. A polityczni przedsiębiorcy chcą porządki robić i wycinać, wycinać, wycinać. Nie martwcie się, mówi Tomek, Puszcza się obroni. Nie pierwszy i nie ostatni to atak na nią. Wyjdzie z tego obronną ręką, czy raczej konarem.

IMG_0756A co to? A to dowód na czyste powietrze. Widzieliśmy też białe plamy na drzewach. Przerażeni pytamy Tomka Samojlika – czy te drzewa są chore? Nie no, to są porosty. Czyste powietrze – uśmiechnął się Tomek. Co za głąby z nas… Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam “brodate drzewa” w okolicach Poznania. A tam, pod wschodnią granicą – jak starcy czekający na przyjście wiosny, jakby swetry islandzkie założyli i siedzą. A ja stoję i się gapię, i oddycham, i słucham. Bo dopiero tam, wśród tych mądrych drzew, poza miejskim zgiełkiem, człowiek znowu słyszy siebie.

Ryszard Kapuściński, a za nim Adam Wajrak powiedział, że stary las wytniecie, nasadzicie nowe drzewa, ale po tej wycince lasu już nie odzyskacie. Bo prawdziwych lasów już prawie nie ma. Z całym misternym ekosystemem budującym się nie przez dziesiątki, ale setki lat.

 

IMG_0795

A tu wiekopomne dzieło człowieka. Cmentarzysko świerka. W zasadzie nawet nie cmentarzysko tylko jakiś wielki fakap. I kolejne drzewa wyznaczone do wycinki. Aha, proszę mnie sprostować, ale to zdaje się teren Natura 2000. Właśnie idziemy szlakiem  “Ochrony orlika krzykliwego”. Zakaz schodzenia ze ścieżki. Tylko, że ścieżka poprzecinana “szlakami” wywózki drewna. Pewnie do sezonu turystycznego “posprzątają”. Albo jestem upierdliwym turystą, albo czegoś nie rozumiem…

Spotkaliśmy też “potwora” (podobno powoli z braku świerka przestawia się na polityków) o duszy artysty. Kornik drukarz dobiera się do drzew w wyjątkowo fantazyjny sposób. Sami zobaczcie:

IMG_0797

CZŁOWIEK LASOM NIE JEST POTRZEBNY. ALE CZY CZŁOWIEKOWI BEZ LASU BĘDZIE DOBRZE? Strasznie się rozpanoszyliśmy – my, ludzie. Wydaje nam się, że wszystko nam podlega, wszystko kontrolujemy, że przyroda służy do ozdoby, jest jakimś dodatkiem, żeby nam się milej żyło. Zapominamy, że jesteśmy jej fragmentem i jak się potężnie wk*rwi to może się zdarzyć kolejny meteoryt, radykalne zmiany klimatu, coś niemiłego, co zmiecie nas z powierzchni planety. I nikt nie będzie po nas płakał. Po naszych dieslach, lodówkach i lokówkach. Po Detroit i autostradach stupasmowych. Dlaczego tak łatwo o tym zapominamy? Dlaczego nie próbujemy żyć w równowadze i zgodzie ze światem?  Przykra prawda jest taka, że sami siebie niszczymy. To my powodujemy zmiany klimatyczne, za którymi idzie choroba świerków. To wszystko jest przecież łańcuchem przyczynowo-skutkowym.

Nie jesteśmy specjalistami, nie jesteśmy biologami, jesteśmy księgarzami, ale staramy się dostrzegać, że nie bytujemy na planecie sami i że po nas jeszcze ktoś będzie tu żył i fajnie, żeby miał do życia dobre warunki. Spędzamy na ziemi kilkadziesiąt lat, niektóre drzewa w naturalnym biegu rzeczy, spędzają ich tu kilkaset – gdyby mówiły, pewnie sporo moglibyśmy się od nich nauczyć…

Spod zagrody pokazowej żubrów zabraliśmy panią Eugenię, którą podrzuciliśmy do Hajnówki. Pani Eugenia ma pasiekę gdzieś tam pod Puszczą. Zabraliśmy kilka słoiczków do Poznania. Miód już scukrzony, ze zbiorów zeszłorocznych. Pani Eugenia ma drobne, spracowane ręce i śpiewny akcent. A z Hajnówki do Białowieży jechał chłopak z Warszawy. Będą z ekipą monitorować wycinkę drzew i czekać na rozwój sytuacji politycznej.

Temat Puszczy Białowieskiej i zakusów na nią jest tym, co potrafi mną wstrząsnąć. Politycy zapewniają mi tych wstrząsów za dużo. W kwietniu znów jedziemy do Puszczy. Napatrzeć się i wzywać Entów na pomoc.  Bo dla mnie osobiście sprawa Puszczy kumuluje w sobie całe zło, które ostatnio się wydarza. Potwornie mnie smuci. Bo uderzenie w Puszczę jest uderzeniem w serce. W miejsce, które jest samą czystością – której zniszczenie uznam za ostateczny upadek. I jeśli do tego dojdzie – spadam. I już wszystko będę miała gdzieś. Spiszę ludzkość na straty i odwiedzę Cormaca McCarthy’ego i powiem mu: demyt, miał pan rację, człowiek to straszny dupek – najpierw zniszczy Puszczę, za chwilę zje sąsiada.

I jeszcze ważna uwaga – foty pochodzą z obszaru Puszczy, który jest ogólnodostępny. Do rezerwatu, który wygląda trochę inaczej, wchodzi się z przewodnikiem i wędruje po wyznaczonych trasach. Tam spotyka się las, który ma ogromną pamięć. Sosnę masztową i dąb bartny (barć to taki ul dla dzikich pszczół – dziś już barci i bartników nie ma, ale w drzewach pozostały wspomnienia w postaci charakterystycznych otworów). Struktura lasu jest niesłychanie ciekawa, a przewodnicy dokładnie objaśniają jej charakter – pokażą Wam, gdzie żerował “trójpalczak” czyli słynny już dzięcioł trójpalczasty, a gdzie dzięcioły czarny czy zielony (te mają mocne łby i kują wgłąb, mniejsze gatunki lecą raczej po wierzchu tworząc charakterystyczne wzory na drzewach). Zobaczycie że las to nie tylko sosny, ale lipy, świerki czy ogromne dęby. Zresztą, o tym, czym jest prawdziwy las najlepiej opowiada specjalista –> Adam Wajrak. Serce Puszczy jest jeszcze cały czas chronione restrykcyjnie. Oby jak najdłużej.

A gdybyście chcieli dowiedzieć się czegoś o historii Puszczy Białowieskiej, to tu garść tytułów:

Bartnik Ignat i skarb puszczy / wyd. Centrala / Tomasz Samojlik

Ostatni żubr / wyd. Kultura Gniewu / Tomasz Samojlik

Puszcza Białowieska w pracach przyrodników i podróżników 1831-1863 / wyd. Semper / Piotr Daszkiewicz, Tomasz Samojlik, Bogumiła Jędrzejewska

Wycieczka do Puszczy / wyd. PZWS / Jan Jerzy Karpiński

W prastarej puszczy / wyd. Nasza Księgarnia / Jan Jerzy Karpiński

no i Adam Wajrak, wiadomo. od Kuny za kaloryferem po ostatnią książkę – Wilki.

Inna dusza Orbitowskiego

jeśli ktoś chciałby spytać mnie o zdanie: czytać? odpowiadam:
TAK, WARTO.

Orbitowski twierdzi, że wziął na warsztat wymykającą się spod kontroli duszę. szybuje pod sufitem, obserwuje ciało z dystansu i każe zabijać. jak to jest, że pewne osoby stają się mordercami? czyja to wina? rodziców? społeczeństwa? szkoły? czy DNA? czy zabijanie z zupełnie irracjonalnych powodów jest czymś, co – w bestii jaką jest każdy z nas – tkwi? Orbitowski nie bawi się w psychologa, ale rysuje Bydgoszcz, jej blokowiska i bohaterów tak, jakby to, co się wydarzyło, wydarzyć się musiało.


oczywiście, wesołe to to nie jest. ale dobra proza, jak dobry reportaż – prawie zawsze jest jakoś tam smutna (truizm by Paulo Coelho?). no i ta orbitowska Bydgoszcz. do tej pory kojarzyła mi się z zakonem Duchaczy i czymś przygnębiającym oraz tym, no…Camerimage. i ładnym nabrzeżem. teraz kojarzy mi się jeszcze z Wesołym Fidem. siłowniami w piwnicy i panem Docentem ze sklepu monopolowego. i Kaplicą. i cmentarzem-noclegownią. i ze spieprzonym życiem. skuście się. jedźcie z Orbitowskim do Bydgoszczy.

ps. ja mam dobre wspomnienia z Orbitowskim i zawsze troszkę śledziłam, co tam się pisze. a sentyment mam, bo pan Łukasz pomógł mi przeżyć pewien warszawski staż. dzień zaczynałam od jego powieści w odcinkach “Warszawiacy”. linkuję, gdyby ktoś musiał napierniczać na ksero w jakimś wydawnictwie…
http://ha.art.pl/prezentacje/warszawiacy/777-lukasz-orbitowski-warszawiacy-odcinek-1.html

“Inna dusza” / Łukasz Orbitowski / wyd. Od deski do deski