“Szczygieł” – a miało być o sztuce.

839 stron. czy coś koło tego. i nie jest to opowieść o obrazie.
mam kilka teorii i podzielę się nimi z Wami, ale uprzedzam, że jeśli postanowicie zagłębić się w “Szczygła”, możecie dojść do zgoła innych wniosków niż ja.
pierwsze wrażenie – to jest opowieść o nieudolności opieki społecznej i psychologach-kretynach.
teoria druga – Tartt nieświadomie (albo jej nie doceniam) bazuje na naszym ogromnym lęku współczesnym – śmierć w zamachu terrorystycznym. bo od tego się wszystko zaczyna – w nowojorskim muzeum wybucha bomba. pokazują Rembrandta i innych. giną ludzie i dzieła. no i śledzimy losy ocalałego chłopaka, który stracił matkę, zyskał traumę i trauma go prześladuje, nie odpuszcza. bohater leczy się na własną rękę przez całe życie ćpiąc, paląc, pijąc. wszystko stara się kontrolować, ale wychodzi różnie, bo los, bo zbiegi okoliczności.

opowieść jest smutna i w dodatku obraża nas, Polaków, bo Boris – przyjaciel głównego bohatera – pół Rosjanin, pół Polak (aaa!), po ojcu alkoholik, jest uosobieniem Europy Wschodniej – brudny, podejrzany, bez zahamowań, wczesna inicjacja seksualna, jeszcze wcześniejsza narkotyczna, wąchanie kleju, mieszkanie na ulicy i co tam chcecie. oprócz tego czyta pasjami Dostojewskiego i jest w swym rozpieprzeniu niesłychanie ujmujący, choć straszny krętacz i mafioso. no jakbym patrzyła w lustro. (taki żart)

UWAGA! plusy:
Theo – bohater – wyczołgując się z gruzów muzealnych spotyka na swej drodze rannego, majaczącego Welty’ego. Welty, starszy pan, wielbiciel Fabritiusa i jego obrazu o tytule “Szczygieł” przekazuje chłopakowi pierścień i adres, na który ma go odnieść. i w ten sposób Theo poznaje Hobiego – swojego opiekuna, dobrego ducha. Hobie zajmuje się renowacją mebli, antyków. i ten dom i pracownię narysowała Donna Tartt bardzo ładnie. po lekturze zostają zapach terpentyny, szum narzędzi stolarskich, ciemne zaułki starego domu ze sklepem ze starociami na parterze.

Carel Fabritius – bo nie miałam pojęcia o tym malarzu, uczniu Rembrandta, który wyspecjalizował się w przedstawianiu “subtelności efektów światła dziennego”, co widać doskonale jeśli przyjrzymy się “Szczygłowi”. Fabritius studiował w Amsterdamie (co ma znaczenie dla fabuły), a zginął w Delfach, gdy w pobliżu jego pracowni nastąpił wybuch w prochowni (a-ha!). podobno wywarł wpływ m.in. na Vermeera, w co nietrudno uwierzyć porównując ich dzieła.

nie zdradziłam Wam, co jeszcze Theo wyniósł z gruzów muzeum. sami zgadnijcie. miało to być osią opowieści, ale jest pretekstem. i to takim niezbyt narzucającym się. “Szczygła” czyta się nieźle, zakończenie jest przegadane, ale, o dziwo, nie wszyscy umarli.

dla kilku fajnych wątków antykwarycznych, no i może kilku obyczajowych – jak mawiała Edith Piaf – NICZEGO NIE ŻAŁUJĘ.

Donna Tartt / Szczygieł / tłum. Jerzy Kozłowski / wyd. Znak

a foto dedykujemy Fabritiusowi i jego miłości do światła.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s