Monthly Archives: July 2016

W góry!

Tomasz, stary góral, co z bacą góralskie sanie uczył się zbijać przebywając na wywczasie rodzinnym w Tatrach i biegał jak dziki po szlakach wszelakich dziś spokojny (haha) chłopak – poleca wszystkim młodym eksploratorom zeszyt ćwiczeń “W góry!” Opasła pozycja w sam raz, gdy podczas wakacji dłuży się wieczór (to rzadkie, ale jednak) albo pogoda się skiepści (zgroza wczasowicza!). Należy do kompletuzaopatrzyć się w ołówek z gumką i kredki. I nie trzeba jechać w góry, żeby czerpać z niej dużo radości – tworzyć domowe stalaktyty, zaglądać z latarką do jaskiń. Przy odrobinie wyobraźni – ta książka zabierze Was na wyprawę na szczyty, stoki i do świstaczej nory 😉

Piotr Karski (tekst i ilustracje) / “W góry!” / Wydawnictwo Dwie Siostry / TEKSTY ZŁOŻONE KROJEM JUHAS  i mr orange / publikacja powstała we współpracy z Tatrzańskim Parkiem Narodowym

Chodźcie do Księgarni!

Advertisements

Hen, hen, na północy Norwegii…

HEN, hen, daleko stąd, bo na północy Norwegii stoi taki performatywny autobus twarzą do dołu (skąd i dlaczego – przeczytajcie). Właśnie zamknęłam książkę, w którą wpada się wraz z zorzą, a wypada ze śnieżycą. “Hen” jest dla mnie opowieścią o naznaczonych wiekiem ludziach i o przedmiotach – porzucanych, niosących historie, ale i zapomnienie. O szukaniu ludzi ze zdjęć i o próbach podejmowania prawdziwych rozmów. Ilona Wiśniewska napisała piękną książkę o spotkaniu z Północą, ale przede wszystkim o spotkaniu z Ludźmi Północy. Jej rozmowy, odkrywanie historii wymagały wrażliwej cierpliwości, czułego dotknięcia chropowatych serc. To są zwyczajni ludzie, ale jednak żyjący poza strefą komfortu. Wychowani wokół rybołówstwa, w zamarzających portach, zasypanych śniegiem wioskach odbudowanych z pożogi (dosłownie!) drugiej wojny światowej. Jest w tej książce ważne miejsce dla ludu saamów i ich joiku (charakterystycznego śpiewu). Jest tu dużo o przyrodzie – zniszczonej i zniekształconej – ale też potężnej, choć ciągle dręczonej przez koncerny, fermy łososia, tamy, regulacje…

Północna Norwegia jest trochę oderwana od świata – aż chciałoby się pojechać i zajrzeć do drewnianych domów malowanych w jaskrawe kolory, zerknąć na opuszczone miasteczka, spotkać wychłostanych mrozem ludzi, których przodkowie zaryzykowali i osiedli z wielodzietnymi rodzinami w miejscu, gdzie domy, porty, nieliczne sklepy – trzeba było mozolnie wybudować i starać się żyć w świecie długich nocy i dni polarnych. Dlaczego to robili? i dlaczego nie uciekli stamtąd, a teraz nawet zdarza im się wracać?

I jeszcze kobiety – zupełnie wyjątkowymi bohaterkami “Hen” są kobiety – rodzące naście dzieci albo samodzielne. Wdowy, matki, żony, artystki.

Ilona Wiśniewska / Hen / wyd. Czarne

Chodźcie do Księgarni!

Jacek Podsiadło kopie piłkę

Wznowienie bardzo spoko książki “Czerwona kartka dla Sprężyny”! Jacek Podsiadło zabiera nas do szkoły, na blokowisko, na boisko. Jest mądry, zawsze jakoś dawał radę w kwestiach trudnej niedorosłości. Kto lubił jego felietony o Pippi i cykl “A mój syn”, ten polubi Sprężynę i spółkę, i ich zmagania z piłką nożną i małoletnim życiem. Zaryzykuję – Podsiadło pisarz ma coś w sobie z korczakowskiego myślenia o człowieku i jego równych prawach w każdym wieku. Nie robi uników, idzie na zderzenia czołowe:
“jego rodzina to nie żaden margines społeczny, po prostu jego ojciec nie ma stałej pracy!”,
“- biją cię w domu, Sprężyna?
– ale tylko ojciec!”
“Ty masz za mało kalorii, a za dużo kłopotów!”

W książce, dla jej bohaterów, kwestią zasadniczą jest piłka. Wygrać mecz. Czy, kiedy i jak – poczytajcie. I czy tak naprawdę nie chodzi o coś więcej? W końcu, banał, ale jednak “noga” to sport drużynowy… Lubię tę książkę. Lubię jej swoistą bezkompromisowość.
Chcecie, to spróbujcie – i chłopaki, i dziewczyny. Trochę meczowych dłużyzn, ale i tak ze świecą szukać dobrej książki o podobnej tematyce 🙂

Cytat n zachętę: “Jest na tym świecie kupa rzeczy, które są, chociaż lepiej by było, gdyby ich nie było” i tu można sobie dopisać, co się chce.

Jacek Podsiadło / Czerwona kartka dla Sprężyny / wyd. Nasza Księgarnia

Chodźcie do Księgarni!

Podróże w nieznane krainy

Wioska była najpierw, dzięki protekcji Radziwiłłów (tych samych, których opisuje Sienkiewicz w “Potopie”)  protestancka, a konkretnie – kalwińska, potem żydowska (do 1942 roku) na końcu prawosławna, a teraz? Chodzi o Orlę, miasto na Podlasiu, przez które przejeżdżaliśmy dwukrotnie podróżując do Puszczy Białowieskiej. Jak człowiek niedouczony, jak my, to ma wrażenie, że za chwilę przekroczy granicę, bo napisy w miasteczku są w dwóch językach – po polsku i  bukwami. Bukwy to jaki język? Otóż, to nie takie proste.

Książkę Piotra Nesterowicza “Ostatni obrońcy wiary” odkryłam dzięki spotkaniu z autorem w Poznaniu, w Teatrze Polskim. Odpytywał pisarza Przemysław Czapliński, a odpytywał drobiazgowo. Książkę wydało wydawnictwo Petrus, a więc z zasady katolickie. Takie, po które nie sięgam, sięgam rzadko. A tu niespodzianka. Niestety publikacji już nie można dostać na rynku, wykupiliśmy i sprzedaliśmy w księgarni chyba ostatnie sztuki. Nesterowicza na Podlasie przyciągnęła historia starowierców.  To jest książkowa odpowiedź na pytanie, co to znaczy mozaika kultur i narodów. Od starowierców, których losy śledzi drobiazgowo przez kalwinów, Żydów, Białorusinów, Litwinów po prawosławnych, czasem katolików. Ale to przede wszystkim (może to banał) opowieść o ludziach, którzy nie zastanawiają się nad swoją narodowością dopóki nikt nie każe wpisać jej w jakieś dokumenty. Ludzie z pogranicza są STĄD. I co obcemu do tego w co wierzą, dlaczego i kim się czują? Przywędrowali sami lub ich przodkowie z różnych stron Polski, Litwy, Niemiec, Białorusi, Rusi, czego tam chcecie. Mają swój język, swoje zwyczaje, które wymierają wraz z kolejnymi ludźmi i wioskami.

Nesterowicz w tej książce przypomina mi Andrzeja Dybczaka (“Gugara”) – łazi po krzakach, wyobrażam sobie jak spadają mu okulary z nosa podczas poszukiwania ruin w jakichś chaszczach. Zachodzi do ludzi, rozmawia, stara się zdobyć zaufanie, nie jest nachalny ani ciekawski, próbuje poznać i zrozumieć czym było i jest Podlasie i przyległości. Wędruje po wsiach o nazwach, które zawsze coś mówią, choć nie wszyscy pamietają co. Czeremcha, Pochulanka, Orla, Gabowe Grądy, Kleszczele, Siemianówka czekają i szepczą historie, tak jak ich stare drewniane domy, zapadnięte cmentarze, resztki starowierskich świątyń – molenn. Pisarz wypija wiele herbat, przysiada na wielu ławeczkach, by dowiedzieć się, skąd przybyli starowiercy, czy kultywują swoje tradycje, kim dziś są i kim będą za kilka lat?

Podlasie i Suwalszczyzna to rejony nieustannie powracające w naszych planach wyjazdowych. Niespecjalnie widowiskowe, a niesamowicie wciągające. Wciągają, wołają. Z całym ogromem przyrody, tak cudnej, jak nigdzie i historii ludzi, którzy przeminęli, czasem jeszcze są, ale wiemy, że to już długo nie potrwa. Jakoś ten rejon jest naznaczony przemijaniem. Mityczne, zmitologizowane Pogranicze. I zagrożona takim samym wyginięciem najpiękniejsza Puszcza – Białowieska. Atrakcyjność rejonu w praktyce to też względnie otwarta granica z Białorusią (na terenie Białowieskiego Parku potrzebujemy tylko paszportu, żeby przedostać się do sąsiadów). Może to ona powoduje poczucie, że można więcej, lepiej dla ducha i w otoczeniu tego, co dla nas, Bookowskich, najważniejsze  – nie do końca ujarzmionej przyrody.

U Nesterowicza brzmią stare pieśni, gry towarzyskie i sąsiedzkie bijatyki. W ogóle w obliczu tej książki i wypraw podlaskich – pojęcie sąsiedztwa staje się bardziej wyraziste. Być sąsiadem, to być swoim, a nawet jeżeli obcym (bo inne wyznanie, inne zwyczaje, język), to jednak życie na wspólnej ziemi ma znaczenie. Dopóki ktoś nie przyniesie antagonizmów i nie zasieje niepokoju.

To jest też tak, że jadąc na Podlasie, nie dość, że oddychasz lepszym powietrzem, to w dodatku odzyskujesz właściwą skalę. Pomijając (choć trudno o to, ale jednak spróbujmy) awantury w Białymstoku, niepokój w Hajnówce, to jednak trafiamy na ziemie, gdzie wyznania są cały czas pomieszane, gdzie nie czuje się dominacji którejkolwiek wiary. Gdzie oczy przyzwyczajone do widoku Lichenia i krajobrazu zmonopolizowanego przez świątynie katolickie doznają nagle ulgi oglądając cerkwie, monastyry, ikony, czasem synagogi, które nie są basenami. W aptece w Hajnówce spotkasz tatarkę, usłyszysz język, który nie do końca rozumiesz. Zjesz w knajpie białoruskiej, popijesz kwasem z Litwy. Może to jest turystyczne podejście, bo tego od Podlasia oczekujemy, ale jednak fajnie tam pojechać i poczuć się bardziej globalnie mimo, że w tak zwanej Polsce C.

Aha, tak różówo do końca to nie jest, zwłaszcza w ostatnim czasie. Zwłaszcza, kiedy ludzie muszą wypełniać ankiety i mówić czy są Ukraińcami czy Białorusinami. Zwłaszcza, kiedy trzeba definiować swój język ( a poloniści wiedzą, że w tej materii nic nie jest jednoznaczne…). Narodowościowo-nacjonalistyczne nastroje robią swoje (taki rym). No i tu powraca bumerangiem widmo “Białegostoku” Marcina Kąckiego. Niestety.

Przejedźcie się na Podlasie i Suwalszczyznę. I w ogóle na Wschód Polski. Może szlakiem rowerowym Green Velo, może piechotą, może samochodem ostatecznie. To jest bardzo dobra przygoda i w dodatku oszczędza portfel, a dostarcza wielu wrażeń. Polecamy – bookowskie biuro turystyczne.

czuwaj, czytaj, patrz.

Piotr Nesterowicz / Ostatni obrońcy wiary / wyd. Petrus / książka raczej nie do dostania…