Podróże w nieznane krainy

Wioska była najpierw, dzięki protekcji Radziwiłłów (tych samych, których opisuje Sienkiewicz w “Potopie”)  protestancka, a konkretnie – kalwińska, potem żydowska (do 1942 roku) na końcu prawosławna, a teraz? Chodzi o Orlę, miasto na Podlasiu, przez które przejeżdżaliśmy dwukrotnie podróżując do Puszczy Białowieskiej. Jak człowiek niedouczony, jak my, to ma wrażenie, że za chwilę przekroczy granicę, bo napisy w miasteczku są w dwóch językach – po polsku i  bukwami. Bukwy to jaki język? Otóż, to nie takie proste.

Książkę Piotra Nesterowicza “Ostatni obrońcy wiary” odkryłam dzięki spotkaniu z autorem w Poznaniu, w Teatrze Polskim. Odpytywał pisarza Przemysław Czapliński, a odpytywał drobiazgowo. Książkę wydało wydawnictwo Petrus, a więc z zasady katolickie. Takie, po które nie sięgam, sięgam rzadko. A tu niespodzianka. Niestety publikacji już nie można dostać na rynku, wykupiliśmy i sprzedaliśmy w księgarni chyba ostatnie sztuki. Nesterowicza na Podlasie przyciągnęła historia starowierców.  To jest książkowa odpowiedź na pytanie, co to znaczy mozaika kultur i narodów. Od starowierców, których losy śledzi drobiazgowo przez kalwinów, Żydów, Białorusinów, Litwinów po prawosławnych, czasem katolików. Ale to przede wszystkim (może to banał) opowieść o ludziach, którzy nie zastanawiają się nad swoją narodowością dopóki nikt nie każe wpisać jej w jakieś dokumenty. Ludzie z pogranicza są STĄD. I co obcemu do tego w co wierzą, dlaczego i kim się czują? Przywędrowali sami lub ich przodkowie z różnych stron Polski, Litwy, Niemiec, Białorusi, Rusi, czego tam chcecie. Mają swój język, swoje zwyczaje, które wymierają wraz z kolejnymi ludźmi i wioskami.

Nesterowicz w tej książce przypomina mi Andrzeja Dybczaka (“Gugara”) – łazi po krzakach, wyobrażam sobie jak spadają mu okulary z nosa podczas poszukiwania ruin w jakichś chaszczach. Zachodzi do ludzi, rozmawia, stara się zdobyć zaufanie, nie jest nachalny ani ciekawski, próbuje poznać i zrozumieć czym było i jest Podlasie i przyległości. Wędruje po wsiach o nazwach, które zawsze coś mówią, choć nie wszyscy pamietają co. Czeremcha, Pochulanka, Orla, Gabowe Grądy, Kleszczele, Siemianówka czekają i szepczą historie, tak jak ich stare drewniane domy, zapadnięte cmentarze, resztki starowierskich świątyń – molenn. Pisarz wypija wiele herbat, przysiada na wielu ławeczkach, by dowiedzieć się, skąd przybyli starowiercy, czy kultywują swoje tradycje, kim dziś są i kim będą za kilka lat?

Podlasie i Suwalszczyzna to rejony nieustannie powracające w naszych planach wyjazdowych. Niespecjalnie widowiskowe, a niesamowicie wciągające. Wciągają, wołają. Z całym ogromem przyrody, tak cudnej, jak nigdzie i historii ludzi, którzy przeminęli, czasem jeszcze są, ale wiemy, że to już długo nie potrwa. Jakoś ten rejon jest naznaczony przemijaniem. Mityczne, zmitologizowane Pogranicze. I zagrożona takim samym wyginięciem najpiękniejsza Puszcza – Białowieska. Atrakcyjność rejonu w praktyce to też względnie otwarta granica z Białorusią (na terenie Białowieskiego Parku potrzebujemy tylko paszportu, żeby przedostać się do sąsiadów). Może to ona powoduje poczucie, że można więcej, lepiej dla ducha i w otoczeniu tego, co dla nas, Bookowskich, najważniejsze  – nie do końca ujarzmionej przyrody.

U Nesterowicza brzmią stare pieśni, gry towarzyskie i sąsiedzkie bijatyki. W ogóle w obliczu tej książki i wypraw podlaskich – pojęcie sąsiedztwa staje się bardziej wyraziste. Być sąsiadem, to być swoim, a nawet jeżeli obcym (bo inne wyznanie, inne zwyczaje, język), to jednak życie na wspólnej ziemi ma znaczenie. Dopóki ktoś nie przyniesie antagonizmów i nie zasieje niepokoju.

To jest też tak, że jadąc na Podlasie, nie dość, że oddychasz lepszym powietrzem, to w dodatku odzyskujesz właściwą skalę. Pomijając (choć trudno o to, ale jednak spróbujmy) awantury w Białymstoku, niepokój w Hajnówce, to jednak trafiamy na ziemie, gdzie wyznania są cały czas pomieszane, gdzie nie czuje się dominacji którejkolwiek wiary. Gdzie oczy przyzwyczajone do widoku Lichenia i krajobrazu zmonopolizowanego przez świątynie katolickie doznają nagle ulgi oglądając cerkwie, monastyry, ikony, czasem synagogi, które nie są basenami. W aptece w Hajnówce spotkasz tatarkę, usłyszysz język, który nie do końca rozumiesz. Zjesz w knajpie białoruskiej, popijesz kwasem z Litwy. Może to jest turystyczne podejście, bo tego od Podlasia oczekujemy, ale jednak fajnie tam pojechać i poczuć się bardziej globalnie mimo, że w tak zwanej Polsce C.

Aha, tak różówo do końca to nie jest, zwłaszcza w ostatnim czasie. Zwłaszcza, kiedy ludzie muszą wypełniać ankiety i mówić czy są Ukraińcami czy Białorusinami. Zwłaszcza, kiedy trzeba definiować swój język ( a poloniści wiedzą, że w tej materii nic nie jest jednoznaczne…). Narodowościowo-nacjonalistyczne nastroje robią swoje (taki rym). No i tu powraca bumerangiem widmo “Białegostoku” Marcina Kąckiego. Niestety.

Przejedźcie się na Podlasie i Suwalszczyznę. I w ogóle na Wschód Polski. Może szlakiem rowerowym Green Velo, może piechotą, może samochodem ostatecznie. To jest bardzo dobra przygoda i w dodatku oszczędza portfel, a dostarcza wielu wrażeń. Polecamy – bookowskie biuro turystyczne.

czuwaj, czytaj, patrz.

Piotr Nesterowicz / Ostatni obrońcy wiary / wyd. Petrus / książka raczej nie do dostania…

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s