Monthly Archives: August 2016

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi. Iza Klementowska

Ciril Pedrosa rysując album “Portugalia”, w którym opisuje historię chłopaka poszukującego swoich korzeni, użył zmiennej kolorystyki. Akcja powieści graficznej dzieje się we Francji i w Portugalii. Gdy przemieszczamy się do Portugalii rysunki zyskują ciepłe barwy, dominują odcienie żółci i pomarańczu. Bohatera otacza język, z którego nie rozumie ani słowa. Nurza się w tej słonecznej rzeczywistości i zanim zacznie poszukiwać swojej historii, po prostu jest.  Słucha języka jak muzyki i po prostu jest. O takich samych początkach swojej portugalskiej podróży opowiedziała nam Iza Klementowska. Dlatego również fotograficznie przeniesiemy się na ciepłe i kawowo-winne ulice Lizbony, a może i Mozambiku… Za nami drugie spotkanie z cyklu Reporterzy z Winiarni. Poniżej tekst-impresja Izy Klementowskiej – autorki “Samotności Portugalczyka”, “Minut” oraz “Szkieletu białego słonia” –  i dialogi niezrównanej publiczności. Cykl zakończymy ósmego września spotkaniem z Mikołajem Golachowskim ( jego książki TUTAJ). Ciepło nie będzie. Będzie o Antarktyce. Zapraszamy! Z serdecznym ahoj! Winiarnia pod Czarnym Kotem & Bookowscy

Za spotkaniowe portugalskie kadry dziękujemy Pawłowi Piekarskiemu!

_H2B0636

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi – Miejsce Spotkań. Iza Klementowska

Bufetowy Marcin zaczął od pytania: – Napijesz się wina? Jeszcze dwie minuty wcześniej szłam po zadziwiająco pustej ulicy i od tego nie-dziania się z każdym krokiem robiło mi się coraz bardziej sennie. Przez prawie pięćset metrów nie spotkałam ani jednego człowieka, z bocznej ulicy wyjechał samochód i szybko zniknął pozostawiając mnie jedynie z szumem drzew i odgłosem stąpania własnych, cichych przecież ze swej natury, tenisówek. Próg Winiarni pod Czarnym Kotem zmienił wszystko. Jakby ktoś przewrócił niezapisaną kartkę na drugą stronę pełną liter. W środku bowiem mrowie ludzi, oczy nagle przestały rozumieć, na kogo mają patrzeć, więc wzrok latał od stolika do stolika, zaczepiając po drodze o półkę z książkami zawieszoną na ciemnoszarej ścianie środkowego pomieszczenia i rzędy pustych krzeseł oczekujących na czytelników. Maria  przechwyciła mnie w odpowiednim momencie – zanim mózg zdążył opanować lęk przed dużą liczbą osób i nieśmiałość znowu dałaby o sobie znać. Skupiłam się na niej. A zaraz po niej na Bufetowym Marcinie i jego powitalnym pytaniu, które później okazało się bardzo powtarzalne, co akurat w miejscu takim jak Winiarnia nie powinno chyba dziwić. I pytań zaczęło być coraz więcej. Punkt 20:00 środkowa sala, do tej pory pusta jak dziurawa szalupa, do której nikt nie chce wejść, nagle wypełniła się. Wzięta w dwa ognie przez Marię i Bufetowego, pod obstrzałem kilkudziesięciu par oczu naprzeciwko, oddaliłam się najpierw do Lizbony, później do Maputo, a potem skakałam z jednego kontynentu na drugi próbując sama przed sobą zrozumieć, jakie licho zaniosło mnie w tamte okolice, że teraz o wszystkim odważam się opowiadać. Do uszu docierał szum rozmów i muzyki z przyległych sal, czasem ryk motocyklowego silnika przejeżdżającego przez ulicę przylegającą do patio Winiarni, ale mój mózg skupiony był na kolejnych obrazach wywołanych przez pytania Marii. O Antonio de Oliveirę Salazara – widziałam go nad talerzem pełnym uwielbianego przez niego drobiu, by za chwilę ujrzeć puste talerze więźniów jego dyktatury. O trzy Marie oskarżone za napisanie obrazoburczej książki – widziałam stosy egzemplarzy „Nowych Listów Portugalskich” wyrzuconych przez cenzurę na śmietnik. O mozambijskich Portugalczyków – widziałam Anę Abrantes, która ścina liście bananowca, żeby móc zobaczyć, kto wprowadził się do byłego domu przyjaciółki, która musiała opuścić Afrykę. O Mia Couto – widziałam go z oczami pełnymi łez, stojącego na stadionie z tysiącem innych, czekających aż portugalską flagę na maszcie zastąpi w końcu flaga niepodległego Mozambiku. O segregację rasową – widziałam ulicę Caldasa Xaviera, która jeszcze pięćdziesiąt lat temu oddzielała dzielnicę zamieszkiwaną przez białych od tej dla czarnych, a teraz jest miejscem swobodnych spotkań wszystkich nacji, jakie zamieszkują Maputo. I pomyślałam sobie, że Winiarnia pod Czarnym Kotem też jest takim miejscem, w którym historie z odległych stron świata spotykają się i mieszają z opowieściami z sąsiedniej ulicy. Przetrwa, dopóki ludzie będą chcieli ich słuchać, a Bufetowemu Marcinowi nigdy nie zabraknie ochoty, by pytać: – Napijesz się wina?

A CO NAM ZOSTAŁO? Rozmowy przy winie. Dzień drugi

Czego się napijesz? Piwo… Lane? Belgijskie?… Lech z sokiem… Nie ma! Belgijskie “Lev” Jest!…Nie idź w lewo… Idę w lewo…Lato się kończy a vinho verde znowu nie ma…A co nam zostało?…Czy na pewno jest tak źle, tak smutno?… Co czułaś będąc w Lizbonie?… Radość, słońce, wolność!… A saudade?…Ono unosi się tam w powietrzu…A w Polsce, co czujesz?… Czuję bezgraniczną tęsknotę za Lizboną!…Przywieź mi proszę sukienkę i sandały! Które? Te ślubne!…A Bufetowy wina portugalskie za wysoko postawił i teraz człowiek normalnie sięgnąć nie może! Małe ludzie też chcą wydać tu pieniądze!… Nudzisz się?… Nieee…Ale kupisz mi jakąś przegryzkę? …Zabierzesz mnie do Lizbony?…Ale ja już byłem w Lizbonie, ale tak, zabiorę cię!…Dlaczego mamy ten smutek wspólny?…Wiem czego nie chcę, ale nie wiem czego chcę, ot co… Hm, to głębokie, co powiedziałaś… Wiem, że nie chcę oliwek, ale chcę makaron z kurkami!… Ciekawe, na ile obcokrajowcy odbierają Portugalię tak melancholijnie, a na ile Portugalczycy tak sami siebie odbierają?…Portugalskie wino kiepsko w Winiarni reprezentowane…Pora to zmienić!…A gdzie porto???… Nie ma, nie słyszałaś? Salazar nie lubił!… Pamiętasz, jak byliśmy w knajpie gdzieś wewnątrz Portugalii? W małym miasteczku, przy rynku. Taka dla lokalsów…. Mhm…Była tam starsza pani, która zaciągnęła Gosię na zaplecze do swoich wnuków… Acha!…Było w niej tyle ciepła i w ogóle…Portugalia… Myślałam, że po spotkaniu już nic mnie w niej nie zaciekawi. Że zostanie mi opowiedziane zbyt wiele. A okazało się, że chcę wiedzieć coraz więcej i oszczędzać jeszcze mocniej na bilet do Lizbony i jeszcze dalej w Portugalię!… Napijesz się wina? Białe? Czerwone?…

 

_H2B0503

_H2B0590

_H2B0579

Untitled-3

Untitled-1

_H2B0580

_H2B0585

_H2B0599

_H2B0596

 

Advertisements

Samotność w Portugalii

W tej książce nazwa wina – “porto” – pojawia się raz i to tylko dlatego, że nie przepadał za nim António Salazar. Tak sobie myślę, że ilekroć wychodzi książka o Rumunii, zastanawiam się czy znów jest o securitate. Tu mam Portugalię i opowieść o podobnej traumie po reżimie Salazara. To jest też o smutku kraju na początku/na końcu kontynentu. O drugiej stronie kolonizacji czyli ludziach urodzonych w afrykańskich koloniach Portugalii, którzy w 1974/75 i później musieli opuścić swoje domy i posiadłości. Wrócili do “ojczyzny”, w której nie czują się do końca sobą, nie są swoi, są trochę obcy. Myślę też, że opowieść o cudzie Fatimskim, którym byłam ciężko zafascynowana w wieku szkolnym – mógłby rozpisać na wiele rozdziałów Piotr Nesterowicz – jak Matka Boska mogła skończyć z cudami w tym miejscu i tak po prostu zostawić ludzi samym sobie? Portugalia – kraj zadumany, kontemplujący swój los, rozmyślający o przeszłości, podskórnie tęskniący za potęgą, świadomie pokutujący za grzechy kolonializmu.
Gdyby nie hordy turystów i niepokój wywołany problemami ekonomiczno-politycznymi Portugalia mogłaby być miejscem z naszych wyobrażeń. A tak? A tak jest trochę inaczej…

Iza Klementowska / Samotność Portugalczyka / Wydawnictwo Czarne

Książkę kupicie TUTAJ

Albo wpadnijcie do Bookowskiego!

Opowiem Wam o tym, jak kupowałam rower…

Pamiętacie to uczucie – pierwsza komunia i dla wielu z nas pierwszy rower. Z przerzutkami, nowiutki, lśniący, taki jaki mają koledzy/koleżanki. No więc ja nie pamiętam. Bo pierwszy nowy, nieśmigany rower kupiłam w wieku 30 lat. A dokładniej – kupiliśmy go na moją trzydziestkę. Tomasz i ja.

Pierwsze dwa kółka to była żółta kolażówka, brat miał pelikana z pancernymi błotnikami. Drugi mój rower to bmx odkupiony po sąsiedzku za pięć dyszek. Wreszcie jakieś cztery lata temu – Sabrina – niemiecki rower wiekiem, być może, równolatka moich rodziców. Wszystkie części miała oryginalne, na starych oponach jeździłam rok. Sabrina – typowa mieszczanka, ale z przytupem. Przerzutka na ramie i ogień w pedałach. Kosztowała 120 złotych i znalazłyśmy się (bo ukochane przedmioty znajdują swoich ludzi i czekają na nich) na zapyziałym podwórku w Środzie Wielkopolskiej. Przejechałyśmy razem kilka setek kilometrów – szosą, lasem, piachem, wertepami. Nie do złamania byłyśmy obie. Nigdy nie złapałam gumy, chociaż nie oszczędzałam opon. Pewnego pięknego dnia, jadąc przez Poznań gwałtownie zahamowałam przed przejściem dla pieszych przepuszczając panią z siatami. Strzelił mi hamulec. Przedni. Na tyle widowiskowo, że zaskoczona pani niemal odskoczyła przed fruwającymi resztkami obudowy linki hamulcowej. I wtedy z Sabriną ustaliłyśmy – pora na nowy rower. Taki zupełnie serio. Trek.

UNIBIKE – powiedzieli znajomi. Przejechali na nim bezawaryjnie setki kilometrów. Zanim uwierzyłam, przymierzyłam się do kilku innych. A potem znalazłam model UNIBIKE Voyager i okazało się, że to z miejsca płomienny romans. Mimo, że w sklepie negocjowałam przejażdżkę próbną, dokręcenie pedałów, to na końcu tych negocjacji czekała satysfakcja. Znalazłam swój rower. Było jedno ALE. Po dwóch rajdach okazało się, że rama powinna być ciut niższa: nie dziewiętnaście cali a siedemnaście. Klops.

I tak trafiliśmy do Bydgoszczy. Bo warto napomknąć, że UNIBIKE to polska firma właśnie z Bydgoszczy (tak jak legendarny Romet). Jeden rozpaczliwy mail z opisem sytuacji i pan Marcin zaprosił nas do siedziby firmy – rama do wymiany. Da się? Da! Jesteśmy bardzo ciekawscy, pojechaliśmy w pierwszą wolną sobotę. O dziewiątej rano stawiliśmy się w przyfabrycznym serwisie. Rower poszedł na warsztat, a my zerknęliśmy w kamery – w fabryce cisza i spokój. W UNIBIKE’u pracuje około dwudziestu osób, firma działa od 1990 roku. Stawia na krótkie serie, sprzedaje rowery głównie w Polsce, ale czasem też jadą na Litwę czy do Niemiec. Zresztą Niemcy bardzo docenili firmę za solidność i wygodę rowerów i do tego stopnia darzą ją zaufaniem, że jeżdżą też na najmłodszym dziecku firmy – singlu – póki co, niedostępnym na polskim rynku.

DSC_0393

Dobra, to jeszcze się wytłumaczę, skąd ten rowerowy wpis na naszym z gruntu księgarskim poletku. Rowerami jeździmy dużo, coraz więcej. Wozimy nimi często książki, jeździmy z sakwami do Makro, przywozimy warzywa od rodziców, czasem marzymy o szlaku im. Andrzeja Bobkowskiego. Słowem – jeździmy rekreacyjnie i służbowo. Voyagera z wymienioną ramą wzięliśmy na testy na Mierzeję Wiślaną. Rama dała radę, my wymiękliśmy wobec ścieżki rowerowej, która wywiodła nas w trzcinowiska. Ale do rzeczy – odkąd mamy księgarnię i spotykamy się w niej z Wami – coraz bardziej uczycie nas doceniać biznesowo-emocjonalny kontakt z człowiekiem. Boimy się zaniku handlu opartego na emocjach i przywiązaniu do konkretnych ludzi. Sprawia nam prawdziwą przyjemność kupowanie w miejscach, w których możemy zamienić trzy słowa ze sprzedawcą no i zostawić pieniądze konkretnej osobie. Pewnie, na Tajwanie, w Holandii, w Chinach też pracują ludzie i składają rowery. Ale w Bydgoszczy robią to nie gorzej, na pewno dobrze, rowery są ładne, dobrze zaprojektowane, a ekipa sprzedająca – po prostu fajna i budząca zaufanie. Jeżeli kładę na ladę tysiąc, dwa tysiące, a może tylko dwa złote – chcę, żeby te pieniądze trafiły do ludzi, których cenię, którzy wpływają na świat wokół mnie. Może to mrzonka, ale lubię się jej trzymać.

Druga sprawa, to kwestia z pogranicza taniej psychologii. Jeśli jesteś lekko nieogarnięty/ta, a chwilowo nie ma obok Ciebie człowieka, który powie – “daj spokój, ta rama jest za wysoka, musisz mieć niższą!” – don’t worry. Robisz jogę, idziesz się przebiec, zamykasz okno i trochę wrzeszczysz, dotleniasz mózg i potem możesz już wszystko. Na przykład napisać maila do producenta, którego wybrałaś jednak nieprzypadkowo, jednak z wiarą, że to ktoś więcej niż zwykły sprzedawca. Introwertykom trudniej. Ale im też czasem się udaje – wiem z doświadczenia.

DSC_0440

Każdy rowerzysta na swój rower musi trafić. Chciałam jeździć na polskim rowerze i udało się. Nie chodzi o jakiś ortodoksyjny patriotyzm, ale o to, że przy okazji spotkaliśmy ludzi, którzy ten rower wymyślili, złożyli i wiedzą o nim wszystko. Strasznie fajnie spotkać twórców, którzy w dodatku są skłonni pomóc i nawet się przy tym uśmiechnąć. Drogi UNIBIKE’u – DZIĘKI! Widzimy się na przeglądzie 😉

DSC_0394

To nie jest post sponsorowany. Rowery UNIBIKE i ich profesjonalną specyfikację znajdziecie TU. Pamiętajcie – każdy człowiek ma swój rower, każdy rower ma swojego człowieka. Ważna jest konstrukcja, ważny osprzęt, ale najważniejsze czy czujesz bezpieczeństwo, pewność i to “coś”, gdy ruszasz wybranym rowerem w świat 🙂

Pan Pelikan chce być człowiekiem.

To może być po prostu zmyślona historia o ptaku, który chciał zostać człowiekiem. Pelikan przestaje latać, wdziewa ludzkie ciuchy, jest trochę niezgrabny, ale za to przeciętny człowiek jest na tyle leniwy, że woli udawać, że nie widzi za dużych butów, dzioba i ogólnej “ptasiości” Pelikana. No chyba, że ten człowiek jest dzieckiem… A Pelikan jest zupełnie niesamowitą postacią. Pracuje w operze, uczy się czytać, chce sprowadzić do miasta swoją rodzinę. To, co zostało we mnie po tej książce, to melancholia. Pelikan mnie rozczula. O człowieku dowiaduje się dużo niefajnych rzeczy. Całą przykrą prawdę odkrywa przez czytanie gazet, encyklopedii i książek. 

To może być też opowieść o inności. O tym, że dzieci widzą więcej i mają odwagę patrzeć i dostrzegać. “Pelikan” mówi też sporo o samotności i potrzebie akceptacji. Samotny jest nie tylko pan Pelikan, ale też chłopiec – Emil – który po przeprowadzce do miasta tęskni za tatą, a mama osuwa mu się w czarną dziurę beznadziei na lepsze życie, lepszą pracę. Emil zaprzyjaźnia się z nowym sąsiadem, kóry ukrywa skrzydła i spędza sporo czasu w wannie. To chłopiec nauczy Pelikana czytać, to chłopiec uratuje ptaka gdy pewnego dnia przyjdą po niego zaniepokojeni stróże porządku.. Resztę doczytajcie. Może jest to książka dla dzieci, może dla dorosłych – zależy, kim się dzisiaj czujecie.
Opowieść jest piękna i jest z Finlandii.

Aha! Foto zrobione na Mierzei Wiślanej, gdzie właśnie w sierpniu obrączkuje się ptaki ruszające w zamorskie podróże – czyli migracje, migracje i jesień za pasem 🙂

“Pelikan. Opowieść z miasta” / Leena Krohn / ilustr. Manuel Blazquez / tłum. Iwona Kosmowska / Wydawnictwo Dwie Siostry (książka jest wznowieniem)

Książkę kupicie TUTAJ

Albo odwiedźcie nas w Bookowskim 🙂

Reporterzy z Winiarni. Odcinek pierwszy. Katarzyna Boni

Latem lepiej pracuje się przy lampce wina i z widokiem na przechodniów. Do tego kawa, tarta z truskawkami i kawałeczek zieleni za oknem. Wymyślił tę naszą współpracę szalony Marcin Piotr “Bufetowy” Kubiak znany albo kryjący się pod nazwą Winiarnia pod Czarnym Kotem. A że ja dla bułeczek tymiankowych Doroty “Bufetowej” zrobiłabym wiele, no to zrobiłam. Cykl spotkań zatytułowaliśmy “Reporterzy z Winiarni”. Sednem sprawy jest tu rozmowa o miejscach, ludziach, smakach i zapachach. Zaproszenie do Winiarni przyjęli: Katarzyna Boni, Iza Klementowska i Mikołaj Golachowski. Spotykamy się co dwa tygodnie z kolejną autorką/autorem. I do tego trochę piszemy. Bo małym a sympatycznym owocem spotkań są mikro-opwieści naszych gości o Winiarni oraz dialogi, które dopisuje Publiczność. Piszę Publiczność, bo to Publiczność wspaniała. Dwadzieścia osiem osób dopisało kolejne linijki “Rozmów przy winie”. Mamy takie przeczucie, że na kolejnym spotkaniu odważą się już wszyscy.

Kolejność spotkań:

11 sierpnia 2016, godz. 20:00 / Katarzyna Boni (o jej książce pisaliśmy TU)

25 sierpnia 2016, godz. 20:00 / Iza Klementowska

08 września 2016, godz. 20:00 / Mikołaj Golachowski

Tymczasem poniżej pierwszy rozdział opowieści, który powstał w Winiarni pod Czarnym Kotem jedenastego sierpnia tego roku.

Reporterzy z Winiarni. Odcinek pierwszy. Katarzyna Boni

Zaplanowałam to sobie tak: wejdę do środka Winiarni – miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziałam – spojrzę na ściany, popatrzę na ludzi, posłucham rozmów, zapamiętam zapachy. A potem to wszystko opiszę. Krótki reportaż o zmysłach – czyli o tym, co najbardziej subiektywne.

Chciałam napisać o intensywnie szarym kolorze ścian. I o tych wzorzystych kaflach na łazienkowej podłodze (bo skojarzyły mi się z rozgrzanym powietrzem Hiszpanii, ostrym zapachem oliwy i słońcem, które rozleniwia i zachęca do drzemki na ocienionym tarasie). O smaku wina też chciałam napisać. O gwarze rozmów. I o późnym sierpniowym wieczorze, który – choć zimny jak na lato – to dla mnie był tak gorący, że nawet zapomniałam, że wzięłam ze sobą sweter.

Ale tak naprawdę zupełnie, co innego przyciągnęło moją uwagę. Chociażby ta butelka wina ze złoto-niebieską etykietką. I rozgrzana żeliwna patelnia z  usmażonymi kawałkami hiszpańskiej kiełbasy. Uśmiech (a właściwie dołeczki) mężczyzny, kiedy mówił o stópkach Maryi w Licheniu (tamtego dnia zatrzymałam się w sanktuarium w drodze do Poznania, czasu starczyło tylko na obiad w domu pielgrzyma, stópek już nie widziałam). Głos kobiety z długimi i jasnymi włosami – o kilka tonów wyższy od głosów otaczających ją dziewczyn. Powoli zapadający zmrok i ludzie, którzy przesuwają krzesełka na chodnik, na ulicę prawie, byleby jeszcze chwilę korzystać z końca lata. I to, jak znika światło a ci, którzy siedzą na poduchach na parapecie, zamieniają się na tle okna w cienie.

W dłoni czułam chłodny kieliszek, przed sobą widziałam twarze, które nawzajem się zasłaniają (migało tylko pojedyncze oko, czyjeś usta, koszula w kratę, srebrna bransoletka i ręce poprawiające włosy). A przecież jednocześnie wracałam pamięcią do zimnego Pacyfiku, do pustych miast, w których knajpy zarastają pajęczynami, do dźwięków Theloniusa Monka, granego w „Cafe de monk”, do smaku ryby sajry szykowanej przez babcię Abe i do silnego akcentu z północy Japonii. W mojej głowie spotykały się dwie rzeczywistości. W tej pierwszej próbowałam opowiedzieć tę drugą.

Co jeszcze pamiętam? Zaskoczenie – że to już! Bo nie pamiętam, kiedy na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno. I jeszcze spojrzenie tego psa, który wzrokiem próbował wyżebrać tymiankową bułeczkę.

A smaku wina nie pamiętam. Ale musiało być dobre, skoro butelka z niebiesko-złotą etykietą wróciła do mnie do domu.

JAKIE WINO? DUŻO I MOKRE Rozmowy przy winie. Dzień pierwszy. 

Jesteśmy tu kolejny czwartek z rzędu i za każdym razem pełno ludzi. W sumie, wcale mnie to nie dziwi…Jesteś moim największym rozczarowaniem…Strach to taki kot, którego możemy oswoić, wtedy zacznie mruczeć, jednak kot jak kot, może ugryźć lub podrapać… O czym tu rozmawiałam? No… Nie rozmawiałam, bo dziś przyszłam, tu pierwszy raz… Ale! Na pewno wrócę i pogadam. Słyszałam, że tu miło i mnóstwo miłych ludzi. No i prawda! … Chyba wezmę dwie porcje pierogów i wodę dla psa… Czy kufelek z którego pijesz piwo ma znaczenie? A może rzecz dotyczy tylko wina? Myślę, że ważne jest też kto nalewa. I z kim pijesz. Ja chyba wolę narzekać przy winie… “Tu się wszystko zaczęło”. Magda i Mateusz?!… O Zygmuncie Miłoszewskim i jego miłej aparycji… Jezioro było dziś kurewsko zimne… Słuchaj, nie jest ważne czy nastąpi koniec świata, ważne czy będzie gdzie usiąść…  Gyokuro wypite w czarce od Seigan Yamane na plaży przy zachodzie słońca to moja wizja Japonii. Czy herbatą pachnie Japonia?… Historie z życia wzięte… Nie widziałyśmy się chyba od pięciu lat… Ciemno już, muszę uciekać. … Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Słucham, ale nie słyszę… Zawsze będziesz dla mnie ważna, nie ma to znaczenia, że jestem Twoją przełożoną… Jezu znowu tłum… A pamiętasz – kiedyś zamówiło się pizzę na telefon i było kameralnie. No – a teraz!? Z czego ci ludzie się tak cieszą? … Ale czy naprawdę trzeba rozmawiać z jedną osobą o wszystkim? Chyba najlepiej móc rozmawiać z tysiącem różnych osób…  Jakie wino? Mokre i dużo…  Jeżeli warsztaty umierania, to jedno zdanie mi przychodzi go głowy: “śni mi się, że umieram”. Bardzo często…  Jestem jak kręgi na wodzie…  No właśnie – dlaczego nie czujemy, nie szanujemy często życia? Czy dlatego, że nie żyjemy w ciągłym zagrożeniu? Bo nie trzęsie się ziemia? Nie ma wulkanów? Jak dobrze być tutaj z wami, jem, zerwałam się z łańcucha… Coraz więcej kultury w winiarni… Czy to nie dzisiaj spadają perseidy? Takie tu wino, że ja tu powieść machnę!… Wino domowe będzie, ale muszę je schłodzić… Może być ciepłe! … No bo jest ciemno i zimno i nie chce stać w ciemnie i zimnie, i czekać, gdy ciemno i zimno…  To takie miejsce, gdzie zapach wina wypełnia myśli miejskiego wędrowca. Czarny kot mruga czule do naszej codzienności, tu i teraz…  Musimy już stąd iść, bo on tu jest. Ale przyszłyśmy tu, bo on tu jest. No wiem, ale musimy już stąd iść…

5

11

9

Autorem fotografii jest Paweł Piekarski!

Ganbare! Dasz radę! Wytrzymasz!

Japończycy zaślubieni tsunami i energii atomowej.
Jak żyć, gdy w ciągu paru minut zniknie twój dom, twoja wioska i połowa twojej rodziny? Czy wiesz, jak się zachować, gdy poczujesz trzęsienie ziemi? Czy wiesz, co zrobić, gdy usłyszysz alarm obwieszczający tsunami? Czy wiesz, że ściana wody może mieć siedem, siedemnacie i dwadzieścia siedem metrów? Dlaczego w kraju nawiedzanym regularnie przez tsunami elektrownie atomowe buduje się nad brzegiem oceanu?

Książka o niesłychanie silnym związku człowieka z przyrodą i o konsekwencjach ludzkiej pychy, ale też o zwykłym życiu dziejącym się w cieniu zagrożenia. Bo tak już jest z dziada pradziada. Bo człowiek ma krótką pamięć? Boni nie zabiera nas do Tokio, ale do małych rybackich wiosek, na północno-wschodnią część wyspy Honsiu w Region Tōhoku.

Opis awarii elektrowni atomowej śledzimy minuta po minucie i gryziemy paznokcie. Grozę nadciągającej fali odczuwamy niemal na własnej skórze. Czujemy się trochę bardziej Japończykami. Nie tymi od telefonów, aparatów, technologii i manghi, tylko tymi bardzo podobnymi do nas mieszkającymi tak daleko, a nagle jakby po sąsiedzku.

I jeszcze – ile jest rodzajów sake? I czy można jeść jajowody łososia? Japonia od trochę mniej zmitologizowanej strony jest naznaczona wielkimi falami, wstrząsami, rządowymi kłamstwami w kwestii energii atomowej, ale jest też krajem niesłychanie sensualnym, miejscem odkrywania smaków, zapachów i ludzi, którzy żyją wśród duchów. Bardzo, bardzo warto. Świetne pióro Katarzyny Boni – w poprzednim wcieleniu z całą pewnością Japonki.

Katarzyna Boni / Ganbare! Warsztaty umierania / wyd. Agora

Książkę możecie kupić tutaj
Możecie też zajrzeć do Bookowskiego 🙂

Tomasz Samojlik – postanowiłem być komiksiarzem, gdy miałem sześć lat

IMG_0806Tomka Samojlika odwiedziliśmy w lutym 2016 roku w jego pracowni w Instytucie Biologii Ssaków w Białowieży. Podczas naszej pierwszej mikro-ekspedycji do Puszczy Białowieskiej. Tomek zgodził się z nami pogadać, usiedliśmy przy instytutowej herbacie, przez okno zerkając na park. Najbardziej chcieliśmy rozmawiać o historii Puszczy. Wyszło też o komiksach, a w końcu gdzieś to wszystko pięknie się połączyło.

(Bookowscy):  Jak do tego doszło, że połączyłeś dwie tak różne profesje – przyrodnika i rysownika, scenarzysty komiksów. Jak to się stało, nie masz wykształcenia artystycznego?

(Tomasz Samojlik): Nie, kompletnie nie, wręcz mam dyplom z brzydkiego rysunku (śmiech). Zajmuję się historią przyrody, czyli jestem interdyscyplinarny. To ciekawe dlatego, że mam szerszą perspektywę i staram się łączyć nauki historyczne z przyrodoznawstwem, biologią, zoologią, a też nie specjalizuję się w żadnej z tych dziedzin, co oznacza konieczność (i przyjemność) współpracy z wieloma wybitnymi ekspertami.  Moja podstawowa praca wygląda tak – siedzę w Instytucie Biologii Ssaków jako adiunkt, piszę prace naukowe, staram się pozyskiwać granty – ich głównym tematem jest historia Puszczy Białowieskiej. Interesuje mnie to, w jaki sposób Puszcza zmieniała się sto, tysiąc, dwa tysiące lat temu, zwłaszcza z uwzględnieniem roli człowieka w tych przemianach. To jest najciekawsze, najbardziej interesujące, bo paradoksalnie człowiek był tu nie tylko siłą destrukcyjną. Obecny stan Puszczy jest wypadkową procesów naturalnych i tysięcy lat bytności człowieka na tym terenie.  I tym właśnie zajmuję się za dnia. A wieczorami rysuję komiksy i piszę książki dla dzieci. Pewnie słyszeliście już setki razy, że postanowiłem być komiksiarzem gdy miałem sześć lat. Oznajmiłem to rodzicom – najpierw myśleli, że żartuję, ale ja rysowałem cały czas jakieś historyjki. Potem, jak już byłem trochę starszy, w liceum, okazało się, że nie bardzo da się mieć taki zawód – komiksiarz, więc mimo, że cały czas  rysowałem, postanowiłem, że jednak znajdę sobie inną ścieżkę kariery. Bezskutecznie zdawałem na prawo, a dostałem się  w Lublinie na europeistykę na UMCS.  To był pierwszy rok interdyscyplinarnych studiów międzywydziałowych. Nie było jeszcze nawet tytułu magistra europeistyki, w związku z tym magisterkę robiłem z historii i europeistyki. Do Instytutu przyszedłem jako administrator projektów unijnych. Jeszcze tego samego roku zacząłem zajmować się nauką. Bardzo szybko okazało się, że jest pole do popisu w dziedzinie historii przyrodniczej Puszczy… i tak to się toczy do dzisiaj – weryfikuję legendy i staram się odtworzyć prawdziwy obraz historii Puszczy Białowieskiej. Za dnia historia przyrodnicza, nocami komiksy.

(B) Opowiesz o swoim debiucie?
(TS) Miałem trzynaście lat, kiedy zadebiutowałem w “Kurierze Podlaskim” – opublikowali tam moje pierwsze paski komiksowe i zapłacili. Bardzo długo nie wierzyłem, że to się dzieje (śmiech). Nie potrafiłem kompletnie rysować, bardzo się tego wstydziłem, więc wymyśliłem takich bohaterów, których nie trzeba rysować jakoś tam szczególnie – balony, które dogadywały sobie w różnych sytuacjach. Potem miałem pomysły na serie, albumy i zawsze kończyło się na trzeciej, szóstej stronie, nie miałem przekonania do tego, co robię. Na studiach rysowałem do pisemek Szczepana Sadurskiego z dowcipami i to mi się całkiem podobało, bo też były z tego pieniądze, za które można było pójść do kina, ale wielkiej kariery w tym nie upatrywałem. Jednocześnie robiłem ilustracje do różnych pism studenckich, nawet zacząłem rysować komiks “Akademik przy cmentarzu” – dziś widzę, że Hotel Transylwania skradł mi pomysły (śmiech). Potem, na studiach, zrobiłem jeszcze parodię Wiedźmina – “Wiedźmun – Dwie Wieże Funduszu Emerytalnego”. Byłem zafascynowany twórczością Sapkowskiego i postacią wiedźmina, co widać w tej parodii. To była fajna robota, zrobiłem ją w czasie wakacji, miałem mnóstwo uciechy. Okazało się, że „Wiedźmuna” chce wydać magazyn “Science Fiction”. Najpierw puścili w kilku odcinkach w piśmie, potem zebrali w albumie i to był mój debiut, który się ukazał, jak już zacząłem pracę naukową. To bardzo miłe, ale było trochę za późno, żeby się skupić na tym bardziej. Zaangażowałem się w robienie doktoratu i w tym okresie rysowałem w zasadzie tylko do szuflady. I, rety, musiało minąć ile lat? W międzyczasie na świecie pojawiły się moje dzieci, wpadłem na pomysł, żeby pisać książki dla dzieci, zrobiłem serię „Żubr Pompik”… A potem dopiero komiksy. Kropka.

(B): Strasznie mnie ostatnio ubawiła świadomość, że „Norka zagłady” to historia z dreszczykiem, której bohaterką jest przedstawicielka gatunku inwazyjnego. Siedzą ludzie na targach książki w Warszawie, na stadionie i słuchają bajki o gatunku inwazyjnym. Twoje książki w ogóle mają silny “walor edukacyjny” (tfu, tfu). Uwielbiam „Bartnika Ignata”, którego często polecam opowiadając historię o facecie, który wymyślił jedną z najpiękniejszych polskich kolęd, no i napisał „Laurę i Filona”. Mowa oczywiście o Franciszku Karpińskim.

(TS): Cała historia Karpińskiego z „Bartnika Ignata” jest oparta na źródłach – starałem się, żeby ta akurat postać  była jak najbliższa prawdy i zachowywała się tak, jak być może sam Karpiński się zachowywał. Czytałem jego pamiętniki, odnotowałem, że Karpiński kilka razy przeżył fatalne okresy załamania. Na przykład kiedy wojska rosyjskie zniszczyły mu domostwo. Te wydarzenia powracają echem w komiksie, oczywiście przefiltrowane i przetworzone. Mam nadzieję, że trochę ducha tego prawdziwego Karpińskiego udało się w “Bartniku…” oddać. Zresztą jego wnuczka też jest postacią troszeczkę autentyczną. Wiadomo, że była, absolutnie nie wiadomo czy przebywała u niego, ale jest to jak najbardziej prawdopodobne, bo została osierocona.

(B) Czy historia o Białym Bartniku, który ocalił Puszczę przed wycinką z rąk i pił carskich podwładnych – jest prawdziwa?

(TS) (śmiech) Nie, nie. A ciekawe, bo dużo osób o to pyta. Zresztą na początku miał być Czarnym Bartnikiem. Ale historie często wyglądają zupełnie inaczej w pierwszym szkicu, niż na koniec, i tak Czarny stał się Białym. Szukałem w puszczańskich źródłach pasującej do mojego pomysłu legendy, ale nie znalazłem. A przecież Biały Bartnik, biały czarodziej, Gandalf, Biała Wieża – aż się prosiło, żeby taką legendę wymyślić i dziwię się, że nikt przede mną jej nie stworzył (śmiech).

(B) W ostatnim czasie zrobił się swoisty boom na książki przyrodnicze. Jest książka Anny Kamińskiej o Simonie Kossak – cieszy się ogromną popularnością i troszkę kieruje myśli czytających ku Białowieży. Pojawiły się też “Wilki” Adama Wajraka wywołując huragan zainteresowania tymi ssakami. Jest Twój wielkogabarytowy album dla dzieci „O rety, przyroda!”, pokazują się kolejne przygody Pompika.  Dziś w dyskusjach około-politycznych czytelnicy tych książek krzyczą zgodnie – „ocalajmy Puszczę!”. I to miejsce w którym jesteśmy – ciche, dalekie nagle jest jakimś epicentrum. Jak się z tym czujesz? I co z tym zrobisz?

(TS) Jestem spokojny. Jako historyk przyrodniczy, prowadzący już parę lat tutaj badania i starający się odtworzyć dzieje Puszczy Białowieskiej, widzę w jej historii przynajmniej kilka momentów, kiedy było dużo szumu wokół Puszczy. Wydawało się, że wszystko zmierza ku najgorszemu, czy to królowie, czy wojny, carowie, niemiecki okupant – każdy miał jakiś plan związany z Puszczą, który generalnie sprowadzał się do tego, że trzeba ją wyciąć, zamienić na dukaty, talary, marki i inną walutę. I zawsze Puszcza wychodziła z tych tarapatów obronną ręką – czy raczej obronnym konarem. Odmieniało się spojrzenie, kończyła wojna, ktoś szedł po rozum do głowy. Ufam, że Puszcza jest po prostu zbyt mocna, zbyt duża, zbyt różnorodna, zbyt silna jako prastary kompleks leśny (prastary – pewnie nie pierwotny, bo na ziemi nie ma już niczego pierwotnego, nietkniętego ręką ludzką). Z punktu widzenia historyka – ta burza wokół Puszczy może na krótki czas zakłócić jej funkcjonowanie. Puszcza może doznać uszczerbku, nie raz już tak bywało, ale jestem spokojny, bo w dłuższej perspektywie rozsądek zwycięży. I sama Puszcza też zwycięży.

IMG_1340

(B) A czy nie kusi cię napisanie mrocznej opowieści o złowieszczym korniku drukarzu? Sprawcy obecnej „afery świerkowej”?

(TS) Kornik się pojawi, spokojnie.

(B) Wracając na moment do „Bartnika Ignata…” – został wydany na Białorusi. Byłeś na spotkaniu promującym – jak wyglądał odbiór i komiksu, i tematyki u naszych sąsiadów? Czytają? Są ciekawi?

 (TS) Jeżeli mam sądzić po tym moim spotkaniu, to są bardzo zainteresowani, bo w niewielkim lokalu w galerii w Mińsku na premierze było około stu osób. Wywiązała się ciekawa rozmowa. Był obecny pewien twórca – okazało się, że jedyny zajmujący się na Białorusi tworzeniem oryginalnych białoruskich komiksów. Zrobił jeden i stwierdził, że to nie ma sensu, bo tam i tak sprzeda się tylko Myszka Miki i Avengersi.  “Bartnik…” jest próbą wydania po wielu latach czegoś po białorusku. Co prawda nie jest to zrobione na Białorusi i przez Białorusina, ale dotyczy naszych wspólnych spraw. Bo Puszcza jest wspólna. Więc odbiór był bardzo pozytywny. W sprawę zaangażował się Instytut Kultury Polskiej w Mińsku. Zresztą pracownica tego Instytutu, pani Olga Gud była tłumaczką komiksu.

(B) Wspominałeś, że chciałbyś zająć się grami? 

 (TS) Też w kontekście „Żubra Pompika” – macie go w swojej księgarni?

(B) Mamy resztki starego nakładu, ale dotarło już do nas nowe wydanie – to przygotowane przez znane nam poznańskie wydawnictwo…

(TS) Tak, Media Rodzina. Bardzo się z tego cieszę. Do końca roku ma ukazać się cała seria czterech książek i w przygotowaniu jest piąta. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie gotowa. “Pompik” to jest moja pierwsza wycieczka w kierunku zrobienia czegoś edukacyjnego – nienachalnie, z wykorzystaniem moich doświadczeń białowieskich, dla młodszego odbiorcy. “Pompiki” pisałem, gdy urodziła się moja córka Jagna i potem kontynuowałem, gdy na świecie pojawił się Tymek. Dawało mi to naprawdę dużo frajdy, dlatego, że wręcz żywcem mogłem przenosić to, co słyszałem od kolegów w Instytucie – od współpracowników, profesorstwa – na karty tej książki.
Poznajemy w niej rodzinę żubrzą z Pompikiem na czele.  Pompik jest odpowiednikiem ludzkiego wcześniaka. Urodził się jako jesienny wcześniak i dlatego jest mniejszy od innych żubrów. Po prostu nie zmężniał na tyle, żeby samodzielnie przeżyć swoją pierwszą zimę w lesie. To jest pretekst, żeby pokazać go jako takiego niezbyt sprawnego, troszkę ślamazarnego i powolnego myśliciela leśnego. Zastanawia się nad wszystkim, ma dużo pytań, bardzo go ciekawi las, podczas gdy jego rówieśnicy skupiają się na tym, co najbardziej interesuje prawdziwe żubry – na żerowaniu. Przez te cztery tomy, czyli 48 opowiadań, Pompik poznaje nie tylko zwyczaje żubrów, ale cały cykl życia lasu w ciągu roku, interakcje między różnymi zwierzętami i ich specyficzne cechy.

W tej chwili powstaje serial animowany o Pompiku. Produkuje go Warszawskie Studio EGoFILM. W pierwszej serii będzie 13 odcinków, scenariusze napisałem ja z udziałem producentki serialu, Eweliny Gordziejuk.

„Pompiki” jako książka są adresowane do szerokiego kręgu odbiorców. Czterolatek może słuchać, jak mama mu to czyta i dopytywać się o trudniejsze rzeczy, ale też ufam, że siedmio- i ośmiolatki nie odrzucą tego sposobu narracji. Tak samo staramy się robić z serialem – będzie zrozumiały na różnych poziomach percepcji. Historie z książek nieco przerobimy, uśmiesznimy, pojawi się więcej gagów, a jednocześnie w tle przemycimy różne ważne rzeczy. Za Pompikiem, który czemuś się przygląda przemykają inne zwierzęta, które zajmują się swoimi sprawami. Jednocześnie będzie tam cała warstwa żartów, o którą się postarałem dla rodziców, zmuszanych do oglądania “Pompika” – między innymi dużo interakcji między rodzicami Pompika, które są de facto sytuacjami dziejącymi się między małżonkami, w rodzinie.
Z “Pompikiem” wiąże się to, co mówiłem o grach – bardzo byśmy chcieli ze studiem, z producentką serialu, żeby pojawiły się aplikacje przede wszystkim na tablety i smartfony. Prościutkie, jeżeli chodzi o mechanikę, gry. Mam wizję, jak by to miało wyglądać, ale pewnie producent gry mi uświadomi, że nie mamy miliona dolarów na produkcję (śmiech). Chciałbym po prostu, żeby treści, które są w książkach i serialu były dostępne na zasadzie mini-gierek rozgrywających się w różnych środowiskach leśnych i różnych porach roku. Bardzo zależy mi też na tym, żeby było tam sporo elementów edukujących, co zrobić jak się spotka prawdziwego żubra, co jest bardzo prawdopodobne na Podlasiu. Nie biec i nie tulić się do niego! Musimy delikatnie dać do zrozumienia, że to jest naprawdę dziki zwierz, jeden z nielicznych przedstawicieli dużych ssaków w Europie, których nie udało się udomowić i ugłaskać. Nawet jeśli nam się wydaje, że to jest taki duży „pluszak”, to absolutnie nie można przekraczać granicy bezpieczeństwa, za którą żubry mogą po prostu zaatakować.

(B) Gdy jechaliśmy do Czerlonki (miejscowość pomiędzy Hajnówką a Białowieżą, już na terenie Puszczy) cały czas się bałam, że wyjdzie nam na drogę taki wielkolud i nie mam pojęcia co bym wtedy zrobiła…

(TS) Najlepiej nie sprawiać wrażenia, że zagraża się żubrowi. Jeśli stoi na drodze, po prostu zatrzymać się w sporej odległości, popodziwiać i poczekać aż pójdzie w swoją stronę. One nie są z natury złośliwe, nie będą stały na tej drodze trzy godziny tylko po to, żeby Was nie przepuścić (śmiech). Jeśli będziecie do niego podchodzić żeby zrobić mu zdjęcie czy nagrać odgłos chruczenia, no to może być po prostu… nieprzyjemnie. To są dzikie, nieprzewidywalne zwierzęta. Zwyczajnie – jeśli przekroczymy dystans, który uznają za bezpieczny (według badań jest to około 50 metrów) i będziemy go naruszać dłuższy czas – mogą zareagować. Ale zwykle jest tak, że żubry trzymają się z dala. Wyjątkiem mogą być stare samce, które mogą mieć problem ze zdobyciem pożywienia, czy po prostu być chore. Wtedy podchodzą do zabudowań, do ludzi, do samochodów. Czasem widzę gdzieś w internecie filmiki, jak ktoś karmi żubra, ale to budzi mój wewnętrzny sprzeciw. To jest dziki, ogromny zwierz. Zobaczcie sami (oglądamy z Tomkiem szkielet stojący w holu Instytutu – B.) – on ma w kłębie dwa metry wzrostu, jest olbrzymi. A tu puszka mózgowa – dość jednak mała (śmiech) – nigdy nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy!

 (B) Mówiłeś, że Pompik jest wzorowany na tym, co Ci opowiadali profesorowie i pracownicy Instytutu – zdarzył im się taki żubr? Taki wcześniak?

(TS) Tak, to się zdarza. Niektóre samice późno zachodzą w ciążę i te młode żubry późno przychodzą na świat. Z tego co wiem, w naturze zwykle nie przeżywają pierwszej zimy, są za słabe. Udaje im się przeżyć, jeśli są w rezerwacie hodowlanym, gdzie ktoś się nimi opiekuje. Natomiast sama wiedza o tym, że jest taki rozstrzał czasu, kiedy żubry mogą przyjść na świat, że powoduje to w ramach jednego pokolenia ogromne dysproporcje – mamy żubry, które zimą są już naprawdę solidne i te malutkie, które są zbyt słabe by zimę przetrwać – myślę, że to było właśnie natchnieniem.

Jak się spojrzy na moich bohaterów, to chyba każdy jest w jakiś sposób pokrzywdzony przez los. Dobrzyk z „Ryjówki przeznaczenia” jest straszną ciamajdą, przedstawicielem najmniejszego gatunku ryjówek – ryjówką malutką. Taki nieudacznik życiowy, który staje się ryjówką przeznaczenia. Pompik jest mały i słaby. Wilk Ambaras przyszedł na świat się bez węchu. Jednoróg – bohater komiksu „Ostatni żubr” – traci mamę i musi sam przeżyć w Puszczy. Wyderka z książki „Nauczę cię pływać moja wyderko” strasznie boi się wody.

IMG_1374

(B) Ostatnio na Kulturze Gniewu widziałam zapowiedź książeczki „To nie jest las dla starych wilków” – jako wielbicielka Cormaca McCarthy’ego (autora książki „To nie jest kraj dla starych ludzi”) ubawiłam się tym tytułem. Skąd się wziął?

(EDIT: Komiks niedawno się ukazał i jest kapitalny dla dzieciaków 8+ oraz dorosłych)

 (TS) To dość stara historia, sprzed kilku lat? Jeden z pierwszych komiksów, które narysowałem. Tuż po „Ostatnim żubrze” odezwał się do mnie Jacek Jastrzębski z „Bicepsa” (Biceps – pismo typu zin – B.) – Tomek, narysuj coś dla nas. Wtedy wymyśliłem krótką historyjkę – tytuł filmu bardzo mi się podobał, chociaż sam film już nie bardzo, nie mój klimat. „To nie jest las dla starych wilków” nie jest parodią McCarthy’ego czy filmu. Jeżeli ktoś się tego spodziewa – zawiedzie się. Zapowiadany teraz przez Kulturę Gniewu „To nie jest las…” to tytuł całego tomu, ale też jednej historii. Po niej następuje siedemnaście następnych – różnej długości. Najkrótsze mają dwie strony. Tylko kilka z nich jest premierowych, większość była już publikowana na przykład w „Echach leśnych”.

(B) Chciałam zapytać cię o to na samym końcu – czemu to wszystko co robisz jest ważne?

(TS) Hm. Dobre pytanie. To też będzie trochę odpowiedź na pytanie DLACZEGO ja to robię. Tak jak wam mówiłem – całe życie chciałem robić komiksy. Rysowałem, miałem mnóstwo pomysłów – jakieś serie o czarodziejach, science-fiction, różne rzeczy. Mam całą szufladę zaczętych i nieskończonych komiksów, serii i książek. Nigdy nie miałem przekonania, że to, co robię, jest istotne. Dochodziłem do wniosku, że to już było i nic nie wnosi, nic nie pokazuje poza moją fantazją, która nie jest jakaś szczególnie wybitna. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że przecież można by za pomocą tych mediów – książki ilustrowanej, komiksu, które ze swojej definicji są bardzo dobrze odbierane przez młodego czytelnika – przekazać coś więcej, niż tylko odzwierciedlenie tego, co mi się roi, przygód, które sobie wymyślę. Ta świadomość pozwoliła mi skończyć pierwszego “Pompika”. To jest wesoła opowieść o zwierzakach, ale pomiędzy wierszami jest tam mnóstwo wiedzy przyrodniczej wziętej ze źródła, z Instytutu Biologii Ssaków. I to zadziałało. “Pompik” się ukazał, potem kolejne trzy tomy i miałem poczucie, że zrobiłem coś pożytecznego. Jaka ta literatura jest – taka jest, jakie te wymyślone przeze mnie przygody są – takie są, ale tam da się znaleźć kawałek wiedzy, która może być punktem wyjścia do wspólnego z dzieckiem poznawania przyrody. Z komiksami było dokładnie tak samo – nie mogłem skończyć żadnego (poza „Wiedźmunem”, oczywiście, ale to jest specyficzny przypadek – wyraz mojej miłości do twórczości ASa), dopóki nie wpadłem na pomysł pokazania czegoś opartego na moich badaniach. Pierwszy był „Ostatni żubr”. W tym komiksie chciałem pokazać kawał bardzo mocnej, tragicznej historii Puszczy Białowieskiej, Polski i żubra, jednocześnie polewając to wszystko sosem mojej fantazji i humoru (specyficznego, jak mi się zdaje).  Mamy tam historię żubra, który przeżył zagładę gatunku – nic takiego nie nastąpiło, a przynajmniej nic o tym nie wiemy, ale czy to jest nieprawdopodobne? Te dwie rzeczy – “Pompik” i “Ostatni żubr” w zasadzie po raz pierwszy mnie samego przekonały, że jestem w stanie siąść i zrobić coś sensownego od A do Z, że warto w to inwestować czas i siły – w przypadku książki o Pompiku pół roku, w przypadku komiksu jest to rok ślęczenia nocami – naprawdę mordęga.
Gdy czytam wywiady z twórcami gier, często mówią oni o okresie „crunchu”, kiedy terminy gonią, rzecz nie jest gotowa, jest mnóstwo błędów i trzeba siedzieć wtedy do upadłego, żeby zdążyć. Podobnie jest z komiksami. Czasu jest zawsze za mało, trochę dlatego, że chcę się na każdym polu udzielać – interesuje mnie strasznie moja działka naukowa bardzo chcę być aktywny literacko, a jednocześnie bardzo chcę być obecny w życiu moich dzieci i nie pokazywać im siebie tylko od strony pleców.

(Bookowscy) Który okres historyczny w puszczy pociąga cię najbardziej? Jako historyka? Może to pytanie w innym miejscu – wcześniej?

(TS) Teraz zajmuję się historią Puszczy w XIX w. i jestem zafascynowany tym, jak bardzo nasza potoczna wiedza o okresie carskim w historii Puszczy odbiega od tego, co tak naprawdę miało miejsce. Istnieją setki tysięcy akt z tego okresu, więc jeszcze długa droga przede mną.

IMG_1330

(B) Chcieliśmy Cię jeszcze prosić  o  krótką refleksję czy i co czytasz swoim dzieciom? Czy dzięki książkom da się wychować ludzi kochających przyrodę i empatycznych?

(TS) Staram się czytać co wieczór, choć coraz częściej moje czytanie przegrywa konkurencję z ich samodzielnym pochłanianiem książek. A co czytam? To trudne pytanie, łatwiej mi będzie powiedzieć, jakie mieliśmy lektury w ostatnich tygodniach: „Klub latających ciotek”, szósty „Pan Kuleczka”, „Hej Jędrek”, ale też „Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine”. Czytamy, śmiejemy się, dyskutujemy.

I tak, jeśli w czymś upatrywać nadziei, że młode pokolenie wyrośnie na ludzi obdarzonych empatią wobec przyrody i siebie nawzajem, to właśnie w książkach. Będących źródłem wiedzy, skłaniających do refleksji, dających pretekst do wspólnych, rodzinnych wypraw, odkryć, a nawet zwyczajnych-niezwyczajnych rozmów.

 

Z Tomaszem Samojlikiem rozmawialiśmy my: Maria Krześlak-Kandziora i Tomek Kandziora czyli Bookowscy 🙂

jesion