Monthly Archives: September 2016

Jak wielki jest płetwal błękitny?

Kto spędził dzieciństwo z Krystyną Czubówną obserwując na ekranie TV whielkie ssaki oceaniczne wyrzucające z siebie fontanny zużytego powietrza? Kto współczuł krylowi i podziwiał ogromne firany fiszbinowych płyt? No kto choć raz nie zasłuchał się w płynące z głośników tajemnicze dźwięki jakie wydobywa z siebie PŁETWAL BŁĘKITNY? Jego serce jest wielkości niewielkiego samochodu i waży ok 600 kilogramów. Sam płetwal – przeogromne, przepiękne zwierzę, ważące nawet 160 ton, a zmieściło się w takiej małej książce…

Wydawnictwo Łajka i “PŁETWAL BŁĘKITNY” Jenni Desmond (przetłumaczyła Anna Błasiak, wydrukowała poznańska Edica)

Książka ładna i mądra. Żadne tam bujanie. Dużo faktów, cudne ilustracje zestawiające rzeczywiste otoczenie dziecka z liczbami dotyczącymi płetwala – paszcza zwierzaka pomieściłaby pięćdziesięciu ludzi na stojąco; pojedynczy wydech płetwala mógłby nadmuchać 2 tys. balonów…
I dobrze się czyta i wyobraźnia pracuje 🙂

OD AUTORKI:
“Płetwale błękitne to wspaniałe i inteligentne stworzenia. Zasługują na nasz podziw, a przede wszystkim troskę – podobnie jak całe środowisko naturalne”. Tak właśnie. Czytajcie!

 

Advertisements

W drodze

Dostał za tę książkę “Gdynię”. Przeczytałam ją w całości dopiero tam, na Wschodzie, w tej części Polski trochę bardziej zarośniętej, wśród drewnianych domów tonących w kwitnących o tej porze roku “marcinkach”. Michał Książek podróżował wzdłuż drogi zwanej Nadbużanką – leżącą po lewej stronie Bugu i łączącej Terespol z Zosinem. Michał podróżował piechotą zawierając znajomość z tamtejszą ziemią, ludźmi, sobą samym i przyrodą. Kto zetknął się wcześniej z prozą tego wariata ten wie, że jest ona pełna poezji, że jest hipnotyzująca. To nie reportaż, to notatki z drogi. Z języka, kiedy z Michałem mijamy wsie o nazwach, które coś chcą nam powiedzieć: Dołhobrody, Matcze, Hanna, Zbereże, Sobibór; z ludzi, których nie ma – unitów, prawosławnych; z cerkwi, z kościoła i mszy w sklepie spożywczym. Opowieść o dzięciole czarnym i orliku krzykliwym, brzęczce, kraskach i żołnach, o niespodziewanych drzewach czereśniowych w środku lasu i rumianku pospolitym przy drodze.

Człowiek podróżujący piechotą jest zawsze podejrzany – nie ma pracy? Włóczy się? Może kradnie? I na cholerę łazi tak blisko granic, których bez wizy/paszportu się nie przekracza? Z drugiej strony budzi instynkt opiekuńczy – może rowerem chociaż? Spać gdzieś musi – najlepiej “u ludzi”, na taniej kwaterze, gdzie ktoś czeka z herbatą albo nie.
Gdy będziecie się kiedyś włóczyć po Wschodzie, może natkniecie się na brodacza z plecakiem nocującego w paśniku, przechodzącego przez wieś albo liczącego dzięcioły – to będzie Michał – spotkanie z nim zapamiętuje się na długo. Niewielu pisarzy jest nimi tak po prostu, tak jakoś zwyczajnie.

Warto w księgarni zajrzeć najpierw do książki i spotkać się ze stylem Michała Książka. Dla tych opowieści trzeba mieć chwilę spokoju i poczuć wiatr z Jakucka (brrr) czy znad drogi numer 816. Nie każdemu starczy cierpliwości, ale to chyba właśnie jest sednem. To są książki niespieszne. Skupione na tu i teraz, łące obok, locie jaskółki, na zmianach limes i pór roku. I smaku słów.

Michał Książek napisał “Jakuck” (wydany w Czarnym), tomik poezji “Nauka o ptakach” (wyd. Fundacja Sąsiedzi i nagroda Silesius za debiut) i w tym roku właśnie “Drogę 816” (też Fundacja Sąsiedzi)
My bardzo lubimy, a Wy sprawdźcie. Dobrej drogi!

Chrapiący ptak

Nie sądziłam, że to będzie taka niemiecko-szkoco-żydowsko-polsko-amerykańska epopeja (niemal 600 stron). Przez kilka kontynentów. Z Darwinem w tle. Na styku przyrodoznawstwa i biologii, obok genetyki i fizyki molekularnej.

Heinrichowie pochodzą z majątku Borówki w dzisiejszym kujawsko-pomorskim. Ich życie poddane wpływowi kolejnych wojen toczy się gwałtownie i dzięki zbiegom okoliczności i szczęśliwym przypadkom – rodzina po drugiej wojnie światowej osiada czasowo (w warunkach waldenowskich) w lesie w Niemczech, by w końcu wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Wszystko to na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Po drodze są wyprawy do Bułgarii, Rumunii, Birmy, w końcu do Afryki. A na końcu znów Polska.

Ojciec Bernda poświęcił swoje życie gąsienicznikom czyli dość przerażającym nie do końca owadom prowadzącym nieco pasożytniczy styl życia… W Polsce jest ich coś koło trzech tysięcy gatunków. A “papa” Bernda zjeździł za nimi pół świata. Zarabiał polowaniem na ptaki i wypychaniem ich dla muzeów m.in. w Berlinie i Nowym Jorku (do dziś tam są opisane jego nazwiskiem i służą badaczom). Co ciekawe, jego wytrwałymi pracowniczkami (preparowały skórki) były jego dwie kolejne partnerki życiowe. Mimo, że sponsorzy wypraw twierdzili, że z babami to te wyprawy są nic nie warte… Czy muszę dodawać, jak bardzo się mylili? 😉

Gerd Heinrich napisał i z niemałym trudem opublikował olbrzymi “katalog” gąsieniczników. Dzieło, do którego zajrzało pewnie kilka osób. Pewnego dnia, grzebiąc w starociach na strychu domu swojej matki – Bernd odkrywa nieco przybrudzoną książkę ojca. I postanawia w pewnym sensie oddać ojcu sprawiedliwość, opisać jego życie, którym zasłużył na trochę lepsze miejsce w gronie badaczy przyrody.

Książka zawiera kapitalne historie rodzinne (choćby ta o narodzinach Bernda w Lebensbornie) oraz przyrodnicze. To opowieść o rozwoju biologii i sporów wewnątrz środowiska czyli naukowcy vs przyrodnicy. Jest w niej ogrom miłości do natury i lęk o jej przyszłość, jeśli najgroźniejsze zwierzę na ziemi – człowiek – nie zastopuje swoich zapędów. Jest w “Chrapiącym ptaku” dużo łatwo-przyswajalnej wiedzy przyrodniczej, bo autor po ogłoszeniu kilku rozpraw naukowych zaczął pisać artykuły popularnonaukowe, zrozumiale dla większego grona odbiorców. Profesor Bernd Heinrich jest dziś na emeryturze, napisał kilkanaście książek, dwie z nich możecie przeczytać po polsku (oprócz “Chrapiącego…” jest jeszcze “Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci”)

Bernd Heinrich / Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii / tłum. Michał Szczubiałka / seria: Menażeria / wyd. Czarne

Reporterzy z Winiarni. Odcinek trzeci. Mikołaj Golachowski

Po książkę Mikołaja Golachowskiego “Czochrałem antarktycznego słonia” (wyd. Marginesy w serii Eko”) sięgnęłam z ciekawości reportażu ekologicznego. To momentami wręcz manifest. To nie jest taka, wiecie, literatura z ambicjami. To jest tekst, który pokazuje nam kawał świata jak z Parku Jurajskiego. Kilkumetrowe ssaki, olbrzymie wieloryby, śmieszne alki, drepczące pingwiny i śnieg, śnieg, śnieg. Książka jest fajnym źródłem wiedzy przyrodniczej podanej w skoczny sposób. Skoczny, bo Mikołaj to osoba z miejsca sprawiająca wrażenie szczerej i energicznej. Czasem do bólu szczerej. To może denerwować, ale może inspirować. Autor, zakochany w “miejscowych knajpkach pełnych lokalsów” gdzie piwo niedrogie, a rozmowy nieudawane – zgodził się przyjechać do nas, do Poznania. Opowiadał o Antarktyce, Arktyce, rosyjskich lodołamaczach atomowych, doli-niedoli Inuitów, zagrożeniach wywoływanych ocieplaniem się klimatu. Było też o urokach życia na stacjach badawczych i o pracy w “turystyce arktycznej”. Wiele z tych opowieści znajdziecie w książce o inne musicie zapytać autora 🙂

Miało być pieruńsko zimno. A tu lato pełną gębą. Przy trzydziestu stopniach Celsjusza (wrzesień!) robiliśmy malinową nalewkę na stacji Arctowski, na biegunie południowym, obserwowaliśmy morsy, uciekaliśmy przed uchatkami i żgaliśmy kijkiem niedźwiedzie polarne. Wszystko to dzięki Mikołajowi. I pamiętajcie – miś polarny nigdy nie zje pingwina – chyba, że “w źle zarządzanym zoo lub w wyniku jakiegoś durnego eksperymentu”. Dziękujemy Państwu za uwagę i oddajemy głos Mikołajowi Golachowskiemu i niezastąpionej grunwaldzkiej publice. A ponieważ to było ostatnie spotkanie tego cyklu, tutaj odnośniki:

TEKST KASI BONI TU,

TEKST IZY KLEMENTOWSKIEJ TU.

Wszystkie foty: Paweł Piekarski

A książki Mikołaja znajdziecie tu: KSIĘGARNIA

_h2b0769

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi – Mikołaj Golachowski

Mogło być całkiem odwrotnie. Nie wiem, czego dokładnie spodziewałem się po spotkaniu w poznańskiej winiarni, ale, zapewne dlatego, że siedzibą zapraszającej mnie księgarni Bookowski jest Centrum Kultury Zamek, nie całkiem świadomie pełzały mi po głowie wizje omszałych piwnic, starych murów, beczek i pająków. A tu – niepozorny, parterowy budyneczek wśród bloków i willi poznańskiego Grunwaldu. Zwłaszcza w ciągu dnia nie rzucał się w oczy, a nawet jak już się rzucił, nie robił żadnego wrażenia. Ot, kolejny osiedlowy sklep. Za to w środku… No właśnie – mogło być całkiem odwrotnie. Omszała, klimatyczna piwnica mogła, jak sporo takich miejsc, okazać się w środku nadętą, niegościnną i nudną. Ale na szczęście tak nie było.

Już od progu gościnna gospodyni powitała nas pytaniem, czego się napijemy. Na mój niepewny uśmiech doprecyzowała, że chodzi o kolor. Zaczęło się więc od czerwonego wina, którym mogłem się raczyć zanim jeszcze dobrze się rozejrzałem po wnętrzu. A było po czym. Wszystkie ściany zastawione były tym co ze zdobyczy cywilizacyjnych lubię najbardziej, czyli winem i książkami. I jednych, i drugich wybór był spory, choć oczywiście pierwszych było więcej – w końcu to winiarnia była u siebie, a zaprzyjaźniona księgarnia tylko na gościnnych występach. Kontynuowałem zwiedzanie przy pełnym i smakowitym winie z mojego ulubionego regionu Rioja, powoli podłączając sprzęt i ustalając szczegóły spotkania. W międzyczasie dostałem pyszne, na miejscu robione pierogi, których wybór był właściwie jedynym problemem w trakcie całego wieczoru, bo wszystko w menu wyglądało i pachniało fantastycznie, a na coś trzeba się było zdecydować. Później, kiedy goście zaczęli już się schodzić, na stół dotarła butelka wyśmienitej szkockiej whisky, z rozbrajającym argumentem gospodarza, że przecież będziemy rozmawiać o rejonach polarnych, więc trzeba się trochę rozgrzać. Nie da się ukryć, że rozgrzanie bardzo się udało, choć podejrzewam, że nie tyle dzięki stopniowo opróżniającej się butelce, ile w związku z przyjazną, nieformalną atmosferą i ogólną życzliwością zarówno gospodarzy, jak i gości spotkania. Ciekawe rozmowy ciągnęły się długo w noc i dopiero po zmierzchu winiarnia pokazała swą prawdziwą naturę – na zewnątrz było równie tłoczno i gościnnie jak w środku. Lubię spotykać się z czytelnikami, ale ten wieczór pozostanie mi w pamięci jako zupełnie wyjątkowe. Do pełni szczęścia zabrakło tylko czarnego kota, ale mam nadzieję, że spotkam go następnym razem. I że ten następny raz zdarzy się wkrótce.

Mała Antarktyda w centrum Poznania. Rozmowy przy winie. Dzień trzeci

Nie chciał pisać…Na Japonii były dołeczki, ciekawe, co dziś? Prócz zimy, zimna i ciepła na zewnątrz?…Po co jechać na Antarktykę żeby napić się, pędzić alkohol skoro można wpaść do Winiarni Pod Czarnym Kotem?…Wyprawa jest symbolem metamorfozy, zmienia się klimat, otoczenie oraz ludzie nawet ci, z którymi zaczyna się tę wyprawę…Gratuluję pasji i doświadczeń!…Ej! Ciekawe czy można się zgłosić na taką wyprawę z dietą wegetariańską?…No coś ty! A co byś jadła?… No słyszałaś, że mają wielką zamrażarkę owoców… Ale słyszałaś do czego ich używają?… No tak. Malinowy chruśniak. Ciekawe, co Leśmian by na to powiedział… To taki typ metafizyczny, wcale nie geograficzny….Słyszysz ten gwar? … Ach! Odkrycie lingwistyczne!…Mała Antarktyda w centrum Poznania, chociaż gwar jak na stacji brazylijskiej…Co w Winiarni pod Czarnym Kotem zmieni się ósmego września 2016 roku? W menu pojawi się drink z “ostatnim pierdnięciem dinozaura”?… Sposób na Antarktydę? Pokora i zrozumienie…Jestem dzisiaj pierwszy raz w Czarnym Kocie. Jestem zachwycona atmosferą i klimatem tej knajpki…. Spotkanie z panem Mikołajem Golachowskim bardzo ciekawe!…Północne oczy… Czuję się oszukany, ponieważ nikt nie próbował mnie zabić, choć winiarnia była tania i pełna lokalsów…choć było o włos, kiedy porównałem dwie panie do dwustu kilowych zwierzołków…A ja bym coś zjadła…

3h2b0741

3h2b0905

3h2b0915

_h2b0993

_h2b0961-copy

_h2b1014

_h2b0912

_h2b0825

 

_h2b0829

_h2b0836

_h2b0868

_h2b0773

3h2b1023

Bułki i bomby w Downton Abbey

To nie jest książka, którą czyta się dla fabuły. Bo ta jest dość przewidywalna. Akcja dzieje się tuż przed, w czasie i chwilę po pierwszej wojnie światowej. Ginie bez sensu kupa młodych mężczyzn, kobiety zakasują kiecki i jadą na front, i do szpitali. Narzeczeni giną, związki sypią się, a inne nieoczekiwanie mniej lub bardziej – rozkwitają. W domostwach pięknej i wielkiej Brytanii następują przewartościowania. Najlepiej wyszły de Bernieresowi ludzkie charaktery. Tak jak szybko zapominam fabułę (w części epistolarną, może dlatego tak ulotną), tak cały czas miło wspominam niektórych bohaterów – fanatyczka golfa i monarchii pani McCosh, która stopniowo popada w szaleństwo po śmierci przyjaciółki (zginęła w bombardowaniu wyszedłszy po bułki – dobra scena!). Pan McCosh – trochę hochsztapler, ale dobra dusza i równie zapalony golfista. Są też cztery córki tego oryginalnego małżeństwa i równie oryginalne związki (spora doza nieuświadomionego feminizmu). Oraz – dla mojej chłopackiej duszy – punkt za lotnicze akrobacje i wątki awiacyjne.

Podobno to książka dla wielbicieli Downton Abbey – nie wiem, nie oglądam, ale domyślam się, że chodzi o piętrowość domostwa McCoshów i stosunki między ludźmi różnych klas. A dzieje się tam w tej materii sporo, chociaż mnie to akurat średnio fascynuje.

Poza tym polecam fragment ze strony 217. To moment, w którym pani McCosh dokonuje pewnego zwrotu w swoim życiu. Jak na nią – niezwykle radykalnego. Ale chodzi mi raczej o styl tego fragmentu – Jane Bowles byłaby z niego zadowolona. Dwie strony, a niemal “zrobiły mi” tę książkę.

Reasumując – niekoniecznie, ale można. Grubas, ale sztucznie nadmuchany więc czyta się szybko. Fajna kostiumowa obyczajówka, momentami męczliwa, momentami literacko świetna.

jołhoł.

Louis de Bernieres / Pył, co opada ze snów / tłum. Krzysztof Cieślik, Klementyna Wohl / wydał W.A.B

Książkę kupicie TUTAJ!

Albo wpadnijcie prosto do Bookowskiego.

Bukowski, och, Bukowski…

Do dziś nie do końca rozumiem, dlaczego nazwaliśmy księgarnię prawie jego nazwiskiem. Nie sączymy whiskacza spod lady, jesteśmy mili i schludni (chyba). Natomiast niewątpliwie chodziło o jakąś przewrotną sympatię do starego Chinaskiego. Noir Sur Blanc wypuściło chyba już trzecie wydanie “Na południe od nigdzie”. Okładka brzydka jak noc po pijatyce, plus różowy womit. Zawartość – opowiadania jak prawy sierpowy wymierzony Hemingwayowi. Jak to jest, że pisząc o rżnięciu, chlaniu, zarzynaniu – Bukowski nie tylko śmieszy i przeraża na przemian, ale jednak wyczuwa się, że ten facet ma coś więcej do powiedzenia? Że poziom cynizmu literackiego wspiął się u niego na wyżyny? No i kto umie tak pisać opowiadania? Szybkostrzelne i mięsiste?

Charles Bukowski / Na południe od nigdzie / tłum. Lesław Ludwig / Oficyna Literacka Noir sur Blanc

Książka wszystkich rzeczy

Książka dla dużych i małych, ale z dużymi – żeby duzi tłumaczyli i przytulali.
Bardzo trudna i bardzo piękna.
Książka, w której przemoc jest legitymizowana wiarą w Boga.
Książka o tym, że kobiety są silne.
Książka o tym, że Thomas chce “zostać szczęśliwym”, chociaż jako dziecko powinien nim być właśnie teraz.
Książka o problemach, których dzieci nie rozwiążą same.
O dorosłych – przeogromnie pogubionych.

Dawno nie czytałam czegoś tak mocnego, od czego serce truchleje. Tomasz zaskoczony patrzył, jak wstrzymuję oddech przewracając kartki. Mój emocjonalny sposób czytania został tu nieźle znokautowany. Pozbierałam się, polecam Wam bardzo lekturę, bo mimo strachu pozostawia też niezwykłe ciepło.

No i czy w jakiejkolwiek książce muzyka Louisa Armstronga leci z winyla, podczas gdy sam jazzman – czarny anioł – przytupuje i macha do Was skrzydłem z nieba? I nie sfruwa do Thomasa tylko dlatego, że Św. Piotr grozi palcem? Jak nie kochać takiej książki?

Guus Kuier (Holandia) / Książka wszystkich rzeczy / tłum. Jadwiga Jędryas / Wyd. Dwie Siostry

Książkę kupicie TUTAJ!

Albo po prostu zajrzyjcie do Bookowskiego.