Monthly Archives: January 2017

Puszcza calling

img_2573

Wiecie co? Moment w którym wjeżdżamy na wąską szosę łączącą Hajnówkę z Białowieżą jest niemal ekstatyczny. Na mapie ta droga jest prostą kreską. Zimą szosa jest pustawa, nie śmigają znudzone beemki w te i wew tę. Czasem na wylocie z Hajnówki zatrzyma Was Straż Graniczna – skontroluje i jeszcze podpowie – “Żarówka się panu z tyłu przepaliła, wymienić proszę”. W połowie odległości między miastami zjeżdża się w lewo, w kierunku Bud i Teremisek (a na prawo do zgubionej w lesie Czerlonki). W lusterkach absolutna ciemność, wokół – absolutna ciemność. Zwalniamy do 30-40 na godzinę, bo raz – a nuż wylezie coś na drogę, a dwa – szkoda przyspieszać to witanie się ze starym lasem. Gdy jest ciepło, opuszczamy do maksimum szyby w samochodzie i napełniamy go tlenem. Moglibyśmy wystawić głowy na zewnątrz i wrzeszczeć z radości, ale tej ciszy wokół nas też nam szkoda.

img_2587

W Budach mija się zajazd “U kolarza” – należący do byłego zawodnika Tour de Pologne (można go czasem spotkać w trasie, bo nadal śmiga na rowerze). Przemykamy przez Budy i wjeżdżamy do Teremisek.

Puszcza jest dla nas hojna. Wdychamy ją, powietrze zwala z nóg, po trzech godzinach łajzy jemy za trzech i zasypiamy w ekspresowym tempie. Jest styczeń, zero stopni, zaczyna padać mokry śnieg. Pod wieczór temperatura spada. Jest wilgotno więc odczucie zimna ciut wyższe niż wskazuje termometr. Zaopatrujemy się w nieodzowny sękacz i miód pitny, bo zapowiadają ochłodzenie. Ochłodzenie to spadek temperatury do – 17 stopni w dzień. Wywiewa nas solidnie, Tomaszowi robiącemu zdjęcia aparat przymarza do nosa. To ten moment kiedy para wydychana z ust osadza się na brwiach, wąsach, a czubek nosa pokrywa się warstewką lodu. Miód pitny bardzo się przydaje, gospodarz napalił w kominku, koty wróciły z łazęg do domu, psy przytulają się do kaloryfera. Nasz samochód pierwszy raz w karierze mówi “nie”.

img_2606

Pan Janusz pomaga odpalić potwornego diesla, na kawę do Tomka Samojlika dojeżdżamy spóźnieni tylko minutę. Białowieża cicha, turystów trochę się kręci, ale jednak mniej niż latem i jesienią. Słońce, zimno, pięknie. Kot Lucas z PTTKu ma się dobrze, nie schudł, a może powinien. Możecie zasilić skarbonkę Lucasa i wesprzeć jego niepokojące przybieranie na wadze 😉 W PTTKu uzyskacie wszelkie potrzebne informacje turystyczne – co można zwiedzić, co ile kosztuje. Umówicie się tu na wycieczkę do rezerwatu. Kosztuje to ok 180 zł. Kupicie mapy i obowiązkowy magnes na lodówkę. Wyślecie pocztówkę, przybijecie piątkę i pieczątkę. Po Puszczy można łazić samemu (co my lubimy najbardziej), ale jeśli macie grupę ludzi do oprowadzenia, to PTTK plus Turystyka Przyrodnicza “Sóweczka” zapewnią Waszym gościom odpowiednie atrakcje. Jedno jest pewne – zaopiekują się Wami fajni ludzie.

img_2619

Przez te kilka krótkich, zimowych dni wędrujemy szlakami z nieodzowną mapą. W plecaku koniecznie należy mieć też termos z gorącą herbatą, czekoladę, nam przydały się również kanapki – w zimnie szybko się głodnieje, a poranna ciecierzyca prędko staje się burczącym wspomnieniem. Natykamy się kilkukrotnie na tablice zabraniające nam dalszej wędrówki – “Zakaz wstępu. Niebezpieczeństwo publiczne”. Za trzecim razem jesteśmy sfrustrowani – planowaliśmy kilkugodzinną wyprawę, a tu każą zawracać. Jako obyczajni poznaniacy stosujemy się do zaleceń, ale raz czy dwa…  Jan Jerzy Karpiński by zrozumiał. Przeżywamy, nic nam nie spada na głowę, świerki trzeszczą, las wydaje niepokojące dźwięki – nękany ciężkim śniegiem i dość solidnym mrozem. O zamknięte szlaki podpytujemy pana Roberta w PTTK. O tych zamkniętych na dłużej wie, o tych zamykanych czasowo (wycinka) – trzeba dowiadywać się w Nadleśnictwie.

img_2630

Zima w lesie jest fascynująca – wiadomo. Spotykamy tropy jelenie (sarnie? Cholera, nie wiem), żubrze, i jakieś lisowate, a gdzieś tam, zdaje się, biegła kuna. Pewnego razu spotykamy też trop w towarzystwie juchy. Nawet kawałek w las zboczyliśmy, trop ciągnął się dalej. Ktoś tu nie miał się najlepiej. Tuż przed wyjazdem czytałam “Opowieści” Simony Kossak, akurat ciekawiły mnie wilcze i jelenie opowieści. W tych wilczych najbardziej te o zjadaniu ludzi. Ludzie padali dawniej ofiarami wilków, ale zupełnie przypadkowo. Podróżowali konno, a konie zwabiały wilki. No i zdarzało się, że jak już zaatakowały konie, to przypadkiem spożyły człowieka. Tak sobie myślę, że wtedy ludzie ubierali się w futra, co raczej upodabniało ich do zwierząt. Wszak człowiek to też gatunek zwierza, co z tego, że niby trochę bardziej zaawansowany technicznie? Teraz wilki nawet przypadkiem nie wszamią dwunoga. Wyobrażacie sobie? Takie świństwo w goretexie? Fu. Zresztą, odsyłam do Wajraka, który wilków tu, w Puszczy przestał się bać. Poczytajcie jego “Wilki”. Takie sobie snułam rozważania i jeszcze z Tomkiem Samojlikem o tym gwarzyliśmy przy doskonałej kawie w IBS PAN.

img_2670

img_2634

A po południu poszliśmy w las. Mieliśmy już wracać więc zrobiliśmy popas – herbata z termosu, kanapeczki, czekolada, cisza, pięknie. I nagle. Kurde, nagle zawył. “Pies” – wyrzucił z siebie Tomasz. Ta, jasne – godzinę drogi od Teremisek… “Coś tam idzie” – mówi Tomasz. Obrót głowy i już wiem, co to. Jezu. Wilk. Popatrzył na nas i poszedł drogą w stronę rzeki Narewki. Mieliśmy lornetkę, Tomasz mi ją podał i wtedy wilk przeszedł na drugą stronę ścieżki i odwrócił się raz jeszcze. Przez dziesięć sekund patrzyłam mu w pysk. Pysk raczej lekko znudzony, sprawdzający, czy idą za nim, czy w swoją stronę. Muszę mówić, ile razy obracaliśmy się za siebie w drodze powrotnej? A absolutnie najpiękniejsze w obserwowaniu zwierzą w Puszczy jest to, że one są tu u siebie. I to się czuje. My tu tylko na chwilę, gościnnie, a one są w domu.

img_2638

Tomasz zaczął czytać jeszcze w Teremiskach i łyknął niemalże na raz “Wilki”. Puszcza obdarowała nas hojnie. Łoś, kuny, żubr, wilk. Do tego dzień później doszedł dzięcioł zielonosiwy. Wszystko nam zamarzło. Lornetka po ochuchaniu ustawiła ostrość, rąk nie czułam, ale dzięcioł cierpliwie czekał, aż odszukałam go buszującego na drzewie w Budach. Nie miał czerwonej czapki, jak dzięcioł zielony więc z powątpiewaniem w swoje szczęście uznałam, że to zielonosiwy. Przedarliśmy się przez rozkoszny kopny śnieg, mróz dosięgnął w końcu moich podatnych na ziębnięcie stóp, w okolicy wiosek pojawili się narciarze biegowi. Zbliżała się pełnia, za chwilę zaczną wyć wilki, w tym nasz nowy znajomy. A my musieliśmy wracać do Poznania.img_2672

Kiedy jechaliśmy do Puszczy Białowieskiej pierwszy raz, myśleliśmy, że raczej na tym się skończy. Chcieliśmy zobaczyć Puszczę w takiej postaci, w jakiej teraz żyje, zanim ktoś, coś zrobi jej krzywdę. To była trochę decyzja polityczna wobec absurdalnych i złych rządów ministra Jana Szyszki. Teraz? Teraz trudno nie zameldować się w lasach Wschodu choćby raz na pół roku.

img_2682

img_2652

Samochód oczywiście nie odpalił. Nasze klemy i akumulator uklękły przed pięknym człowiekiem o rysach tatarskich, który z animuszem, wzbijając tumany śniegu wbił na podwórko gospodarzy swoim opelkiem. Jednym palcem otwarł maskę, podpiął klemy trzy razy większe od naszych, drugim palcem wprawił w dziki szał silnik opelka i wystartował naszą kolubrynę orzekając krótko – “Świece”. Bo w Teremiskach, proszę Państwa znajduje się legendarny warsztat samochodowy popod lasem, w Dąbrowie. A było to w Święto Trzech Króli, Wigilię prawosławną więc postawiliśmy panom na schwał piwo i żegnani sugestią – “Nie odpala? To zmienić samochód!”, wyruszyliśmy do domu.

img_2664

Ps. Piątego stycznia przeżyliśmy raz jeszcze gorączkę przedświąteczną. Ludzie umawiali się na Wigilie, kto zrobił pierogi, a kto jeszcze szybko w nocy będzie lepił. W sklepach amok, na dachach samochodów choinki, na cmentarzach ruch, w cerkwiach porządki, knajpy pozamykane na trzy świąteczne dni. Wiecie, jak to fajnie ustawia perspektywę?

To pisaliśmy my: Maria & Tomasz Bookowscy

img_2678

img_2683

A tu garść wcześniejszych tekstów o Puszczy:

Wywiad z Tomkiem Samojlikiem z IBS PAN

https://bookowscy.wordpress.com/2016/08/17/tomasz-samojlik-mam-dyplom-z-brzydkiego-rysunku/

Nasza pierwsza pocztówka z Puszczy:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/03/11/pocztowka-z-puszczy/

Piotr Nesterowicz o Starowiercach:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/07/09/podroze-w-nieznane-kraje/

Tekst o “Wilkach” Wajraka:

https://bookowscy.wordpress.com/2015/11/22/wilki/

 

Advertisements

Niedźwiedź polarny!

Was też zawsze zastanawiało, dlaczego miś polarny tak zawija do środka łapki podczas chodzenia? Bo mnie zawsze. Te łapki mają 40 cm. długości i pomagają białemu niedźwiedziowi bić się, pływać i łapać foki, kopać w śniegu, a także – mamom niedźwiedzim – ogrzewać swoje potomstwo tuż po urodzeniu. Bo małe miśki są wielkości świnki morskiej – dacie wiarę? Jenni Desmond jest mistrzynią przyrodniczych opowieści dla najmłodszych. Tak samo, jak o płetwalu błękitnym, teraz poważnie i przyjaźnie opowiada o niedźwiedziu polarnym – “inteligentnym, psotnym i ciekawskim stworzeniu”. “Co to za książka?” – spytał dzisiaj mój Tata. “O niedźwiedziu polarnym” – odpowiedziałam, “Łe tam, zaraz wyginą”. No właśnie. Spróbujmy kiwnąć małym palcem w sprawie miśków, chociaż dowiedzmy się (i poczytajmy dzieciakom), jakie są, zanim znikną pokonane przez topniejące tereny łowieckie, znikający lód, głupotę najmądrzejszego ze ssaków.

Bonus dla ciekawskich – czy wiecie, że niedźwiedzie amory odbywają się na wiosnę, a samice zachodzą w ciąże dopiero na jesień? Co za historia! Dlaczego tak jest – odpowiedź w książce

Jenni Desmond / Niedźwiedź polarny / tłum. Anna Błasiak / wydało Wydawnictwo Łajka

Książkę można kupić na miejscu, w Bookowskim lub zamówić: poczytalni@gmail.com

Długa historia siedmiu zabójstw

Cała ta historia to jakieś szaleństwo. Wielu bohaterów-narratorów, połowa z nich mówi slangiem z jamajskiego “dałtaunu”. Są tu donowie Kingston, jest dziewczyna, która była kochanką Marleya, później świadkiem zamachu na Śpiewaka i ucieka przed demonami do USA. Jest pewien dziennikarz, do tego agenci CIA oraz pomniejsi gangsterzy czy dealerzy narkotyków. Dopiero gdy poskładamy wszystkie rozdziały i dotrzemy do końca książki – zobaczymy historię w całości. Tłumacz (Robert Sudół) wykonał heroiczną pracę, którą weryfikować by trzeba z oryginałem. A to trochę przerażająca wizja… Więc ufamy tłumaczowi i śledzimy, jak radził sobie z przekładaniem tekstu, w którym spotykały się slang, języki angielski, hiszpański, huragan przekleństw i charakterystycznego słownictwa konkretnych bohaterów. Uf.

Czytasz “Krótką historię siedmiu zabójstw”, liczysz te zabójstwa (a trup ściele się gęsto i często jest nieletni), postępują u ciebie zmiany w mózgu. Do partnera życiowego zaczynasz mówić “jo, ma brada, zaparz herbatę”. Robi ci się na chacie “geto” – Osiem Ulic, Kopenhaga czy jeszcze inna, równie egzotycznie nazwana, część stolicy Jamajki, Kingston (“Kingsta”). W naszym wykonaniu to była lektura zupełnie poważna. Tomasz czytając miał pod ręką mapę miasta, artykuł o zamachu na Boba Marleya, tekst o zastrzeleniu jednego z “getowych” bonzów – w powieści noszącego ksywę Papa Lo. Tomasz słuchał “Koncertu dla pokoju”, przemówienia Boba, odświeżał sobie teksty piosenek, które płynnie wszczepione są w transowe, kokainowe monologi bohaterów.

Marlon James dostał za tę książkę Bookera. Pierwszym, zupełnie złośliwym podejrzeniem z mojej strony było, że dostał ją za umoczenie amerykańskich służb wywiadowczych. James pisze o mackach CIA sięgających na Jamajkę, na Kubę, do Konga; ustawiających wybory, strzelaniny, wojny gangów i kierunki rozprzestrzeniania się narkotyków. Druga myśl była taka, że Booker po prostu po raz pierwszy poleciał na Jamajkę – a ilu znacie jamajskich pisarzy, hm? Mam wrażenie, że oba powody są jednak trochę prawdziwe, a ostatni powód jest pierwszym – Marlon James napisał monumentalną opowieść złożoną z wielu głosów – kobiet, mężczyzn, gangsterów, dziennikarzy – opowiadającą brutalny wyrywek historii Jamajki, Kingston, a przede wszystkim gangstersko-politycznych układów i potyczek o władzę na różnych poziomach. W środku (dosłownie) jest rzeczywiście zamach na Śpiewaka czyli Boba Marleya. Próba zastrzelenia Marleya była elementem rozgrywek politycznych. Było to 3 grudnia 1976 roku, tuż przed koncertem Smile Jamaica i przede wszystkim tuż przed wyborami, a trakcie ostrej walki politycznej. Sam muzyk pozostaje w powieści postacią ukrytą, nie odzywa się praktycznie przez całą książkę. Tę historię opowiadają ludzie, którzy żyli w jego orbicie. Oczywiście to powieść, nie reportaż, ale Marlonowi Jamesowi raczej nie chodziło o budowanie totalnej fikcji. Zbyt wiele jest do opowiedzenia o Jamajce, a tropienie faktów było dla nas jednym z ciekawszych zajęć w trakcie lektury. Według relacji Tomasza – niemal wszystkie zdarzenia mają odbicie w rzeczywistości.

Gwoli ścisłości – to jest tak, że my z Bobem mamy bardzo po drodze. Słuchamy jego płyt w długich trasach samochodowych, jadąc pociągiem, mamy winyle i krążki CD. Ja w studenckiej młodości nosiłam cztery dredy i jeździłam tu i tam podsłuchać reggae (nawet nie wiedziałam, kto to LeeScratchPerry, a okazało się, że byłam na jego koncercie…). Tomasz zaraził się Marleyem po obejrzeniu filmu o życiu Śpiewaka. Mówi się i pisze, że facet zrobił sporo dla pokoju na Jamajce. Wygląda na to, że Marlon James nie wyprowadza nas z tego mniemania. Ustawia Marleya na piedestale, jak guru, trochę go dehumanizując i nadając jego postaci niepokojący rys niejednoznaczności – nie wiem, moralnej? Na pewno “Krótka historia siedmiu zabójstw” utwierdza w myśleniu, że Marley hipnotyzował i złych i dobrych, rozmawiał z donami, przekonywał do zawarcia rozejmu w czasie wojen gangów, dwa razy ryzykował życie wchodząc na scenę, potrafił uruchomić poczucie ogromnej wspólnoty i zmusić polityków do podania sobie rąk – na ile szczerze i trwale – no cóż…

Książka nie jest bujającym hymnem na cześć reggae. To historia brudna i pełna przemocy. Nie wiem, czy to jest genialna powieść? Raczej nie. Jest ciekawym zjawiskiem, z którym warto się zmierzyć, jeśli macie czas i trochę zapału, i choćby lekką wkrętę marleyową. A może po prostu warto ją przeczytać, bo co my, “białki” z Europy, wiemy o Jamajce?

Jest jeszcze jedna sprawa, która mnie ciekawi. “Krótka historia…” to oczywiście opowieść o kulcie macho, o mieście, w którym po zmroku możliwość gwałtu staje się pewnością, w której policja raczej spuści ci łomot niż pomoże, o dzielnicach kontrolowanych przez gangi. “Krótka historia…” bywa opowieścią o miłości – również męsko – męskiej. Moje ogólne wrażenie post-lekturowe (a czytałam “Krótką historię…” w listopadzie zeszłego roku) jest cały czas takie, że w tej dziwnej powieści jest sporo miłości. Takiej pod ostrzałem, takiej, którą pielęgnują ludzie śpiący z “klamką” pod poduszką, gangsta gotowi zabić za zniewagę. Jeśli któryś z bohaterów został ze mną bardziej, to są to Beksa, Papa Lo no i Nina Burgess – chyba właśnie przez tę miłość, która się w nich tli.

No dobra. Zostawiam Was z Joseyem Walesem, Shotta Sherrifem, Papą Lo, nieuchwytnym (do czasu) Tonym Pavarottim, uciekającą Niną Burgess, dziennikarzem Alexem Piercem, Barrym Diflorio i duchem sir Arthura George’a Jenningsa ukazującym się tym, co niebawem zakończą żywot. “Krotka historia siedmiu zabójstw” to książka dla wytrwałych wariatów. Ma ponad siedemset stron i trzeba ją czytać ciągiem, żeby się nie pogubić, żeby wpaść w trans. Trudna sprawa w dzisiejszych czasach. Moglibyśmy tę książkę zjechać, że za długa, że bełkotliwa – bo momenty ma lepsze i gorsze. To jest ten przypadek lektury, która choć sama w sobie nie powala, to prowokuje do wielu rozmów, szukania śladów, dyskusji do północy, dociekań i domniemywań. One love, my friends. One Love.

PS. Po lekturze odpalcie “Marleya” – film Kevina Macdonalda, włączcie płytę Boba i dopowiedzcie sobie jeszcze więcej niż te siedemset stron. Trzeba to robić do momentu, aż film, muzyka i książka zleją Wam się w całość. Dziwne i ciekawe wrażenie. Wydaje mi się, że warto też zajrzeć na strony: http://www.jamaicaobserver.com ; http://jamaica-star.com Dlaczego? Żeby zerknąć, co tam słychać w odległej części globu.

A tu fajowy BONUS dla takich, jak my 😀 :

View story at Medium.com