Monthly Archives: February 2017

Homo sapiens kontra reszta świata

Tęsknicie za opowieściami o dinozaurach? Pamiętacie, jak wyglądały mastodonty, jak długą szyję miały diplodoki i co jadł tyranosaurus rex? Czy macie pojęcie, że po ziemi chodziło kiedyś megaterium, które było ni mniej, ni więcej a olbrzymim leniwcem? No więc tak, chodziło i zjedli je ludzie, i już go nie ma. Zjadamy powolutku i rośliny, i zwierzęta, zużywamy naturalne zasoby, rozmnażamy się na potęgę, wytwarzamy ogromne ilości dwutlenku węgla, generalnie – jesteśmy dość ofensywni. Spragnionym pikantnych szczegółów dorzucę jeszcze taki, że homo sapiens zeżarł nie tylko megaterium, ale też słabiej rozwinięte humanoidy.

“Szóste wymieranie” Elizabeth Kolbert, nagrodzone Pulitzerem, to wartka powieść przyrodniczo-historyczna z motywem katastroficznym. Kolbert znalazła prosty i atrakcyjny sposób, by opowiedzieć, co działo się i dzieje na Ziemi. I co być może wydarzy się w perspektywie najbliższych stu lat. Mianowicie, pani Elizabeth spakowała plecak i odwiedziła wiele kluczowych dla Ziemi i człowieka miejsc. Gościła u badaczy rafy koralowej, spotkała się z dyrektorem Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu, odwiedziła jedne z ostatnich nosorożców sumatrzańskich, obserwowała przez kilka lat dziesiątkowaną populację nietoperzy gdzieś w jaskiniach USA… Słowem, zdeptała i zjeździła świat, żeby opowiedzieć nam, że w historii Ziemi było już pięć dużych wymierań, charakteryzujących się tym, że w krótkim (dla historii planety) czasie masowo znikały całe gatunki. Z różnych przyczyn, ale za każdym razem zmieniających postać planety. Szóste wymieranie to dzieło człowieka. Jeśli się nie zatrzyma, jego skutki będziemy odczuwać (to już się dzieje – znikają kolejne gatunki, zmienia się skład atmosfery itd) prawdopodobnie my, a nasze dzieci i wnuki, to już z całą pewnością. Najbardziej u Kolbert podoba mi się postawienie człowieka w rzędzie stworzeń zamieszkujących Ziemię. Chodzi mi o to bardzo trafne stwierdzenie: “to czysty przypadek, że ten rachityczny gatunek” podporządkował sobie całą planetę. Homo sapiens, swoją inteligencją i tym wszystkim czym wybił się w ewolucyjnym wyścigu, może ją z łatwością dobić lub spróbować ocalić. Niemniej fajna sprawa – książka pokazuje, jak wiele jest niepewności towarzyszącej badaniu przeszłości i spekulowaniu o przyszłości. Naukowcy, z którymi rozmawia Kolbert zawsze zostawiają przestrzeń na błąd w badaniach, bo też przyroda nie jest łatwym obiektem do zinterpretowania. No i jednak nie istnieją żadne pomiary i badania sprzed paruset tysięcy lat, a dinozaury nie pozostawiły po sobie jednoznacznej wiadomości: sos STOP zbliża się ciało niebieskie STOP uciekać STOP ale dokąd??? STOP.

Jeszcze – perspektywa – piszę to w 2017 roku, kiedy w Polsce minister środowiska jest rzeźnikiem drzew. W tym kontekście powiedzenie “podcinamy gałąź, na której siedzimy” brzmi dużo dramatyczniej. Ale siłą książki Kolbert jest to, że można sobie współczesne wydarzenia ustawić w perspektywie przysłowiowego mastodonta. Ziemia ma już trochę lat. I miejmy nadzieję, że przetrwa najazd  homo sapiens niezbyt hojnie obdarzonych rozumem przez naturę tudzież ewolucję. To nie musi pocieszyć, ale może pomóc wyrównać sobie ciśnienie i nie zaliczyć zawału przy kolejnych lokalnych katastrofach.

Dobra, jak Kolbert to napisała? Jedna warstwa książki “Szóste wymieranie” to ta, w której autorka prowadzi nas przez świat skamieniałości ku dzisiejszej erze zwanej antropocenem rysując tabelki, przytaczając badania naukowców, czy też przeprowadzając nas przez spory i burzliwe kłótnie Darwina, zwolenników jego poglądów na masowe wymierania i ich przeciwników. Druga warstwa daje opowieści tzw drive.  Kolbert spotkała tylu kapitalnych ludzi, próbujących zrozumieć, co działo się, dzieje i dziać będzie na Ziemi, że chyba tego jej po prostu zazdroszczę. Rajdu przez wszystkie najciekawsze, niesamowite miejsca na świecie, gdzie bada się fragmenty lasu, “wędrówki” drzew (!), buduje hotele dla płazów, zapładnia nosorożce, zbiera truchła nietoperzy, pobiera podczas sztormu próbki wody na rafie koralowej; gdzie ludzie potrafią przez całe życie z oddaniem badać wpływ zakwaszanych oceanów na stan organizmów żywych i ich przyszłość. Dzięki tym wariatom, jeśli znikniemy w końcu wyparci przez giga-szczury i mega-króliki, to przynajmniej  będziemy wiedzieli dlaczego 😉

“Szóste wymieranie” jest rewelacyjną, momentami zabawną, częściej przerażającą i arcyciekawą lekturą. Zupełnie nie nawiedzoną, trochę jak z Tintina, szczerą, i z mocno zaznaczoną osobowością autorki. Zachęcam wszystkich, którzy stęsknili się za dinozaurami, nie boją się trudnych łacińskich nazw i świadomości, że mamy przechlapane 😉

“Zastałam Tassy’ego w jego ciemnym gabinecie w podziemiach budynku paleontologii. Siedział wśród czaszek , których liczby nie powstydziłaby się kostnica. Ściany gabinetu były udekorowane okładkami starych komiksów. Dyrektor wyznał mi, że postanowił zostać paleontologiem w wieku siedmiu lat – po przeczytaniu przygód Tintina na wykopaliskach.”

///

“Oczywiście głównie interesuje nas los naszego gatunku. Ja jednak zaryzykuję bycie posądzoną o to, że nie przejmuję się wystarczająco ludźmi (…) i powiem, że w sumie nie warto się tym zajmować. Na razie, w tej wyjątkowej chwili naszego życia, możemy postanowić (bez pełnego zrozumienia konsekwencji), która ewolucyjna ścieżka pozostanie otwarta, a która będzie na zawsze zamknięta . Żadnej innej istocie do tej pory się to nie udało . To będzie, niestety, nasza najtrwalsza spuścizna. Szóste wymieranie będzie trwać długo po tym, jak wszystko, co ludzie napisali, namalowali i zbudowali, zamieni się w pył, a ziemię odziedziczą (lub nie) gigantyczne szczury.” Elizabeth Kolbert

Elizabeth Kolbert / “Szóste wymieranie” / brawurowe tłumaczenie: Tatiana Grzegorzewska i Piotr Grzegorzewski / wydało Wydawnictwo W.A.B

Książkę kupicie w Bookowskim lub zamawiając mailowo: poczytalni@gmail.com

img_2757

Advertisements

Ptaki, ludzie i luneta Swarovskiego

Była sobie w Gruzji pewna dolina…

Na wierzchu opowieści jest rozpad Związku Radzieckiego i nowa Gruzja, bez “Wielkiego Brata”.  Zmiana stosunków społecznych, stosunków władzy, pojawienie się “brodatych” czyli prawosławnych, wtargnięcie monasteru w dolinę owiec i ptaków. Zmiana która będąc politycznie drogą do przodu, do wolności, powoduje zdarzenia smutne, spychające bohaterów w niebyt, w nie-znaczenie, w jakiś bezwład. A dolina pustoszeje – nie ma już owiec, nie ma już ptaków, zniknęły gazele, myśliwi wybijają resztki.

Wyobraź sobie, że jesteś na emeryturze. Masz kasę, masz czas. Być może jesteś starszą elegancką Polką, ale bardziej starszym eleganckim Anglikiem. W dodatku Twoja przeszłość to praca w wywiadzie. Wiesz niemało o ludziach i świecie, Zimnej Wojnie. Ale teraz odpoczywasz. Kupiłeś/łaś kapitalną lornetkę, wypasioną lunetę Swarovskiego. Kupiłeś/łaś, bo kochasz podglądać ptaki. Możesz pozwolić sobie na wyjazdy w poszukiwaniu “rarytów” i kolejnych nieznanych Ci gatunków. Jedziesz też do Gruzji. I tam spotykasz bohatera stworzonego przez Arczila Kikodze – zawodowego fotografa, a sezonie – ptasiarza, pasjonata, który zarabia  obwożąc zagranicznych turystów po znanej sobie dolinie i kilku innych miejscach, czasem na ziemi będącej pod kontrolą wojska, czekającej za przepustkami, za patrolem żołnierzy. Ptasiarz wie, gdzie można spotkać poszczególne gatunki, wie, jak zmienił się krajobraz, wie, którzy ludzie zniknęli, co się zmieniło od czasów upadku Sowietów. Dużo gadasz, a ptasiarz jest tym zirytowany. Dlatego zaczyna coraz więcej opowiadać, żeby Cię nie słuchać. I tak, poznajesz historię doliny, jej “władcy” Kakucy, jednookiego pasterza nad paterze Ahmeda, niepełnosprawnego Tomy. Historię znikania.

I jakaś jest w tym znikaniu paralela – zniknął świat pewnych ludzi i zniknął świat ptaków. Oba krajobrazy, funkcjonujące, do czasu, w swego rodzaju symbiozie, zmieniły się – opustoszały, zamarły, wyjałowiły się. Dzwoni melancholijna cisza. Bohater “Ptaków i ludzi” jest pamięcią tego, co było, i obserwatorem tego, co dzieje się w powieściowym dziś. A ptaków, które w tym dziś pokazuje turystom, prawdopodobnie za kilka lat nie będzie. “Ptaki i ludzie” Arczila Kikodze to historia świata, który zniknął, doliny, w której rządy jednego człowieka utrzymywały równowagę między przyrodą a potrzebami ludzi. Kiedyś to Kakucę prosiło się o pozwolenie na polowanie, dziś niedobitki ptactwa (i ssactwa – nie mogłam się powstrzymać) wykańczają znudzeni i lekko pijani prominenci, wojskowi, politycy, bawiący się w myśliwych. Trudno mi nie myśleć o tym, że to równie dobrze może być świat w soczewce – soczewce Swarovskiego, należącej do bogatego człowieka, wykańczającego kolejne gatunki i biotopy; podcinającego gałąź na której tak sobie komfortowo siedzi…

Melancholijna, smutna, momentami senna, ale i mocna historia, gdzie dzieje szpiega, więźniów politycznych, szaleńców, lokalnych “władców” i pasterzy splatają się i rozplatają. Trochę tu niedopowiedzeń, zagadek, które sobie “domyślamy”. Anglik ze Swarovskim okazuje się wiedzieć więcej i wyczuwać bohatera lepiej, niż by się wydawało. Wątki z przeszłości zimnowojennej są jak okrutne przebłyski.

Ta króciutka książka jest cudownie napisana, to wiedziałam już po trzech pierwszych stronach. Poczułam tę rzadką przyjemność czytania i zanurzania się w świecie, który operuje trochę inną wyobraźnią niż moja. Jeśli czytacie pisarzy węgierskich, rumuńskich – to oni mają coś wspólnego w sposobie wyrażania świata, takie mam zawsze wrażenie. Dziękuję Krzysztofowi Czyżewskiemu, redaktorowi serii Meridian, za odkopanie pisarza Arczila Kikodze – gruzińskiego aktora, alpinisty, ornitologa no i pisarza właśnie w jednej osobie. Kikodze jest mi bliski oczywiście dlatego, że ma głęboko przyrodniczy umysł obserwatora i lingwisty jednocześnie. Ale to nie jest książka tylko dla ptasiarzy, to po prostu piękna, gorzka, patchworkowa opowieść z pewnego zakątka na pograniczu (o!) Europy i Azji.

Arczil Kikodze / Ptaki i ludzie / tłum. Magdalena Nowakowska / wydało Pogranicze w serii Meridian / rok wydania: 2015

KSIĄŻKĘ KUPICIE TUTAJ: O!

A tu fragment z tych bardziej przyrodniczych fragmentów:

“- Dwa lata temu pojechaliśmy w szóstkę na Antarktydę . Jesteśmy przyjaciółmi mimo różniących nas poglądów politycznych i wszędzie jeździmy razem. Kiedy wysiadałem ze statku na Antarktydzie, przeszedłem między leżącymi na brzegu fokami i pingwinami. Potem siadłem wśród nich na kamieniu, wyjąłem papierosy i się rozpłakałem. Płakałem, i słowo daję, nie mogłem przestać. Nie chciałem przestać. Płakałem, bo znalazłem się w zupełnie dzikim, starszym ode mnie świecie. Takim, który był przede mną i, mam nadzieję, zostanie po mnie…Chciałbym, żeby taki pozostał…

– Nie lubię, kiedy one krążą mi nad głową. – Wysoki Szwed pokazuje na latające wysoko na niebie sępy płowe i spluwa zieloną od tytoniu śliną. – Może to paranoja, ale nie podoba mi się, jak tak kołują i wpatrują się we mnie. Wydaje mi się, że wiedzą o wiele więcej o tym, co mi dolega, niż mój własny lekarz…

Szwed trzydzieści lat poszukiwał drozdówki rdzawej. Szukał jej w Tunezji i Turcji, w Andaluzji i na Peloponezie, aż w końcu zobaczył ją na Iori. Siedziała na krzewie cierniowym i śpiewała wniebogłosy. Było ją świetnie widać przez teleskop. Szwed patrzył na przemian w obiektyw i do “Przewodnika ptaków europejskich” autorstwa jego rodaka Larsa Svenssona. Zadarty ogon – zgadza się, białe półkole nad okiem – podobne… To był naprawdę pustynny słowik, jak nazywają u nas drozdówkę, ale Szwed i tak nie mógł uwierzyć. Ptak odleciał, on zaś jeszcze bardziej posmutniał i się zamyślił.”

 

W Spitaku trzęsie się ziemia

Już to w tym roku czytałam – przychodzi wstrząs i teoretycznie wszyscy byli przygotowani, wszyscy wiedzieli, co w takim wypadku robić. Ale nie zdążyli, nie odczytali znaków – dzień wcześniej mały wstrząs, rybki wyskakujące z akwarium, uciekające w samobójczą śmierć, “nawet to, że dzień wcześniej przywódca wielkiego Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow zaapelował w nowojorskiej siedzibie ONZ o zakończenie Zimnej Wojny, nie dało nikomu do myślenia. A potem już było za późno”. 7 grudnia 1988 roku o 11:41 Spitakiem, miasteczkiem w Armenii (wtedy CCCP) zatrzęsło. Ostał się jeden budynek i trochę ludzi do dziś zastanawiających się – po co, dlaczego przeżyli? Minęło ponad ćwierć wieku, miasto zostało połowicznie odbudowane, nadal nikt nie narysował jego mapy. Kolejne pokolenia co roku 7 grudnia odświeżają żałobę po tamtym dniu. Filip Springer napisał krótki a przejmujący reportaż z Armenii, podzielony na 20 krótkich jak strzał rozdziałów. Michał Łuczak robił zdjęcia w latach 2014-2016. Złożyli z tego reporterski art-book, za którego kształt odpowiada graficzka Ania Nałęcka Milach. Dobrze pamiętać tragedię małego miasta, hen, na krańcu świata. Dobrze przypomnieć sobie, że tuż po trzęsieniu ziemi do Spitaka zjechały ekipy ratownicze z całego świata, nikt nie sprawdzał im na granicy paszportów. “To pierwszy raz od II Wojny Światowej, gdy Związek Radziecki przyznaje, że z czymś nie jest w stanie sobie poradzić.”, a wspólnota międzynarodowa rusza z pomocą.

Springer z Łuczakiem są częstowani kawą, wciągani do domów, słuchają, bo ludziom “została już tylko nadzieja, że kogoś to wzruszy, że ktoś pomoże.” Do dziś wielu z nich mieszka w prowizorycznych barakach, kontenerach. Miastu trudno podnieść się z ruiny, wciąż bez tej mapy, z upadającymi kolejnymi planami. Reporterzy pakują drogi sprzęt “warty więcej niż całe to osiedle” i wracają, czując, że podtrzymują w ludziach nadzieję, która jest płonna. A może nie?

Już to w tym roku czytałam – pamiętacie “Ganbare” Katarzyny Boni? Trzęsienie ziemi/tsunami zawsze zostawia to samo – osamotnionych ludzi, którzy sami muszą się przekonywać, że warto żyć i miasta pozbawione kształtu. Ludzi błąkających się pośród ruin w mieście, którego nie mogą poznać, szukających kogoś, komu mogliby opowiedzieć.

Aha, panie Filipie, rozdział drugi jest mistrzowski. Dwa razy głośno go przeczytałam postronnym. Przerażająco piękny.

Michał Łuczak, Filip Springer / 11:41 / książka jest częścią projektu kolektywu Sputnik Photos, “Stracone terytoria” / nakład edycji polskojęzycznej: 500 sztuk / cena: 130 zł.