Monthly Archives: August 2017

Konie i ludzie, ludzie i konie. I kawa

Mówił Daniel Mizieliński – „trzeba dbać o ciało, bo nie służy wyłącznie do noszenia głowy”. Coś mi odbiło i w lutym, w srogą (haha) zimę postanowiłam poszukać nowego, radosnego, spokojnego miejsca na doroczny księgarski wypoczynek. Miało być spanie, jedzenie i czytanie. No i totalnie się pomyliłam. Boże drogi, jak wtopiłam. Przeczytałam tam jedno opowiadania Wellsa Towera i dwa artykuły z jakiejś Werandy i Ust. I wróciłam tak zdziwiona tym, co robiłam, że do teraz się otrząsam.

Potoczek. Pogranicze polsko-czeskie. Dojeżdżamy krętą drogą i stajemy przed tą chałupką z Ust i Werandy. Myśleliśmy, że to pomyłka. „To tu?”, pytamy na głos. Dom prostokątny, dach skośny, wzgórze za domem, jakoś niezbyt spektakularnie… „Na konie? To tu!” – odpowiadają krzątający się na parkingu ludzie. Zbliża się osiemnasta, pora umówionej kolacji, na którą lecieliśmy na złamanie karku, no to wchodzimy. Drzwi otwiera kędzierzawa, szelmowsko uśmiechnięta osoba i wita nas ni mniej, ni więcej, tylko tak: “No dzień dobry Bookowscy!”. Kasia – bosa i rześka, jakby dzień się dopiero zaczynał. Bo my, moi drodzy, pojechaliśmy do Kasi i Lokusza na obóz konny. To miało być tak – dwie godzinki jazdy dziennie, takie bardziej oswajanie się ze zwierzęciem, zaprzyjaźnienie się z nim, a potem hulaj dusza, czytanie, spanie, łażenie po górkach. Po pierwsze  dom jest pojemny, ciepły, pachnie chlebem, jest prosty, pełen powietrza, przestrzenny, taki, że odnajdujesz się w nim w pięć minut. Zgroza mieszczucha – jedna łazienka i mało gadżetów. W naszym pokoju stoi niebieski, drewniany zegar, nie chodzi i do złudzenia przypomina mi Matkę Boską w ciąży. Oprócz tego trzy łóżka i szafa. Dwa krzesła (z gemeli) i stolik. Koniec. Na przyszłość Kasia obiecała nam biurko 🙂 Na przynętę dodam, że ta prostota jest piękna, czysta w formie, miłośnicy dobrze zaprojektowanych przestrzeni zdecydowanie się tu odnajdą. A oszaleją w kuchni. Bo lodówka – stary, przepiękny BOSCH.

 

 Tylko, że ja nie o tym chciałam pisać. Nie o tym, że sami pieką chleb, że ostatniego wieczora Tomasz upiekł go z Lokuszem, że właśnie zaprawiali ogórki, że w kilkunastolitrowym garze gotowały się morele na dżem, że kuchnia jest tu wyłącznie wege, że mleko tylko kozie, od meczącej pod kuchennym oknem Buni, a pomidory z lokalnej eko-uprawy, że łażą tu koty i jeden cudowny pies, że wspólne posiłki trwają długo, są do zgłupienia smaczne i pożywne, bardzo swojskie, że w środku dnia wjeżdża jeszcze regenerująca siły zupa (Kasia! Królowo nasza!), że chodzi się spać wcześnie, bo rano szkoda dnia, że muzyki słucha się tu najlepszej, książki czyta bez opamiętania, westerny ogląda po trzy razy te same, a kawę pije hektolitrami.
 

 

Piętnaście hektarów łąk to dom Płatków Śniegu, Mary Lu, Kanidżji, Pampai, Whiskey, Hermano, Don Diego i Lejli. Pierwszego dnia bierzemy wiadro owsa i idziemy na pustą łąkę od połowy porośniętą lasem i krzakami. Na wołanie Lokusza „Koonie, konie, koonie!” najpierw przybiegają kozy. Potem spokojnie z lasu wychodzą dwa konie, po dłuższym nawoływaniu słychać rżenie i w pełnym galopie wypada na łąkę reszta stada. Wszelkie moje wątpliwości rozwiały się w tej sekundzie. Jeśli poznać konie i spróbować się z nimi dogadać, to tylko u Lokusza.

 

 

Pominę wszystkie techniczne szczegóły jazdy. Ciekawiło mnie to, co o relacjach człowiek-zwierzę i zwierzę-zwierzę opowiadali Lokusz i Kasia. Że konie w stadzie zawsze mają swoją hierarchię i potrafią ją dość brutalnie ustawiać. Relacja jeźdźca ze zwierzęciem też jest relacją władzy i posłuszeństwa. To bardzo nie moje, ale albo ty jedziesz na koniu, albo koń idzie gdzie chce czyli najpewniej do domu, do owsa. Każdy koń jest inny, wiadomo. Płatki Śniegu są szybkie i zwinne, Mary Lu nieco ociężała i trochę wredna, Pampaja to siła spokoju. Koń wietrząc słabość twojego charakteru wykorzysta to i niekoniecznie zastosuje się do twoich próśb (go, łuuu, łoo! ej, gdzie idziesz? no eeej, proszę ruuszaj! nie zrzucisz mnie, prawda? stóóój, Chryste Panie, stóóój!)  i poleceń. Jaka jest mechanika galopu, co koń widzi, co robi, gdy się denerwuje, jak mu podziękować, jak uspokoić – lokuszowe lekcje. Sama obserwacja zwierząt – i przy pracy, i w czasie wolnym – to ogromna przyjemność.

 

 

Potem były jazdy terenowe, bo innych tu w zasadzie nie ma. Kontrolowane mniej lub bardziej galopy i kłusy, widok na masyw Śnieżnika, popas na czeskich łąkach. Rano konie wołaliśmy już sami, szczotkowaliśmy, czyściliśmy im kopyta, pytaliśmy czy wszystko u nich okej i czy są gotowe znowu z nami pracować. Siodłaliśmy i ruszaliśmy za Lokuszem na małe wyprawy. Po nich następowało to, co najmilsze dla zwierząt a i fajne dla ludzi – rozsiodłanie konia, zdjęcie wędzidła, polewanie konia i trochę siebie wodą, zaprowadzenie na trawę i zdjęcie kantarka.

 

 

 

 

 

Potem w “przykucu łąkowym” gapiliśmy się jak zwierzęta skubią trawę, i tarzają się w niej zrzucając ludzki smród z grzbietu (to akurat moja teoria). Po ostatniej jeździe przytuliłam się mocno do Płatków Śniegu – jest duża i ciepła, intensywnie pachnie sierścią, sianem, zwierzęciem, waży kilka razy tyle, co ja i wtedy, po całym tygodniu, miałam poczucie, że ocaliła mnie od gwałtownej śmierci 😉

 

Konie u Lokusza nie mają stajni, prowadzą życie na łąkach. A te są przebogate, spędziłam na nich jedno popołudnie z nosem przy ziemi i z aparatem fotografując kolejne rośliny i pleniącego się dziewięćsiła bezłodygowego.

 

Szaleństwo owadów i roślin, zawisające w trzepocie pustułki, dzierzba na krzaku dzikiej róży, w lesie zatrzęsienie jagód, na sośnie dzięcioł czarny, a w skrytości chaszczy podobno czai się derkacz.

 

Zbieg zdarzeń spowodował, że ludzi przy stole było ciągle dużo, rozmowy się splatały i rozplatały. Z Agnieszką i Martą – pedagożkami specjalnymi – gadałyśmy o autyzmie, o książkach, na których pracują (Herve Tullet!), o możliwościach hipoterapii i w ogóle dobroczynnym wpływie zwierząt na ludzi chorych i zdrowych. Przyjechał przyjaciel Lokusza, weterynarz, bo jeden z koni jechał do nowego domu. Więc  było o szczepieniach, ubezpieczeniach, a przy okazji prześwietlenie i oglądanie rozrzedzonej kości suczki Poli. Przyjechała Fanta – przyszła właścicielka Hermano i były wieczorne dyskusje o postawie w siodle, jeździe bez wędzidła, o pewnym dwunastolatku, który wpadając w galop rozpościerał ramiona i śmiał się radośnie – czy to dziecięcy brak lęku, instynkt czy jeszcze coś innego? To był intensywny kurs bliskiego życia z przyrodą. Rozmów o zwierzętach i ludziach, wegetarianizmie, polityce, literaturze, filmach, przepisach na tę zajebistą pastę z suszonych pomidorów i “kaszankę” z czarnej soczewicy wydzieraną sobie do ostatniego ziarnka było tu tyle, że książki nam się trochę zakurzyły, a potem już trzeba było wracać.

 

Jedźcie na Dolny Śląsk, jedźcie do Potoczka, poznajcie Kasię i Lokusza. Dawno nie doświadczyliśmy takiego kopa dobrych prądów od całej ekipy cudownych ludzi. A jeśli nie daje Wam spokoju ta relacja koń-człowiek, to spytajcie Lokusza o historię Whiskey. Whiskey ma dwadzieścia cztery lata, Lokusz ją sprzedał, a potem w pewnych okolicznościach odkupił. I klacz żyje i dożyje na tych łąkach swoich dni.
Kasiu, Lokuszu – powodzenia, jesteście cudowni.
Znajdziecie ich tutaj: U Lokusza 

 

Advertisements

Puszcza pamięta

Zwyczajowy już sms do doktora Tomasza Samojlika: „Jesteśmy w Białowieży, zwarci i gotowi uzupełnić kofeinę i ciekawe ploty z Puszczy”. Tym razem przyszedł zwrotny telefon: „Słuchajcie, jutro rano jedziemy oglądać najświeższe wykopaliska archeologiczne w Rezerwacie Szczekotowo – chcecie jechać?”.

Przez Białowieżę, Pogorzelce, Teremiski dojeżdżamy do wsi Budy, gdzie na parkingu Zajazdu u Kolarza czeka już Dariusz Krasnodębski (z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN) i jego dwudziestoletni Land Rover. Całą ekipą polsko-rosyjsko-holenderską jedziemy przez Puszczę, zamkniętym dla turystów szlakiem, na wykopaliska.

 

Niepozorne dziury w ziemi. Puszcza to jest taki las, w którym wszystko pięknie maskuje się pośród wielkich i mniejszych drzew – tych stojących i tych leżących. Zgubić się jest tak łatwo – marzenie polonistów zaczytanych w „Prawieku..” Olgi Tokarczuk – że drepczemy przez chaszcze nawołując się co jakiś czas. Zostaję z tyłu, bo przecież nie sposób nie pochylić się to tu, to tam nad pajęczynami, roślinami, mchem i czym tam chcecie; przez sklepienie lasu przebija się słońce, jest tak pięknie, że można tu zostać na zawsze. No dobra – niepozorny wykop pomiędzy drzewami.

 

 

Jagoda – archeolożka z Poznania – miarowo zdejmuje kolejne
warstwy ziemi. Marcin rysuje to, co pozostało z murów grodziska. Dotykając tych kamieni dotykasz pradziejów. Pomyślcie, stary las, stare kamienie, a archeolodzy na podstawie ułożenia pozostałości budulca są w stanie określić nad czym właśnie się pochylamy. Pojawiają się spekulacje – budowla obronna? Kiosk z kebabem? Piwniczka z winem? Żarty żartami, a doktor Samojlik ewidentnie ma ochotę chwycić za łopatę i zajrzeć, co tam jeszcze ziemia kryje. Ale, że komary rypią…

 

Po grodzisku oglądamy jeszcze kurhany (datowane na okres między I a V wiekiem) i odkryte w jednym z nich resztki naczyń, pani Hanna Olczak (IAE PAN) wyciąga na dłoni niebieski szklany paciorek wykopany dzień wcześniej, efektem jest chóralne „łoooo” i spekulacje – kim była denatka? Sześć osób z fascynacją pochyla się nad wykopem. Nigdy nie widziałam, żeby tylu ludzi na raz gapiło się w ziemię i obstawiało – w grobie babka czy jednak facet?

 

 

 Wracając oglądamy jeszcze jedno skupisko grobów, gadamy o mielerzach, bartnictwie, zagadkowym opuszczeniu Szczekotowa przez jego pradawnych mieszkańców (przenieśli się do dzisiejszych Bud). Gadamy też o tym, co pozostanie z nas, z naszej historii? Co być może wykopią archeolodzy przyszłości, jeśli takowa w ogóle nastąpi? Czego dowiedzieliby się o nas na podstawie wykopalisk na terenach dzisiejszych wysypisk śmieci? Czy ajfon nadal by dzwonił?

 

 

Antropopresja. Termin rzucony przez Dariusza Krasnodębskiego doskonale oddaje to, z czym mierzy się dziś nasza planeta. Jeśli chodzi o Puszczę – człowiek od dawna wywierał na nią wpływ. Różnica polega na tym, że dawniej nie miał tylu narzędzi i tyle siły destrukcyjnej, żeby zmieść ją z powierzchni ziemi. Odkrywane dziś mielerze służące do produkcji węgla drzewnego, grodziska czy kurhany świadczą o tym, że człowiek w Puszczy żył, wykorzystywał jej zasoby, ale nie wpłynął znacząco na jej dzisiejszy kształt. Pewnie czasem marzył o ścięciu najpotężniejszych drzew, ale być może nie miał takiej potrzeby albo po prostu nie wymyślił sposobu na powalenie olbrzymów. Dziś wjechałby do lasu harvesterem i po sprawie.

 

Naukowcy boją się dzisiaj wspominać o dawnej obecności człowieka w Puszczy, bo to tylko woda na młyn pana ministra – człowiek żył w Puszczy? No to znak najwyraźniejszy, że Puszcza ludzką ręką sadzona i można ją ciąć bezwględnie. Co mamy robić my? Kształtować sobie własne zdanie, czytać*, sięgać do opracowań naukowych, szukać, szukać, przyjeżdżać do Białowieży i pukać do drzwi PANu i pytać o wykłady – oni chętnie podzielą się swoją wiedzą, na to bardzo liczę. Gdziekolwiek będziecie możecie też zajść do najbliższej księgarni i kupić komiks Tomasza Samojlika – „Bartnik Ignat i skarb Puszczy” (wydała Centrala, opis znajdziecie na tym blogu), bo pan doktor badał obecność i wpływ człowieka na Puszczę i w jednym komiksie zawarł sporo arcyciekawej i przydatnej każdemu turyście wiedzy. Komiks jest skierowany do dzieci 8+, ale dorosły niech się nie wstydzi sięgnąć po tę archeologiczno-historyczną pigułkę.

 

Puszcza przechowuje pamięć o ludziach, zwierzętach, roślinach sprzed kilku tysięcy lat i jest to tylko kolejny dowód na to, że trzeba ją ochronić przed zdewastowaniem z tak błahych przyczyn, jak polityka i prywatne ambicje. Zamykanie szlaków przed turystami, wycinka na skalę, która nie mieści mi się w głowie, odmawianie dostępu do lasu naukowcom – to grzechy ciężkie, za które za chwilę ktoś nam powinien zadośćuczynić, a grzech srogo odpokutować czyszcząc średniowieczny nożyk do depilacji wciąż łamiącym się pędzelkiem…

 

Jeździmy do Puszczy od półtora roku, spędziliśmy tam w sumie jakieś trzy miesiące. Za każdym razem Puszcza dostarcza nam niespodziewanych atrakcji – a to żubr pasący się na polu, a to wilk wyjący opodal, a to gwałtowne i nieoczekiwane spotkanie z harvesterem i tabunem strażników leśnych (można się nabawić zespołu stresu bojowego), a to wyprawę archeologiczną. Za każdym razem wyjeżdżając przez zielony tunel lasu i Hajnówkę mamy potężne wrażenie, że wyjeżdżanie stąd jest zupełnie bez sensu. I ciągle wracamy.

 

Za co najmniej 1/5 dziwnych atrakcji – od wykładu, przez seminarium i linki do ważnych puszczańskich tekstów, po łażenie z archeologami – okropnie, ogromnie, najstraszniej dziękujemy Tomkowi, który niezmiennie wita nas w Białowieży życzliwy i uśmiechnięty.

 

*kilka nazwisk do wyguglania dla ciekawskich (autorzy tekstów naukowych i popularnonaukowych o Puszczy): Andrzej Bobiec, Karol Zub, Simona Kossak (wiadomo), Rafał Kowalczyk, Tomasz Samojlik, Adam Wajrak (no pewnie!), Bogumiła Jędrzejewska, Małgorzata Latałowa, Franciszek Karpiński itd