Czas na prozę

Na melancholię, na ból egzystencji, na braki słońca. Wznowienie “Olive Kitteridge” w przekładzie Ewy Horodyski. Był Pulitzer, serial, jest znów książka. W serialowych rozdziałach, obyczajowo, z dreszczem, z katalogiem ludzi z małego miasteczka w stanie Maine. Tulipany, kawa po irlandzku, zawiedzione nadzieje, zmarnowane życie, powolne życie, rozwody, zdrady, alkohol, matki tyranki, ojcowie cisi. Z widokiem na drzewa i zatokę. Z szumem przypływów i odpływów nadchodzi starość, dzieci dorastają i popełniają już tylko swoje błędy. To wszystko jest otulone spokojem, jak śmietanką, ale nagle coś tężeje, łamie się w każdym rozdziale inaczej. Kiedyś pomyślałam, że jeśli przeczytam coś Elizabeth Strout to niech to będzie “Olive…”. Olive Kitteridge, zjawiająca się niemal jak deus ex machina w każdym opowiadaniu tworzącym mozaikę miasteczka. Olive wyczuwająca emocje i katastrofy, a przy tym obcesowa, trudna, nigdy nie mówiąca przepraszam. Bierzcie, czytajcie, starczy tych reportaży, pora na trochę prozy 😉

PS. I jednak cały czas miałam wrażenie, że to bardziej epoka saloonów niż zamachu na WTC, maili i rezonansu magnetycznego… Właściwie nie wiem czemu. Oraz chciałam dodać, że w pierwszym albo drugim opowiadaniu taka scena jest, że przyjaciele idą na polowanie i jeden myli drugiego z jeleniem. Ojej.

Książkę wznowiło wydawnictwo Wielka Litera.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s