Domy bezdomne. Między wysiadką a piekarokiem

„Trwają prace dekarskie. Surowe ściany, beton. Poza niewiele mówiącym podziałem na pomieszczenia robotnicy nie wiedzą, co gdzie będzie. Na parę tygodni muszą sobie zorganizować tu dwa punkty: miejsce do zjedzenia drugiego śniadania i magazynek blach i rur spustowych – trzeba uważać, żeby ich nie podeptać, nie pogiąć, nie popalcować, bo są miękkie i delikatne. Z dokładnością do pół metra dekarze wybierają miejsce do jedzenia tam, gdzie stanie później duży stół, a blachy kładą w najbezpieczniejszym według nich punkcie domu – czyli dokładnie tam, gdzie będzie łóżko. 

Bartek poczuł wtedy, że najważniejsze meble w domu rozstawiają się w tej przestrzeni same. To był dla niego jako architekta ogromny komplement.
„Ta przestrzeń działa” – pomyślał.”
Nad książką Doroty Brauntsch unosi się duch żalu za domami odchodzącymi w przeszłość i za tym, co niosły ze sobą, w sobie. „Domy bezdomne” to chyba nawet nie opowieść o samych budynkach, tylko o ludziach, którzy z domem tworzyli całość. Dla których dom nie był tylko hotelem, tylko centralnym punktem życia, w którym jadło się, spało, piekło chleb, z którego wychodziło się do zwierząt, w pole i do sąsiadów.

Dorota napisała czuły, ale nie sentymentalny esej o cegle i wartości starych materiałów budowlanych, a może znowu – bardziej o rzemieślnikach (jakie to jest ładne i ginące słowo), dla których wypalanie cegły i budowanie domu to była przemyślana sztuka. Sztuka konkretu, oparta na potrzebach mieszkańców wsi, na dostępnych w przyrodzie materiałach. Rzemieślnikami bywali sami przyszli domownicy, kopiący i wyrabiający glinę, wypalający cegły. Książka pozbawiona jest taniej tęsknoty (podszytej perspektywą wieczoru w mieszkaniu z bieżącą wodą i ogrzewaniem miejskim), budzi niepokój, kiedy kolejne studnie przy starych domach wysychają, kolejne stuletnie domy i drzewa padają pod koparkami, najstarsi rzemieślnicy umierają, nie przekazawszy nikomu swojej wiedzy.
Autorka ma tę bezcenną umiejętność rozmowy i spotykania ludzi, podróżuje rowerem i samochodem między wioskami w okolicach Pszczyny, znajduje puste miejsca po leśniczówkach i resztki pieców chlebowych, rozmawia, czyta, zagląda wgłąb historii Śląska. Opowiada o trudnej dla wiejskich ceglanych domów historii powojennej, kiedy rozbierano je na materiał, burzono, zacierano ślady, unicestwiano mikroświaty w imię wątpliwego dobra ogółu. Zastanawia się razem ze swoimi bohaterami:
„- A może chodzi o to, że ludzie wcale nie chcą tych historii? Tej przeszłości? Wolą wykasować wszystko do zera i zacząć swoją własną historię od nowa?”
To najbardziej niepokoi – ta dziwna tendencja, choroba naszych czasów – potrzeba szybkiego starcia z powierzchni ziemi tego, co nam przypomina gorsze (wojna lub pochodzenie wiejskie?) czasy. Brak umiejętności poradzenia sobie z pamięcią. Stare drzewa i stare domy giną, bo przemysł, bo nowoczesność, bo kapitał.
Książka Brauntsch jest jak stuletni dom. Dobrze osadzona i zakorzeniona w rozmowach z tymi, którzy mieszkają, badają historię, ratują stare albo budują nowe. Pachnie wypalaną gliną, szumi wiekowymi kasztanowcami i zaprasza do wygrzania się w słońcu na wysiadce… której za chwilę może nie być, bo ktoś uzna, że i tak nie ma czasu na niej przysiąść…
„(…) Pytam, dlaczego ktoś wyburza stary piec chlebowy.

– Tego nikt nie rozbiera. My to remontujemy. Na własną rękę. Od kilku lat chodziło nam to po głowie. Kiedyś jak szła procesja na Boże Ciało, postawili tu ołtarz, tak nam było wstyd tych starych murów, że całość zasłoniliśmy młodymi gałązkami. I wtedy pierwszy raz padł pomysł, żeby to odnowić. W końcu, po kilku latach, sąsiedzi się zebrali – wszyscy, co tu mieszkamy, i uzgodniliśmy, że tego lata zaczynamy. No i ruszyło. Po szesnastej zjeżdżamy się z roboty i tak od siedemnastej do późnego wieczora przy tym działamy. Odmalowujemy dachówki, konserwujemy krokwie. Wczoraj sprawdziliśmy, piec jeszcze działa. Czyścimy cegłę, a w środku pomalujemy na biało. Nic nie chcemy zmieniać, tylko odnawiamy. Jak skończymy, to napieczemy tutaj kołoczy, ustawimy ławki pod tymi dębami, niektóre mają trzysta lat, i zrobimy imprezę. Może pani przyjechać, tylko niech pani zdjęć nie robi i niech pani nie pisze, gdzie mieszkamy. Bo ten piekarok nie jest nasz, pewnie gminy lub nadleśnictwa, tego nie wiemy. Ale tak nam żal było.”

PS
„Domy bezdomne” czytam i trochę wspominam – Kasię i Lokusza, którzy adoptowali opuszczony od piętnastu lat poniemiecki dom w Potoczku. Zmagają się z nim do dziś, ale chyba nadal za skarby świata nie wyprowadziliby się stamtąd. Ich goście też zazwyczaj długo zwlekają z odjazdem i długo dopijają ostatnią kawę na ławce przed domem. Marka i Asię, którzy szukali starych stodół, żeby odkupić i odzyskać z nich drewno. Zbudowali z niego niesamowicie przytulny i gościnny, ogrzewany wielkim piecem z kominkiem Dom na Wschodzie, który na jesień znów musieli remontować. No i jeszcze Adam z Nurią – remontowali swój dom, a mogli zburzyć, bo kupili zawilgocone dziwo, legenda głosi, że dom był dziełem łotewskich architektów.
To są wyjątkowe domy, z których bardzo trudno się wyjeżdża ludziom, lubiącym przesiadywać na schodku, a jesienią robić musy jabłkowe.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s