Category Archives: komiks

“Niebieskie pigułki”

Kiedy próbuję komuś sprzedać komiks spotykam się z kilkoma odpowiedziami:
Nie lubię komiksów!
A komiksy nie są dla dzieci?
Nieee, bo to się za krótko czyta!
Tyle pieniędzy za tak mało tekstu??

Mit na micie i mitem pogania. Jak czytać komiks, żeby nic nie stracić z jego cudowności? Przede wszystkim i czytać, i oglądać. Można łyknąć zachłannie treść, a potem powoli wracać i do historii i do rysunków. Można rozłożyć lekturę, można wracać do ulubionych scen. Co dostaniecie w Bookowskim? Na przykład „Niebieskie pigułki” Frederika Peetersa. Czytanie komiksu to dla mnie zawsze celebracja. Fajnie usiąść wygodnie, mieć sporo czasu, uwagi i gotowości, bo do lektury komiksu trzeba się trochę otworzyć – i na treść, i na dziwactwa autora, na kreskę, nawet jeśli na początku nam nie odpowiada. „Niebieskie pigułki” są historią kochania się ludzi, mających świadomość, że we krwi jednego z nich mieszka wirus. HIV. Badumtss. I teraz właśnie chcecie już to czytać. Natychmiast. Nie zapomnicie pięknych oczu głównej bohaterki i prostych, a kolosalnie trudnych rozmów o miłości – dorosłych i dziecka. Uwielbiam postać lekarza, który rozprawia się w uroczy sposób z mitami o HIV. Powieść jest miłosną historią, historią życia mimo czającego się lęku o przyszłość. Chlaśnięciem w twarz rachunkiem prawdopodobieństwa. Co jeśli mi, co jeśli ja, co jeśli medycyna…Powieśc o HIV w naturalny sposób otwiera furtkę do rozmów bohaterów/czytelników o seksie – bezpiecznym, etycznym, koniecznym lub niekoniecznym. Tak istotna sfera życia lubiących się ludzi zostaje poddana drobiazgowej analizie, przewartościowana i ułożona na nowo. Z zaskoczeniem stwierdzacie, że po lekturze, to wcale nie dyskusje o tym, czy w gumce czy bez zostają Wam w głowie, tylko to morze czułości trójki bohaterów względem siebie. Trójki, bo jest tu ona, on i czteroletni on. Czteroletni on też ma we krwi gościa. Nadal nie chcecie czytać komiksów? To jutro będzie o następnym.

Frederik Peeters / „Niebieskie pigułki” / tłum. Wojciech Birek /wyd. @timofcomics
.
#niebieskiepigułki #frederikpeeters #timof #timofcomics #bookowski#ksiegarniawzamku #ckzamek #ckzamekpoz

Bartek Glaza – komiks daje mi wolność

“Tylko spokojnie” jest powieścią graficzną o momencie, w którym Marek dowiaduje się, że jest śmiertelny. Oparty na wspomnieniach Anny i Marka Warzechów komiks wart jest uważnej i kilkukrotnej lektury. Dobrze mieć pod ręką zestaw płyt, bo w tle zmagań Marka z chorobą grają Miles Davies, Charlie Parker czy Led Zeppelin. Marek zaczyna opowiadać swoją historię od lat osiemdziesiątych, zdobywania nieosiągalnych w Polce płyt, włażenia przez damskie toalety na Jazz Jamboree. Tam poznaje Anię. Pojawiają się rodzina, praca w szkole i usypianie dzieci kawałkami Black Sabbath. Miłość do muzyki, życia i papierosów zderzają się z wezwaniem na dodatkowe badania, “bo coś nas niepokoi w pana płucach.”

Osobą odpowiedzialną za przelanie wspomnień Marka i Ani Warzechów na karty komiksu jest Henryk czyli Bartek Glaza. Mieszka w Trójmieście i lubi kolory polskiej jesieni – “w ogóle nie uważam, że listopad i jesień są szare. Mają mnóstwo kolorów i odcieni”. Jest fanem kolektywnego rysowania, ale póki co, wspólnie gotowaliśmy tylko zupę cukiniową. Spotkaliśmy się w Białowieży, gdzie Bartek odpoczywał z rodziną i rysował jednostronicowe wspomnienia z wakacji nad morzem. Jego ulubionym komiksem są “Niebieskie pigułki” Frederika Peetersa. Dlaczego rysuje komiksy? Mówi, że zarabia na innych pracach więc w komiksie może pozwolić sobie na wolność. “Dobry komiks jest jak film albo nawet jak poezja – oczyszczony ze wszystkich zbędnych słów, elementów. Komiks umie opowiedzieć o rzeczach w życiu najtrudniejszych, o śmierci na jednej stronie, uderzająco i prosto.”

Bartek pojechał kiedyś rowerem do Paryża i został tam na rok. Czemu wrócił do Polski? Co mu się tu podoba? “Możesz jechać z Gdańska do Warszawy i najpierw zachwycać się jedną, potem drugą starówką, miastem. Wsiadasz do pociągu w Gdańsku, zasypiasz i budzisz się w Warszawie. A ja z wiekiem odkrywam w sobie coraz więcej sympatii i ciekawości do tego co “pomiędzy” – pól, łąk, przyrody, ale też polskiej bylejakości, której się wstydzimy. To tam jest najciekawiej. Paryż, w swojej niesamowitej różnorodności ludzi i przestrzeni, pomógł mi to odkryć.”

Po zupie cukiniowej, my poszliśmy w Puszczę, a Bartek zniknął w stodole, skąd wkrótce popłynęły dźwięki saksofonu.

Tony Sandoval

Tony Sandoval stworzył jedną z moich absolutnie ulubionych historii graficznych – „Doomboya”. Niewielka objętościowo książka jest tak napakowana emocjami, że trudno nie oddać jej serca. Wydana w 2013 roku przez Timofa i Cichych Wspólników, przetłumaczona przez Katarzynę i Małgorzatę Sajdakowskie, powinna wejść do kanonu lektur każdego nastolatka. Tyle, że nie można „Doomboya” kupić, bo nakład wyczerpany. Polujcie na aukcjach i w antykwariatach, chociaż nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek chciał się tego pozbyć. „Doomboy” (uwielbiam to słowo więc będę je powtarzać, ile się da) to historia uczuć i twardej muzyki, chłopaków i dziewcząt, potężnych dźwięków, wielu tęsknot i próby zalepienia dziury w sercu. Napięcie na granicy rysunków Sandovala i niedopowiedzianych emocji bohaterów jest tak potężne, że w tym komiksie można się ciężko zakochać. Do tego akcja dzieje się nad morzem, nad którym toczą się burze, napięcie jest więc również w powietrzu. 

No więc „Doomboya” nie kupicie. Ale pojawiła się kolejna historia Tony’ego i jest to opowieść autobiograficzna. Bo Sandoval urodził się w północno-zachodnim Meksyku i bardzo chciał wyemigrować do USA, do dziewczyny i lepszego życia. Ale nie dostał wizy. Co zrobił? Przedarł się nielegalnie przez granicę. Ile razy, jak, z kim, ile za to zapłacił? Przeczytajcie „Spotkanie w Phoenix” w tłumaczeniu Katarzyny Sajdakowskiej i Jakuba Jankowskiego. Dlaczego to jest super-ważne? Ile razy czytacie kogoś, zakochujecie się w jego kresce i zupełnie nie zastanawiacie się, kim jest? Bo czy to aż tak ważne? Być może w czasach dużej dynamiki, zmian na całym świecie, wielkich migracji, walki z samym sobą o zrozumienie uciekinierów z „innego świata” – to jest ważne? Tony Sandoval nie uciekał przed wojną, chciał zostać komiksiarzem, chciał spełnić swoje marzenia i zrobił to, ryzykując życiem. Gdyby się nie zdecydował, być może nie czytałabym dziś po raz dziesiąty „Doomboya” – dziejącego się w małym miasteczku, gdzie każdy chciałby się wybić, nagrać płytę, pławić się w sławie. Albo chociaż w małym, osobistym szczęściu. 

Za chwilę ma się pojawić kolejna książka Sandovala – “Futura nostalgia” – mam duże nadzieje, że będę mogła ją aplikować nastolatkom. Wyczekujcie, wyglądajcie w fajnych księgarniach.

 

Tony es un bastardo!
Tony tiene núcleo grandes!
– napisy na murach w Ciudad Obregón. / za stroną wydawcy timof.pl

Komiks na uspokojenie

W lutym minął rok od śmierci Jirō Taniguchiego, wydawanego w Polsce przez Hanami. Obok historii Guy Delisle’a, to najładniejszy komiks zeszłego roku. I zupełnie inny. Cykl cichych, uważnych historii, spacerów po mieście, powrotów z pracy. Moknie w deszczu, pływa w basenie po zapadnięciu zmroku, po zamknięciu; wchodzi w ulotne kontakty z przechodniami, podgląda ptaki, rzekę i spadające płatki kwiatów wiśni – Idący człowiek. Komiks, który czyta się i ogląda dla uspokojenia, dostrzeżenia zwyczajności i wspólnego, kojącego spaceru z Taniguchim, dla gorącej kąpieli, wspinania się na drzewo, dla czerpania przyjemności ze spoglądania na codzienność. Bardzo piękna rzecz, kończy się nakład, spieszcie się.

Na język polski “Idącego człowieka” przetłumaczył Radosław Bolałek, który chowa swoje nazwisko, gdzieś pod stopką redakcyjną.

Jiro Taniguchi / Idący człowiek / tłum. Radosław Bolałek / Hanami

O rety!

Od Puszczy Białowieskiej przez Syberyjską tajgę, Wielką Rafę Koralową, Madagaskar, Antarktydę, Patagonię, Wielki Kanion Kolorado, po Arktykę. 37 arcyciekawych miejsc na Błękitnej Planecie. Tomek Samojlik nielicho się narobił, narysował, naskrobał ołówkiem i kredkami, żeby zabrać Was w niesamowitą podróż po krainie przyrody – tej mniej i bardziej znanej. Poznacie zwierzęta, które mają się świetnie i te na skraju wyginięcia. Dowiecie się, kto oprócz dzięcioła jest trójpalczasty, po co palczakowi aj-aj wydłużony środkowy palec (nie, nie pokazuje go drapieżnikom) i gdzie żyje sóweczka kaktusowa? W warstwie komiksowej (dymki białe) dla bystrzaków są ukryte zagadki – dlaczego assapan północny krzyczy “Geronimo!” i co żółw słoniowy ma wspólnego z mistrzem Yodą?

Zabraliśmy książkę na weekend na wioskę, bawiliśmy się świetnie, przyroda jest zaje..sta!

Tomasz Samojlik / O rety! Przyroda świata / MULTICO Oficyna Wydawnicza

O szaleńcu, który katologował ptaki

John James Audubon. Żył w dziewiętnastym wieku i cel miał wielki – narysować/skatalogować wszystkie (wszystkie) gatunki ptaków Ameryki Północnej. Prawie oszalał, gdy dotarło do niego, że nie jest w stanie tego zrobić. Uświadomił sobie również, jak szybko znikają gatunki i że być może jego rysunki będą niebawem źródłem historycznym. Miał ci on żonę żyjąca na szczytach gór cierpliwości i ogromnej miłości do swego męża płodzącego kolejne dzieci i spędzającego w domu niewiele czasu. Nie chcieli go wydać w Stanach, to pojechał do Wielkiej Brytanii, gdzie znani z birdwatchingowej pasji Anglicy z miejsca zachwycili się rysunkami. Dzisiaj reprinty niezwykłych rysunków Audubona można kupić w albumach (mamy w Bookowskim*), a gadżety książkowe i inne są licznie obecne na Amazonie. Lornetki, kubki, reprodukcje.

A powieść graficzną o tym szalonym kolesiu stworzyli Fabien Grolleau oraz Jeremie Royer, wydało wydawnictwo Nobrow w 2016 r. Komiks podobno będzie tłumaczony na język polski. Przy lekturze trzeba pamiętać, że opowieść toczy się w czasie przed wojną secesyjną, niewolnictwo jest “normą”, a w lasach żyją rdzenni mieszkańcy kontynentu. Za chwilę wytępione zostaną bizony, zmiany obserwujemy oczami Audubona i wiemy, że jest on świadom nieodwracalności pewnych procesów w przyrodzie i w świecie. Autorzy zaznaczają, że sam Audubon mógł konfabulować nieco w swoich wspomnieniach, a w powieści znajdują się zdarzenia prawdopodobne (jak spotkanie z Darwinem), ale nie potwierdzone. Całość oddaje ducha audubonowskiego przedsięwzięcia i jego barwnego życia.

“Despite his foibles, history will remember Audubon as an unparalleled ornithological painter, one of fledgling America’s pioneer landscape adventurers, as well as a writer and one of the fathers of modern American ecology.”

Czy warto po komiks sięgnąć? Warto. Powiadam. DLA KOGO? Dla ptasiarzy, miłośników powieści graficznych, dla przyrodników, dla ciekawskich, dla dorosłych oraz starszej młodzieży.

Audubon. On the Wings of the World / Fabien Grolleau & Jeremie Royer / NOBROW / London – New York 2016

Foto poczynione w gościnnych progach namiotu obozu letnio-jesiennego by Akcja Bałtycka.

 

* “The Birds of America” John James Audubon, wydało The Natural History Museum

audubon 2

Prosta i celna kreska kronik

Z Guy Delislem (czyt. Gi Delilem) łączy mnie to, że czasem śpiewam coś pod nosem. A poza tym niewiele. Na półkach mamy “Kroniki birmańskie” i “Kroniki jerozolimskie”. Żona Delisle’a pracuje dla organizacji pozarządowej (Lekarze bez granic) w związku z czym małżeństwo mieszka to tu, to tam. Rok w Birmie, rok w Jerozolimie. Podczas, gdy żona pracuje w biurze lub w terenie, Delisle zajmuje się dziećmi (najpierw synem, później synem i córką) i poznaje okolicę oraz pracuje – rysuje. Guy Delisle jest dla mnie odkryciem roku. Oba komiksy stoją frontami w okolicach biurka, bo po prostu lubię te okładki, zwłaszcza “Kronik birmańskich”. Absolutnie uwodzi mnie figura pracującego z domu ojca, spacerującego, będącego takim wprost, zagadującego, obserwującego. Delisle z ręką w kieszeni popija kawę z dużego kubka, odwozi dzieci do przedszkola, spędza z nimi czas na przedpołudniach dla dzieci dyplomatów (dzieci z niańkami, matki z drinkiem i ten jeden ojciec). Poza tym przekonuje wszystkich, że rysowanie powieści graficznych to też praca.

kroniki2

Kreskę ma prostą, a celną. Jest mistrzem niemych kadrów. Jest mistrzem obserwacji – w Jerozolimie pewien Arab wypożycza drewniane krzyże, jeśli ktoś ma ochotę poczuć się jak Chrystus i przejść tradycyjną drogę krzyżową. Delisle próbuje zobaczyć i opowiedzieć Jerozolimę, obserwuje jej różnorodność, ścieranie się różnych światopoglądów. Mimo całej lekkości i doskonałego poczucia humoru, nie ucieka od momentów grozy. Czasem spada bomba, czasem wybuchają niepokoje, agresja, ktoś gdzieś utknie, jest blokada, nie można wrócić do domu. Długo czytałam “Kroniki jerozolimskie”. Długo i z namysłem, próbując ułożyć sobie w głowie sprawy społeczno-polityczno-religijne miasta. Ale i tak, najcenniejsze u Delisle’a są drobiazgi, nieprzegadane kadry. I takie cukierki, jak ten w Birmie – żona autora jedzie na kilka dni w teren, a on zostaje z synem pierwszy raz sam na tak długo. Zmagania rodzica z materią własnego zmęczenia, zniecierpliwienia pomieszanego z troską, wreszcie powrót matki, która od progu nie marzy o niczym innym, jak o nakarmieniu syna, bo ma piersi obolałe od nadmiaru pokarmu. Do tego birmańskie i jerozolimskie realia, knajpki, mury, osiedla, walka o klimatyzację, o tusz do rysowania, o komputer, o internet, o powiew wiatru, o zdrowie po zjedzeniu posiłku od obwoźnego gastronoma. Czytajcie i oglądajcie. Bardzo, bardzo warto. Oba tomy wydała Kultura Gniewu. Oba przetłumaczyła Katarzyna Koła-Bielawska

Guy Delisle / Kroniki birmańskie / tłum. Katarzyna Koła-Bielawska / Kultura Gniewu

Guy Deliske / Kroniki jerozolimskie / tłum. Katarzyna Koła-Bielawska / Kultura Gniewu

Jak ocalić dumę narodową?

Dzień odpoczynku spędziliśmy w lesie, gdzie koziołek, dwie sarny, krzyżodziób(!) pomarańczowy jak płomyk, gruby gil, a poza tym żywego ducha. Z nosem przy ziemi i wykrywaczem metalu włóczyli się poszukiwacze skarbów. Popiliśmy lipy z miodem, poczytaliśmy Świdzińskiego. Czarno-biało, mało kresek, a drogo, jak to komiks. Jak zrobić film, najlepiej bez reżysera, bez scenariusza i z górą hajsu, a z użyciem (i zużyciem) stażysty. I jak na końcu ocalić dumę narodową? Kim jest Producent? Kto zagra Kościuszkę? Kto za tym wszystkim stoi? Bardzo haha, bardzo się uśmiałam, śmiech mój rozsadził strop około strony trzysetnej (spoiler!). Potem było mi trochę smutno. Bo cóż. No. Świdziński w formie, obstawiamy, czy go wsadzą (haha…), polskość polska wystawiona na szwank i dźgnięta kreską ołówka. Ku refleksji. Ku namysłowi. Ku dystansowi. Kuku.

Jacek Świdziński / Powstanie film narodowy / Kultura Gniewu

Komiksowe opowieści bezkresne

Liście lecą, jesień się rozgościła, zaduszki za pasem, Łauma wychodzi na łów. KaeReL jak nikt łączy szalenie odpowiadające mi poczucie humoru (nieco mroczne) ze swobodnym (ale zupełnie poważnym) pisaniem o śmierci i przemijaniu oraz… o poszukiwaniu siebie i zwalnianiu obrotów. Chyba jest tak, że Karol Kalinowski bardzo wtopił się w suwalski krajobraz, a to oznacza, że porusza się między ludźmi, przyrodą i zjawami z dawnych podań i robi to w tak naturalny, lekki sposób, że mogę czytać jego opowieści po wiele razy. I “Kościsko” i “Łauma” są niesłychanie wyraziste, wypełniają mi lukę na opowieści bezkresne, bohaterowie mają tysiąc albo trzysta, albo trzydzieści lat, śmierć jest czymś naturalnym, a na cmentarzach bywa podejrzanie wesoło. To nie banalizowanie, może oswajanie. Wszyscy umrzemy, czasem chorujemy, nieraz bardzo poważnie (patrz “Kościsko”), ale taki jest rytm życia i śmierci. KaeReL dokłada do tego magię, ale taką z ludowych podań. Miksuje, dorzuca swój niepowtarzalny humor, popkulturę i otrzymujemy komiksy dla dużych i małych o niespotykanej urodzie.

O czym jest “Łauma”? Po śmierci babci Dorotka z rodzicami przenoszą się z miasta do Łojm niedaleko Suwałk. Tata Dorotki rzuca pracę w dużej firmie (był grafikiem), mama upiorną pracę w szkole. Układają sobie życie na wsi. Remontują dom, przypadkiem zabijają dziadka… Ciiii. Dorotka nawiązuje nowe znajomości. Jedną z bliższych i groźniejszych z Łaumą. Po okolicy błąkają się istoty z dawnych wierzeń. Trochę osamotnione, bo ludzie już w nie nie wierzą. Co niepomiernie wkurza bożka Perkuna.

Czy Dorotka ocali wieś przed przerażającym smutkiem Łaumy? Czy poleje się krew dzieci? Kto mieszka w stawie? Co do tego wszystkiego ma pan Norbi oraz przebój “Always on my mind”? Bierzcie (może nie na cmentarze) “Łaumę” i czytajcie. Forma komiksowa sprzyja szybkiej lekturze. Gwarantuję, że będziecie do tej fabuły wracać, bo nie da się jej tak po prostu odłożyć na półkę.

KaeReL czyli Karol Kalinowski / Łauma / wydała Kultura Gniewu

Puszcza pamięta

Zwyczajowy już sms do doktora Tomasza Samojlika: „Jesteśmy w Białowieży, zwarci i gotowi uzupełnić kofeinę i ciekawe ploty z Puszczy”. Tym razem przyszedł zwrotny telefon: „Słuchajcie, jutro rano jedziemy oglądać najświeższe wykopaliska archeologiczne w Rezerwacie Szczekotowo – chcecie jechać?”.

Przez Białowieżę, Pogorzelce, Teremiski dojeżdżamy do wsi Budy, gdzie na parkingu Zajazdu u Kolarza czeka już Dariusz Krasnodębski (z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN) i jego dwudziestoletni Land Rover. Całą ekipą polsko-rosyjsko-holenderską jedziemy przez Puszczę, zamkniętym dla turystów szlakiem, na wykopaliska.

 

Niepozorne dziury w ziemi. Puszcza to jest taki las, w którym wszystko pięknie maskuje się pośród wielkich i mniejszych drzew – tych stojących i tych leżących. Zgubić się jest tak łatwo – marzenie polonistów zaczytanych w „Prawieku..” Olgi Tokarczuk – że drepczemy przez chaszcze nawołując się co jakiś czas. Zostaję z tyłu, bo przecież nie sposób nie pochylić się to tu, to tam nad pajęczynami, roślinami, mchem i czym tam chcecie; przez sklepienie lasu przebija się słońce, jest tak pięknie, że można tu zostać na zawsze. No dobra – niepozorny wykop pomiędzy drzewami.

 

 

Jagoda – archeolożka z Poznania – miarowo zdejmuje kolejne
warstwy ziemi. Marcin rysuje to, co pozostało z murów grodziska. Dotykając tych kamieni dotykasz pradziejów. Pomyślcie, stary las, stare kamienie, a archeolodzy na podstawie ułożenia pozostałości budulca są w stanie określić nad czym właśnie się pochylamy. Pojawiają się spekulacje – budowla obronna? Kiosk z kebabem? Piwniczka z winem? Żarty żartami, a doktor Samojlik ewidentnie ma ochotę chwycić za łopatę i zajrzeć, co tam jeszcze ziemia kryje. Ale, że komary rypią…

 

Po grodzisku oglądamy jeszcze kurhany (datowane na okres między I a V wiekiem) i odkryte w jednym z nich resztki naczyń, pani Hanna Olczak (IAE PAN) wyciąga na dłoni niebieski szklany paciorek wykopany dzień wcześniej, efektem jest chóralne „łoooo” i spekulacje – kim była denatka? Sześć osób z fascynacją pochyla się nad wykopem. Nigdy nie widziałam, żeby tylu ludzi na raz gapiło się w ziemię i obstawiało – w grobie babka czy jednak facet?

 

 

 Wracając oglądamy jeszcze jedno skupisko grobów, gadamy o mielerzach, bartnictwie, zagadkowym opuszczeniu Szczekotowa przez jego pradawnych mieszkańców (przenieśli się do dzisiejszych Bud). Gadamy też o tym, co pozostanie z nas, z naszej historii? Co być może wykopią archeolodzy przyszłości, jeśli takowa w ogóle nastąpi? Czego dowiedzieliby się o nas na podstawie wykopalisk na terenach dzisiejszych wysypisk śmieci? Czy ajfon nadal by dzwonił?

 

 

Antropopresja. Termin rzucony przez Dariusza Krasnodębskiego doskonale oddaje to, z czym mierzy się dziś nasza planeta. Jeśli chodzi o Puszczę – człowiek od dawna wywierał na nią wpływ. Różnica polega na tym, że dawniej nie miał tylu narzędzi i tyle siły destrukcyjnej, żeby zmieść ją z powierzchni ziemi. Odkrywane dziś mielerze służące do produkcji węgla drzewnego, grodziska czy kurhany świadczą o tym, że człowiek w Puszczy żył, wykorzystywał jej zasoby, ale nie wpłynął znacząco na jej dzisiejszy kształt. Pewnie czasem marzył o ścięciu najpotężniejszych drzew, ale być może nie miał takiej potrzeby albo po prostu nie wymyślił sposobu na powalenie olbrzymów. Dziś wjechałby do lasu harvesterem i po sprawie.

 

Naukowcy boją się dzisiaj wspominać o dawnej obecności człowieka w Puszczy, bo to tylko woda na młyn pana ministra – człowiek żył w Puszczy? No to znak najwyraźniejszy, że Puszcza ludzką ręką sadzona i można ją ciąć bezwględnie. Co mamy robić my? Kształtować sobie własne zdanie, czytać*, sięgać do opracowań naukowych, szukać, szukać, przyjeżdżać do Białowieży i pukać do drzwi PANu i pytać o wykłady – oni chętnie podzielą się swoją wiedzą, na to bardzo liczę. Gdziekolwiek będziecie możecie też zajść do najbliższej księgarni i kupić komiks Tomasza Samojlika – „Bartnik Ignat i skarb Puszczy” (wydała Centrala, opis znajdziecie na tym blogu), bo pan doktor badał obecność i wpływ człowieka na Puszczę i w jednym komiksie zawarł sporo arcyciekawej i przydatnej każdemu turyście wiedzy. Komiks jest skierowany do dzieci 8+, ale dorosły niech się nie wstydzi sięgnąć po tę archeologiczno-historyczną pigułkę.

 

Puszcza przechowuje pamięć o ludziach, zwierzętach, roślinach sprzed kilku tysięcy lat i jest to tylko kolejny dowód na to, że trzeba ją ochronić przed zdewastowaniem z tak błahych przyczyn, jak polityka i prywatne ambicje. Zamykanie szlaków przed turystami, wycinka na skalę, która nie mieści mi się w głowie, odmawianie dostępu do lasu naukowcom – to grzechy ciężkie, za które za chwilę ktoś nam powinien zadośćuczynić, a grzech srogo odpokutować czyszcząc średniowieczny nożyk do depilacji wciąż łamiącym się pędzelkiem…

 

Jeździmy do Puszczy od półtora roku, spędziliśmy tam w sumie jakieś trzy miesiące. Za każdym razem Puszcza dostarcza nam niespodziewanych atrakcji – a to żubr pasący się na polu, a to wilk wyjący opodal, a to gwałtowne i nieoczekiwane spotkanie z harvesterem i tabunem strażników leśnych (można się nabawić zespołu stresu bojowego), a to wyprawę archeologiczną. Za każdym razem wyjeżdżając przez zielony tunel lasu i Hajnówkę mamy potężne wrażenie, że wyjeżdżanie stąd jest zupełnie bez sensu. I ciągle wracamy.

 

Za co najmniej 1/5 dziwnych atrakcji – od wykładu, przez seminarium i linki do ważnych puszczańskich tekstów, po łażenie z archeologami – okropnie, ogromnie, najstraszniej dziękujemy Tomkowi, który niezmiennie wita nas w Białowieży życzliwy i uśmiechnięty.

 

*kilka nazwisk do wyguglania dla ciekawskich (autorzy tekstów naukowych i popularnonaukowych o Puszczy): Andrzej Bobiec, Karol Zub, Simona Kossak (wiadomo), Rafał Kowalczyk, Tomasz Samojlik, Adam Wajrak (no pewnie!), Bogumiła Jędrzejewska, Małgorzata Latałowa, Franciszek Karpiński itd