Category Archives: mikroopowieści

Domy bezdomne. Między wysiadką a piekarokiem

„Trwają prace dekarskie. Surowe ściany, beton. Poza niewiele mówiącym podziałem na pomieszczenia robotnicy nie wiedzą, co gdzie będzie. Na parę tygodni muszą sobie zorganizować tu dwa punkty: miejsce do zjedzenia drugiego śniadania i magazynek blach i rur spustowych – trzeba uważać, żeby ich nie podeptać, nie pogiąć, nie popalcować, bo są miękkie i delikatne. Z dokładnością do pół metra dekarze wybierają miejsce do jedzenia tam, gdzie stanie później duży stół, a blachy kładą w najbezpieczniejszym według nich punkcie domu – czyli dokładnie tam, gdzie będzie łóżko. 

Bartek poczuł wtedy, że najważniejsze meble w domu rozstawiają się w tej przestrzeni same. To był dla niego jako architekta ogromny komplement.
„Ta przestrzeń działa” – pomyślał.”
Nad książką Doroty Brauntsch unosi się duch żalu za domami odchodzącymi w przeszłość i za tym, co niosły ze sobą, w sobie. „Domy bezdomne” to chyba nawet nie opowieść o samych budynkach, tylko o ludziach, którzy z domem tworzyli całość. Dla których dom nie był tylko hotelem, tylko centralnym punktem życia, w którym jadło się, spało, piekło chleb, z którego wychodziło się do zwierząt, w pole i do sąsiadów.

Continue reading

Advertisements

Boso, w butach, po dnie morza i w góry. Robert Macfarlane ciągle idzie

“Właśnie następnego ranka, podążając śladami jeleni, wszedlem w kamienistą dolinę, która podchodziła pod północną ścianę Griomabhala. Wiatr dął ze wschodu. Przeszukiwałem dolinę prawie przez dwie godziny, coraz bardziej się w nią zagłębiając i wychodząc coraz wyżej, z coraz mniejszą nadzieją, że znajdę ścieżkę.”

To mogła być coachingowa książka albo metafizyczny poradnik o tym, że własnej drogi trzeba wytrwale szukać, a w kryzysowym momencie szukania zwrócić się do tych, którzy już ją przeszli albo mają wskazówki jak znaleźć właściwą ścieżkę. Całe szczęście, że Robert Macfarlane czegoś takiego nie napisał.

Continue reading

Konie i ludzie, ludzie i konie. I kawa

Mówił Daniel Mizieliński – „trzeba dbać o ciało, bo nie służy wyłącznie do noszenia głowy”. Coś mi odbiło i w lutym, w srogą (haha) zimę postanowiłam poszukać nowego, radosnego, spokojnego miejsca na doroczny księgarski wypoczynek. Miało być spanie, jedzenie i czytanie. No i totalnie się pomyliłam. Boże drogi, jak wtopiłam. Przeczytałam tam jedno opowiadania Wellsa Towera i dwa artykuły z jakiejś Werandy i Ust. I wróciłam tak zdziwiona tym, co robiłam, że do teraz się otrząsam.

Potoczek. Pogranicze polsko-czeskie. Dojeżdżamy krętą drogą i stajemy przed tą chałupką z Ust i Werandy. Myśleliśmy, że to pomyłka. „To tu?”, pytamy na głos. Dom prostokątny, dach skośny, wzgórze za domem, jakoś niezbyt spektakularnie… „Na konie? To tu!” – odpowiadają krzątający się na parkingu ludzie. Zbliża się osiemnasta, pora umówionej kolacji, na którą lecieliśmy na złamanie karku, no to wchodzimy. Drzwi otwiera kędzierzawa, szelmowsko uśmiechnięta osoba i wita nas ni mniej, ni więcej, tylko tak: “No dzień dobry Bookowscy!”. Kasia – bosa i rześka, jakby dzień się dopiero zaczynał. Bo my, moi drodzy, pojechaliśmy do Kasi i Lokusza na obóz konny. To miało być tak – dwie godzinki jazdy dziennie, takie bardziej oswajanie się ze zwierzęciem, zaprzyjaźnienie się z nim, a potem hulaj dusza, czytanie, spanie, łażenie po górkach. Po pierwsze  dom jest pojemny, ciepły, pachnie chlebem, jest prosty, pełen powietrza, przestrzenny, taki, że odnajdujesz się w nim w pięć minut. Zgroza mieszczucha – jedna łazienka i mało gadżetów. W naszym pokoju stoi niebieski, drewniany zegar, nie chodzi i do złudzenia przypomina mi Matkę Boską w ciąży. Oprócz tego trzy łóżka i szafa. Dwa krzesła (z gemeli) i stolik. Koniec. Na przyszłość Kasia obiecała nam biurko 🙂 Na przynętę dodam, że ta prostota jest piękna, czysta w formie, miłośnicy dobrze zaprojektowanych przestrzeni zdecydowanie się tu odnajdą. A oszaleją w kuchni. Bo lodówka – stary, przepiękny BOSCH.

 

 Tylko, że ja nie o tym chciałam pisać. Nie o tym, że sami pieką chleb, że ostatniego wieczora Tomasz upiekł go z Lokuszem, że właśnie zaprawiali ogórki, że w kilkunastolitrowym garze gotowały się morele na dżem, że kuchnia jest tu wyłącznie wege, że mleko tylko kozie, od meczącej pod kuchennym oknem Buni, a pomidory z lokalnej eko-uprawy, że łażą tu koty i jeden cudowny pies, że wspólne posiłki trwają długo, są do zgłupienia smaczne i pożywne, bardzo swojskie, że w środku dnia wjeżdża jeszcze regenerująca siły zupa (Kasia! Królowo nasza!), że chodzi się spać wcześnie, bo rano szkoda dnia, że muzyki słucha się tu najlepszej, książki czyta bez opamiętania, westerny ogląda po trzy razy te same, a kawę pije hektolitrami.
 

 

Piętnaście hektarów łąk to dom Płatków Śniegu, Mary Lu, Kanidżji, Pampai, Whiskey, Hermano, Don Diego i Lejli. Pierwszego dnia bierzemy wiadro owsa i idziemy na pustą łąkę od połowy porośniętą lasem i krzakami. Na wołanie Lokusza „Koonie, konie, koonie!” najpierw przybiegają kozy. Potem spokojnie z lasu wychodzą dwa konie, po dłuższym nawoływaniu słychać rżenie i w pełnym galopie wypada na łąkę reszta stada. Wszelkie moje wątpliwości rozwiały się w tej sekundzie. Jeśli poznać konie i spróbować się z nimi dogadać, to tylko u Lokusza.

 

 

Pominę wszystkie techniczne szczegóły jazdy. Ciekawiło mnie to, co o relacjach człowiek-zwierzę i zwierzę-zwierzę opowiadali Lokusz i Kasia. Że konie w stadzie zawsze mają swoją hierarchię i potrafią ją dość brutalnie ustawiać. Relacja jeźdźca ze zwierzęciem też jest relacją władzy i posłuszeństwa. To bardzo nie moje, ale albo ty jedziesz na koniu, albo koń idzie gdzie chce czyli najpewniej do domu, do owsa. Każdy koń jest inny, wiadomo. Płatki Śniegu są szybkie i zwinne, Mary Lu nieco ociężała i trochę wredna, Pampaja to siła spokoju. Koń wietrząc słabość twojego charakteru wykorzysta to i niekoniecznie zastosuje się do twoich próśb (go, łuuu, łoo! ej, gdzie idziesz? no eeej, proszę ruuszaj! nie zrzucisz mnie, prawda? stóóój, Chryste Panie, stóóój!)  i poleceń. Jaka jest mechanika galopu, co koń widzi, co robi, gdy się denerwuje, jak mu podziękować, jak uspokoić – lokuszowe lekcje. Sama obserwacja zwierząt – i przy pracy, i w czasie wolnym – to ogromna przyjemność.

 

 

Potem były jazdy terenowe, bo innych tu w zasadzie nie ma. Kontrolowane mniej lub bardziej galopy i kłusy, widok na masyw Śnieżnika, popas na czeskich łąkach. Rano konie wołaliśmy już sami, szczotkowaliśmy, czyściliśmy im kopyta, pytaliśmy czy wszystko u nich okej i czy są gotowe znowu z nami pracować. Siodłaliśmy i ruszaliśmy za Lokuszem na małe wyprawy. Po nich następowało to, co najmilsze dla zwierząt a i fajne dla ludzi – rozsiodłanie konia, zdjęcie wędzidła, polewanie konia i trochę siebie wodą, zaprowadzenie na trawę i zdjęcie kantarka.

 

 

 

 

 

Potem w “przykucu łąkowym” gapiliśmy się jak zwierzęta skubią trawę, i tarzają się w niej zrzucając ludzki smród z grzbietu (to akurat moja teoria). Po ostatniej jeździe przytuliłam się mocno do Płatków Śniegu – jest duża i ciepła, intensywnie pachnie sierścią, sianem, zwierzęciem, waży kilka razy tyle, co ja i wtedy, po całym tygodniu, miałam poczucie, że ocaliła mnie od gwałtownej śmierci 😉

 

Konie u Lokusza nie mają stajni, prowadzą życie na łąkach. A te są przebogate, spędziłam na nich jedno popołudnie z nosem przy ziemi i z aparatem fotografując kolejne rośliny i pleniącego się dziewięćsiła bezłodygowego.

 

Szaleństwo owadów i roślin, zawisające w trzepocie pustułki, dzierzba na krzaku dzikiej róży, w lesie zatrzęsienie jagód, na sośnie dzięcioł czarny, a w skrytości chaszczy podobno czai się derkacz.

 

Zbieg zdarzeń spowodował, że ludzi przy stole było ciągle dużo, rozmowy się splatały i rozplatały. Z Agnieszką i Martą – pedagożkami specjalnymi – gadałyśmy o autyzmie, o książkach, na których pracują (Herve Tullet!), o możliwościach hipoterapii i w ogóle dobroczynnym wpływie zwierząt na ludzi chorych i zdrowych. Przyjechał przyjaciel Lokusza, weterynarz, bo jeden z koni jechał do nowego domu. Więc  było o szczepieniach, ubezpieczeniach, a przy okazji prześwietlenie i oglądanie rozrzedzonej kości suczki Poli. Przyjechała Fanta – przyszła właścicielka Hermano i były wieczorne dyskusje o postawie w siodle, jeździe bez wędzidła, o pewnym dwunastolatku, który wpadając w galop rozpościerał ramiona i śmiał się radośnie – czy to dziecięcy brak lęku, instynkt czy jeszcze coś innego? To był intensywny kurs bliskiego życia z przyrodą. Rozmów o zwierzętach i ludziach, wegetarianizmie, polityce, literaturze, filmach, przepisach na tę zajebistą pastę z suszonych pomidorów i “kaszankę” z czarnej soczewicy wydzieraną sobie do ostatniego ziarnka było tu tyle, że książki nam się trochę zakurzyły, a potem już trzeba było wracać.

 

Jedźcie na Dolny Śląsk, jedźcie do Potoczka, poznajcie Kasię i Lokusza. Dawno nie doświadczyliśmy takiego kopa dobrych prądów od całej ekipy cudownych ludzi. A jeśli nie daje Wam spokoju ta relacja koń-człowiek, to spytajcie Lokusza o historię Whiskey. Whiskey ma dwadzieścia cztery lata, Lokusz ją sprzedał, a potem w pewnych okolicznościach odkupił. I klacz żyje i dożyje na tych łąkach swoich dni.
Kasiu, Lokuszu – powodzenia, jesteście cudowni.
Znajdziecie ich tutaj: U Lokusza 

 

Puszcza pamięta

Zwyczajowy już sms do doktora Tomasza Samojlika: „Jesteśmy w Białowieży, zwarci i gotowi uzupełnić kofeinę i ciekawe ploty z Puszczy”. Tym razem przyszedł zwrotny telefon: „Słuchajcie, jutro rano jedziemy oglądać najświeższe wykopaliska archeologiczne w Rezerwacie Szczekotowo – chcecie jechać?”.

Przez Białowieżę, Pogorzelce, Teremiski dojeżdżamy do wsi Budy, gdzie na parkingu Zajazdu u Kolarza czeka już Dariusz Krasnodębski (z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN) i jego dwudziestoletni Land Rover. Całą ekipą polsko-rosyjsko-holenderską jedziemy przez Puszczę, zamkniętym dla turystów szlakiem, na wykopaliska.

 

Niepozorne dziury w ziemi. Puszcza to jest taki las, w którym wszystko pięknie maskuje się pośród wielkich i mniejszych drzew – tych stojących i tych leżących. Zgubić się jest tak łatwo – marzenie polonistów zaczytanych w „Prawieku..” Olgi Tokarczuk – że drepczemy przez chaszcze nawołując się co jakiś czas. Zostaję z tyłu, bo przecież nie sposób nie pochylić się to tu, to tam nad pajęczynami, roślinami, mchem i czym tam chcecie; przez sklepienie lasu przebija się słońce, jest tak pięknie, że można tu zostać na zawsze. No dobra – niepozorny wykop pomiędzy drzewami.

 

 

Jagoda – archeolożka z Poznania – miarowo zdejmuje kolejne
warstwy ziemi. Marcin rysuje to, co pozostało z murów grodziska. Dotykając tych kamieni dotykasz pradziejów. Pomyślcie, stary las, stare kamienie, a archeolodzy na podstawie ułożenia pozostałości budulca są w stanie określić nad czym właśnie się pochylamy. Pojawiają się spekulacje – budowla obronna? Kiosk z kebabem? Piwniczka z winem? Żarty żartami, a doktor Samojlik ewidentnie ma ochotę chwycić za łopatę i zajrzeć, co tam jeszcze ziemia kryje. Ale, że komary rypią…

 

Po grodzisku oglądamy jeszcze kurhany (datowane na okres między I a V wiekiem) i odkryte w jednym z nich resztki naczyń, pani Hanna Olczak (IAE PAN) wyciąga na dłoni niebieski szklany paciorek wykopany dzień wcześniej, efektem jest chóralne „łoooo” i spekulacje – kim była denatka? Sześć osób z fascynacją pochyla się nad wykopem. Nigdy nie widziałam, żeby tylu ludzi na raz gapiło się w ziemię i obstawiało – w grobie babka czy jednak facet?

 

 

 Wracając oglądamy jeszcze jedno skupisko grobów, gadamy o mielerzach, bartnictwie, zagadkowym opuszczeniu Szczekotowa przez jego pradawnych mieszkańców (przenieśli się do dzisiejszych Bud). Gadamy też o tym, co pozostanie z nas, z naszej historii? Co być może wykopią archeolodzy przyszłości, jeśli takowa w ogóle nastąpi? Czego dowiedzieliby się o nas na podstawie wykopalisk na terenach dzisiejszych wysypisk śmieci? Czy ajfon nadal by dzwonił?

 

 

Antropopresja. Termin rzucony przez Dariusza Krasnodębskiego doskonale oddaje to, z czym mierzy się dziś nasza planeta. Jeśli chodzi o Puszczę – człowiek od dawna wywierał na nią wpływ. Różnica polega na tym, że dawniej nie miał tylu narzędzi i tyle siły destrukcyjnej, żeby zmieść ją z powierzchni ziemi. Odkrywane dziś mielerze służące do produkcji węgla drzewnego, grodziska czy kurhany świadczą o tym, że człowiek w Puszczy żył, wykorzystywał jej zasoby, ale nie wpłynął znacząco na jej dzisiejszy kształt. Pewnie czasem marzył o ścięciu najpotężniejszych drzew, ale być może nie miał takiej potrzeby albo po prostu nie wymyślił sposobu na powalenie olbrzymów. Dziś wjechałby do lasu harvesterem i po sprawie.

 

Naukowcy boją się dzisiaj wspominać o dawnej obecności człowieka w Puszczy, bo to tylko woda na młyn pana ministra – człowiek żył w Puszczy? No to znak najwyraźniejszy, że Puszcza ludzką ręką sadzona i można ją ciąć bezwględnie. Co mamy robić my? Kształtować sobie własne zdanie, czytać*, sięgać do opracowań naukowych, szukać, szukać, przyjeżdżać do Białowieży i pukać do drzwi PANu i pytać o wykłady – oni chętnie podzielą się swoją wiedzą, na to bardzo liczę. Gdziekolwiek będziecie możecie też zajść do najbliższej księgarni i kupić komiks Tomasza Samojlika – „Bartnik Ignat i skarb Puszczy” (wydała Centrala, opis znajdziecie na tym blogu), bo pan doktor badał obecność i wpływ człowieka na Puszczę i w jednym komiksie zawarł sporo arcyciekawej i przydatnej każdemu turyście wiedzy. Komiks jest skierowany do dzieci 8+, ale dorosły niech się nie wstydzi sięgnąć po tę archeologiczno-historyczną pigułkę.

 

Puszcza przechowuje pamięć o ludziach, zwierzętach, roślinach sprzed kilku tysięcy lat i jest to tylko kolejny dowód na to, że trzeba ją ochronić przed zdewastowaniem z tak błahych przyczyn, jak polityka i prywatne ambicje. Zamykanie szlaków przed turystami, wycinka na skalę, która nie mieści mi się w głowie, odmawianie dostępu do lasu naukowcom – to grzechy ciężkie, za które za chwilę ktoś nam powinien zadośćuczynić, a grzech srogo odpokutować czyszcząc średniowieczny nożyk do depilacji wciąż łamiącym się pędzelkiem…

 

Jeździmy do Puszczy od półtora roku, spędziliśmy tam w sumie jakieś trzy miesiące. Za każdym razem Puszcza dostarcza nam niespodziewanych atrakcji – a to żubr pasący się na polu, a to wilk wyjący opodal, a to gwałtowne i nieoczekiwane spotkanie z harvesterem i tabunem strażników leśnych (można się nabawić zespołu stresu bojowego), a to wyprawę archeologiczną. Za każdym razem wyjeżdżając przez zielony tunel lasu i Hajnówkę mamy potężne wrażenie, że wyjeżdżanie stąd jest zupełnie bez sensu. I ciągle wracamy.

 

Za co najmniej 1/5 dziwnych atrakcji – od wykładu, przez seminarium i linki do ważnych puszczańskich tekstów, po łażenie z archeologami – okropnie, ogromnie, najstraszniej dziękujemy Tomkowi, który niezmiennie wita nas w Białowieży życzliwy i uśmiechnięty.

 

*kilka nazwisk do wyguglania dla ciekawskich (autorzy tekstów naukowych i popularnonaukowych o Puszczy): Andrzej Bobiec, Karol Zub, Simona Kossak (wiadomo), Rafał Kowalczyk, Tomasz Samojlik, Adam Wajrak (no pewnie!), Bogumiła Jędrzejewska, Małgorzata Latałowa, Franciszek Karpiński itd

Puszcza calling

img_2573

Wiecie co? Moment w którym wjeżdżamy na wąską szosę łączącą Hajnówkę z Białowieżą jest niemal ekstatyczny. Na mapie ta droga jest prostą kreską. Zimą szosa jest pustawa, nie śmigają znudzone beemki w te i wew tę. Czasem na wylocie z Hajnówki zatrzyma Was Straż Graniczna – skontroluje i jeszcze podpowie – “Żarówka się panu z tyłu przepaliła, wymienić proszę”. W połowie odległości między miastami zjeżdża się w lewo, w kierunku Bud i Teremisek (a na prawo do zgubionej w lesie Czerlonki). W lusterkach absolutna ciemność, wokół – absolutna ciemność. Zwalniamy do 30-40 na godzinę, bo raz – a nuż wylezie coś na drogę, a dwa – szkoda przyspieszać to witanie się ze starym lasem. Gdy jest ciepło, opuszczamy do maksimum szyby w samochodzie i napełniamy go tlenem. Moglibyśmy wystawić głowy na zewnątrz i wrzeszczeć z radości, ale tej ciszy wokół nas też nam szkoda.

img_2587

W Budach mija się zajazd “U kolarza” – należący do byłego zawodnika Tour de Pologne (można go czasem spotkać w trasie, bo nadal śmiga na rowerze). Przemykamy przez Budy i wjeżdżamy do Teremisek.

Puszcza jest dla nas hojna. Wdychamy ją, powietrze zwala z nóg, po trzech godzinach łajzy jemy za trzech i zasypiamy w ekspresowym tempie. Jest styczeń, zero stopni, zaczyna padać mokry śnieg. Pod wieczór temperatura spada. Jest wilgotno więc odczucie zimna ciut wyższe niż wskazuje termometr. Zaopatrujemy się w nieodzowny sękacz i miód pitny, bo zapowiadają ochłodzenie. Ochłodzenie to spadek temperatury do – 17 stopni w dzień. Wywiewa nas solidnie, Tomaszowi robiącemu zdjęcia aparat przymarza do nosa. To ten moment kiedy para wydychana z ust osadza się na brwiach, wąsach, a czubek nosa pokrywa się warstewką lodu. Miód pitny bardzo się przydaje, gospodarz napalił w kominku, koty wróciły z łazęg do domu, psy przytulają się do kaloryfera. Nasz samochód pierwszy raz w karierze mówi “nie”.

img_2606

Pan Janusz pomaga odpalić potwornego diesla, na kawę do Tomka Samojlika dojeżdżamy spóźnieni tylko minutę. Białowieża cicha, turystów trochę się kręci, ale jednak mniej niż latem i jesienią. Słońce, zimno, pięknie. Kot Lucas z PTTKu ma się dobrze, nie schudł, a może powinien. Możecie zasilić skarbonkę Lucasa i wesprzeć jego niepokojące przybieranie na wadze 😉 W PTTKu uzyskacie wszelkie potrzebne informacje turystyczne – co można zwiedzić, co ile kosztuje. Umówicie się tu na wycieczkę do rezerwatu. Kosztuje to ok 180 zł. Kupicie mapy i obowiązkowy magnes na lodówkę. Wyślecie pocztówkę, przybijecie piątkę i pieczątkę. Po Puszczy można łazić samemu (co my lubimy najbardziej), ale jeśli macie grupę ludzi do oprowadzenia, to PTTK plus Turystyka Przyrodnicza “Sóweczka” zapewnią Waszym gościom odpowiednie atrakcje. Jedno jest pewne – zaopiekują się Wami fajni ludzie.

img_2619

Przez te kilka krótkich, zimowych dni wędrujemy szlakami z nieodzowną mapą. W plecaku koniecznie należy mieć też termos z gorącą herbatą, czekoladę, nam przydały się również kanapki – w zimnie szybko się głodnieje, a poranna ciecierzyca prędko staje się burczącym wspomnieniem. Natykamy się kilkukrotnie na tablice zabraniające nam dalszej wędrówki – “Zakaz wstępu. Niebezpieczeństwo publiczne”. Za trzecim razem jesteśmy sfrustrowani – planowaliśmy kilkugodzinną wyprawę, a tu każą zawracać. Jako obyczajni poznaniacy stosujemy się do zaleceń, ale raz czy dwa…  Jan Jerzy Karpiński by zrozumiał. Przeżywamy, nic nam nie spada na głowę, świerki trzeszczą, las wydaje niepokojące dźwięki – nękany ciężkim śniegiem i dość solidnym mrozem. O zamknięte szlaki podpytujemy pana Roberta w PTTK. O tych zamkniętych na dłużej wie, o tych zamykanych czasowo (wycinka) – trzeba dowiadywać się w Nadleśnictwie.

img_2630

Zima w lesie jest fascynująca – wiadomo. Spotykamy tropy jelenie (sarnie? Cholera, nie wiem), żubrze, i jakieś lisowate, a gdzieś tam, zdaje się, biegła kuna. Pewnego razu spotykamy też trop w towarzystwie juchy. Nawet kawałek w las zboczyliśmy, trop ciągnął się dalej. Ktoś tu nie miał się najlepiej. Tuż przed wyjazdem czytałam “Opowieści” Simony Kossak, akurat ciekawiły mnie wilcze i jelenie opowieści. W tych wilczych najbardziej te o zjadaniu ludzi. Ludzie padali dawniej ofiarami wilków, ale zupełnie przypadkowo. Podróżowali konno, a konie zwabiały wilki. No i zdarzało się, że jak już zaatakowały konie, to przypadkiem spożyły człowieka. Tak sobie myślę, że wtedy ludzie ubierali się w futra, co raczej upodabniało ich do zwierząt. Wszak człowiek to też gatunek zwierza, co z tego, że niby trochę bardziej zaawansowany technicznie? Teraz wilki nawet przypadkiem nie wszamią dwunoga. Wyobrażacie sobie? Takie świństwo w goretexie? Fu. Zresztą, odsyłam do Wajraka, który wilków tu, w Puszczy przestał się bać. Poczytajcie jego “Wilki”. Takie sobie snułam rozważania i jeszcze z Tomkiem Samojlikem o tym gwarzyliśmy przy doskonałej kawie w IBS PAN.

img_2670

img_2634

A po południu poszliśmy w las. Mieliśmy już wracać więc zrobiliśmy popas – herbata z termosu, kanapeczki, czekolada, cisza, pięknie. I nagle. Kurde, nagle zawył. “Pies” – wyrzucił z siebie Tomasz. Ta, jasne – godzinę drogi od Teremisek… “Coś tam idzie” – mówi Tomasz. Obrót głowy i już wiem, co to. Jezu. Wilk. Popatrzył na nas i poszedł drogą w stronę rzeki Narewki. Mieliśmy lornetkę, Tomasz mi ją podał i wtedy wilk przeszedł na drugą stronę ścieżki i odwrócił się raz jeszcze. Przez dziesięć sekund patrzyłam mu w pysk. Pysk raczej lekko znudzony, sprawdzający, czy idą za nim, czy w swoją stronę. Muszę mówić, ile razy obracaliśmy się za siebie w drodze powrotnej? A absolutnie najpiękniejsze w obserwowaniu zwierzą w Puszczy jest to, że one są tu u siebie. I to się czuje. My tu tylko na chwilę, gościnnie, a one są w domu.

img_2638

Tomasz zaczął czytać jeszcze w Teremiskach i łyknął niemalże na raz “Wilki”. Puszcza obdarowała nas hojnie. Łoś, kuny, żubr, wilk. Do tego dzień później doszedł dzięcioł zielonosiwy. Wszystko nam zamarzło. Lornetka po ochuchaniu ustawiła ostrość, rąk nie czułam, ale dzięcioł cierpliwie czekał, aż odszukałam go buszującego na drzewie w Budach. Nie miał czerwonej czapki, jak dzięcioł zielony więc z powątpiewaniem w swoje szczęście uznałam, że to zielonosiwy. Przedarliśmy się przez rozkoszny kopny śnieg, mróz dosięgnął w końcu moich podatnych na ziębnięcie stóp, w okolicy wiosek pojawili się narciarze biegowi. Zbliżała się pełnia, za chwilę zaczną wyć wilki, w tym nasz nowy znajomy. A my musieliśmy wracać do Poznania.img_2672

Kiedy jechaliśmy do Puszczy Białowieskiej pierwszy raz, myśleliśmy, że raczej na tym się skończy. Chcieliśmy zobaczyć Puszczę w takiej postaci, w jakiej teraz żyje, zanim ktoś, coś zrobi jej krzywdę. To była trochę decyzja polityczna wobec absurdalnych i złych rządów ministra Jana Szyszki. Teraz? Teraz trudno nie zameldować się w lasach Wschodu choćby raz na pół roku.

img_2682

img_2652

Samochód oczywiście nie odpalił. Nasze klemy i akumulator uklękły przed pięknym człowiekiem o rysach tatarskich, który z animuszem, wzbijając tumany śniegu wbił na podwórko gospodarzy swoim opelkiem. Jednym palcem otwarł maskę, podpiął klemy trzy razy większe od naszych, drugim palcem wprawił w dziki szał silnik opelka i wystartował naszą kolubrynę orzekając krótko – “Świece”. Bo w Teremiskach, proszę Państwa znajduje się legendarny warsztat samochodowy popod lasem, w Dąbrowie. A było to w Święto Trzech Króli, Wigilię prawosławną więc postawiliśmy panom na schwał piwo i żegnani sugestią – “Nie odpala? To zmienić samochód!”, wyruszyliśmy do domu.

img_2664

Ps. Piątego stycznia przeżyliśmy raz jeszcze gorączkę przedświąteczną. Ludzie umawiali się na Wigilie, kto zrobił pierogi, a kto jeszcze szybko w nocy będzie lepił. W sklepach amok, na dachach samochodów choinki, na cmentarzach ruch, w cerkwiach porządki, knajpy pozamykane na trzy świąteczne dni. Wiecie, jak to fajnie ustawia perspektywę?

To pisaliśmy my: Maria & Tomasz Bookowscy

img_2678

img_2683

A tu garść wcześniejszych tekstów o Puszczy:

Wywiad z Tomkiem Samojlikiem z IBS PAN

https://bookowscy.wordpress.com/2016/08/17/tomasz-samojlik-mam-dyplom-z-brzydkiego-rysunku/

Nasza pierwsza pocztówka z Puszczy:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/03/11/pocztowka-z-puszczy/

Piotr Nesterowicz o Starowiercach:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/07/09/podroze-w-nieznane-kraje/

Tekst o “Wilkach” Wajraka:

https://bookowscy.wordpress.com/2015/11/22/wilki/

 

W drodze

Dostał za tę książkę “Gdynię”. Przeczytałam ją w całości dopiero tam, na Wschodzie, w tej części Polski trochę bardziej zarośniętej, wśród drewnianych domów tonących w kwitnących o tej porze roku “marcinkach”. Michał Książek podróżował wzdłuż drogi zwanej Nadbużanką – leżącą po lewej stronie Bugu i łączącej Terespol z Zosinem. Michał podróżował piechotą zawierając znajomość z tamtejszą ziemią, ludźmi, sobą samym i przyrodą. Kto zetknął się wcześniej z prozą tego wariata ten wie, że jest ona pełna poezji, że jest hipnotyzująca. To nie reportaż, to notatki z drogi. Z języka, kiedy z Michałem mijamy wsie o nazwach, które coś chcą nam powiedzieć: Dołhobrody, Matcze, Hanna, Zbereże, Sobibór; z ludzi, których nie ma – unitów, prawosławnych; z cerkwi, z kościoła i mszy w sklepie spożywczym. Opowieść o dzięciole czarnym i orliku krzykliwym, brzęczce, kraskach i żołnach, o niespodziewanych drzewach czereśniowych w środku lasu i rumianku pospolitym przy drodze.

Człowiek podróżujący piechotą jest zawsze podejrzany – nie ma pracy? Włóczy się? Może kradnie? I na cholerę łazi tak blisko granic, których bez wizy/paszportu się nie przekracza? Z drugiej strony budzi instynkt opiekuńczy – może rowerem chociaż? Spać gdzieś musi – najlepiej “u ludzi”, na taniej kwaterze, gdzie ktoś czeka z herbatą albo nie.
Gdy będziecie się kiedyś włóczyć po Wschodzie, może natkniecie się na brodacza z plecakiem nocującego w paśniku, przechodzącego przez wieś albo liczącego dzięcioły – to będzie Michał – spotkanie z nim zapamiętuje się na długo. Niewielu pisarzy jest nimi tak po prostu, tak jakoś zwyczajnie.

Warto w księgarni zajrzeć najpierw do książki i spotkać się ze stylem Michała Książka. Dla tych opowieści trzeba mieć chwilę spokoju i poczuć wiatr z Jakucka (brrr) czy znad drogi numer 816. Nie każdemu starczy cierpliwości, ale to chyba właśnie jest sednem. To są książki niespieszne. Skupione na tu i teraz, łące obok, locie jaskółki, na zmianach limes i pór roku. I smaku słów.

Michał Książek napisał “Jakuck” (wydany w Czarnym), tomik poezji “Nauka o ptakach” (wyd. Fundacja Sąsiedzi i nagroda Silesius za debiut) i w tym roku właśnie “Drogę 816” (też Fundacja Sąsiedzi)
My bardzo lubimy, a Wy sprawdźcie. Dobrej drogi!

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi. Iza Klementowska

Ciril Pedrosa rysując album “Portugalia”, w którym opisuje historię chłopaka poszukującego swoich korzeni, użył zmiennej kolorystyki. Akcja powieści graficznej dzieje się we Francji i w Portugalii. Gdy przemieszczamy się do Portugalii rysunki zyskują ciepłe barwy, dominują odcienie żółci i pomarańczu. Bohatera otacza język, z którego nie rozumie ani słowa. Nurza się w tej słonecznej rzeczywistości i zanim zacznie poszukiwać swojej historii, po prostu jest.  Słucha języka jak muzyki i po prostu jest. O takich samych początkach swojej portugalskiej podróży opowiedziała nam Iza Klementowska. Dlatego również fotograficznie przeniesiemy się na ciepłe i kawowo-winne ulice Lizbony, a może i Mozambiku… Za nami drugie spotkanie z cyklu Reporterzy z Winiarni. Poniżej tekst-impresja Izy Klementowskiej – autorki “Samotności Portugalczyka”, “Minut” oraz “Szkieletu białego słonia” –  i dialogi niezrównanej publiczności. Cykl zakończymy ósmego września spotkaniem z Mikołajem Golachowskim ( jego książki TUTAJ). Ciepło nie będzie. Będzie o Antarktyce. Zapraszamy! Z serdecznym ahoj! Winiarnia pod Czarnym Kotem & Bookowscy

Za spotkaniowe portugalskie kadry dziękujemy Pawłowi Piekarskiemu!

_H2B0636

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi – Miejsce Spotkań. Iza Klementowska

Bufetowy Marcin zaczął od pytania: – Napijesz się wina? Jeszcze dwie minuty wcześniej szłam po zadziwiająco pustej ulicy i od tego nie-dziania się z każdym krokiem robiło mi się coraz bardziej sennie. Przez prawie pięćset metrów nie spotkałam ani jednego człowieka, z bocznej ulicy wyjechał samochód i szybko zniknął pozostawiając mnie jedynie z szumem drzew i odgłosem stąpania własnych, cichych przecież ze swej natury, tenisówek. Próg Winiarni pod Czarnym Kotem zmienił wszystko. Jakby ktoś przewrócił niezapisaną kartkę na drugą stronę pełną liter. W środku bowiem mrowie ludzi, oczy nagle przestały rozumieć, na kogo mają patrzeć, więc wzrok latał od stolika do stolika, zaczepiając po drodze o półkę z książkami zawieszoną na ciemnoszarej ścianie środkowego pomieszczenia i rzędy pustych krzeseł oczekujących na czytelników. Maria  przechwyciła mnie w odpowiednim momencie – zanim mózg zdążył opanować lęk przed dużą liczbą osób i nieśmiałość znowu dałaby o sobie znać. Skupiłam się na niej. A zaraz po niej na Bufetowym Marcinie i jego powitalnym pytaniu, które później okazało się bardzo powtarzalne, co akurat w miejscu takim jak Winiarnia nie powinno chyba dziwić. I pytań zaczęło być coraz więcej. Punkt 20:00 środkowa sala, do tej pory pusta jak dziurawa szalupa, do której nikt nie chce wejść, nagle wypełniła się. Wzięta w dwa ognie przez Marię i Bufetowego, pod obstrzałem kilkudziesięciu par oczu naprzeciwko, oddaliłam się najpierw do Lizbony, później do Maputo, a potem skakałam z jednego kontynentu na drugi próbując sama przed sobą zrozumieć, jakie licho zaniosło mnie w tamte okolice, że teraz o wszystkim odważam się opowiadać. Do uszu docierał szum rozmów i muzyki z przyległych sal, czasem ryk motocyklowego silnika przejeżdżającego przez ulicę przylegającą do patio Winiarni, ale mój mózg skupiony był na kolejnych obrazach wywołanych przez pytania Marii. O Antonio de Oliveirę Salazara – widziałam go nad talerzem pełnym uwielbianego przez niego drobiu, by za chwilę ujrzeć puste talerze więźniów jego dyktatury. O trzy Marie oskarżone za napisanie obrazoburczej książki – widziałam stosy egzemplarzy „Nowych Listów Portugalskich” wyrzuconych przez cenzurę na śmietnik. O mozambijskich Portugalczyków – widziałam Anę Abrantes, która ścina liście bananowca, żeby móc zobaczyć, kto wprowadził się do byłego domu przyjaciółki, która musiała opuścić Afrykę. O Mia Couto – widziałam go z oczami pełnymi łez, stojącego na stadionie z tysiącem innych, czekających aż portugalską flagę na maszcie zastąpi w końcu flaga niepodległego Mozambiku. O segregację rasową – widziałam ulicę Caldasa Xaviera, która jeszcze pięćdziesiąt lat temu oddzielała dzielnicę zamieszkiwaną przez białych od tej dla czarnych, a teraz jest miejscem swobodnych spotkań wszystkich nacji, jakie zamieszkują Maputo. I pomyślałam sobie, że Winiarnia pod Czarnym Kotem też jest takim miejscem, w którym historie z odległych stron świata spotykają się i mieszają z opowieściami z sąsiedniej ulicy. Przetrwa, dopóki ludzie będą chcieli ich słuchać, a Bufetowemu Marcinowi nigdy nie zabraknie ochoty, by pytać: – Napijesz się wina?

A CO NAM ZOSTAŁO? Rozmowy przy winie. Dzień drugi

Czego się napijesz? Piwo… Lane? Belgijskie?… Lech z sokiem… Nie ma! Belgijskie “Lev” Jest!…Nie idź w lewo… Idę w lewo…Lato się kończy a vinho verde znowu nie ma…A co nam zostało?…Czy na pewno jest tak źle, tak smutno?… Co czułaś będąc w Lizbonie?… Radość, słońce, wolność!… A saudade?…Ono unosi się tam w powietrzu…A w Polsce, co czujesz?… Czuję bezgraniczną tęsknotę za Lizboną!…Przywieź mi proszę sukienkę i sandały! Które? Te ślubne!…A Bufetowy wina portugalskie za wysoko postawił i teraz człowiek normalnie sięgnąć nie może! Małe ludzie też chcą wydać tu pieniądze!… Nudzisz się?… Nieee…Ale kupisz mi jakąś przegryzkę? …Zabierzesz mnie do Lizbony?…Ale ja już byłem w Lizbonie, ale tak, zabiorę cię!…Dlaczego mamy ten smutek wspólny?…Wiem czego nie chcę, ale nie wiem czego chcę, ot co… Hm, to głębokie, co powiedziałaś… Wiem, że nie chcę oliwek, ale chcę makaron z kurkami!… Ciekawe, na ile obcokrajowcy odbierają Portugalię tak melancholijnie, a na ile Portugalczycy tak sami siebie odbierają?…Portugalskie wino kiepsko w Winiarni reprezentowane…Pora to zmienić!…A gdzie porto???… Nie ma, nie słyszałaś? Salazar nie lubił!… Pamiętasz, jak byliśmy w knajpie gdzieś wewnątrz Portugalii? W małym miasteczku, przy rynku. Taka dla lokalsów…. Mhm…Była tam starsza pani, która zaciągnęła Gosię na zaplecze do swoich wnuków… Acha!…Było w niej tyle ciepła i w ogóle…Portugalia… Myślałam, że po spotkaniu już nic mnie w niej nie zaciekawi. Że zostanie mi opowiedziane zbyt wiele. A okazało się, że chcę wiedzieć coraz więcej i oszczędzać jeszcze mocniej na bilet do Lizbony i jeszcze dalej w Portugalię!… Napijesz się wina? Białe? Czerwone?…

 

_H2B0503

_H2B0590

_H2B0579

Untitled-3

Untitled-1

_H2B0580

_H2B0585

_H2B0599

_H2B0596