Category Archives: mikroopowieści

Reporterzy z Winiarni. Odcinek pierwszy. Katarzyna Boni

Latem lepiej pracuje się przy lampce wina i z widokiem na przechodniów. Do tego kawa, tarta z truskawkami i kawałeczek zieleni za oknem. Wymyślił tę naszą współpracę szalony Marcin Piotr “Bufetowy” Kubiak znany albo kryjący się pod nazwą Winiarnia pod Czarnym Kotem. A że ja dla bułeczek tymiankowych Doroty “Bufetowej” zrobiłabym wiele, no to zrobiłam. Cykl spotkań zatytułowaliśmy “Reporterzy z Winiarni”. Sednem sprawy jest tu rozmowa o miejscach, ludziach, smakach i zapachach. Zaproszenie do Winiarni przyjęli: Katarzyna Boni, Iza Klementowska i Mikołaj Golachowski. Spotykamy się co dwa tygodnie z kolejną autorką/autorem. I do tego trochę piszemy. Bo małym a sympatycznym owocem spotkań są mikro-opwieści naszych gości o Winiarni oraz dialogi, które dopisuje Publiczność. Piszę Publiczność, bo to Publiczność wspaniała. Dwadzieścia osiem osób dopisało kolejne linijki “Rozmów przy winie”. Mamy takie przeczucie, że na kolejnym spotkaniu odważą się już wszyscy.

Kolejność spotkań:

11 sierpnia 2016, godz. 20:00 / Katarzyna Boni (o jej książce pisaliśmy TU)

25 sierpnia 2016, godz. 20:00 / Iza Klementowska

08 września 2016, godz. 20:00 / Mikołaj Golachowski

Tymczasem poniżej pierwszy rozdział opowieści, który powstał w Winiarni pod Czarnym Kotem jedenastego sierpnia tego roku.

Reporterzy z Winiarni. Odcinek pierwszy. Katarzyna Boni

Zaplanowałam to sobie tak: wejdę do środka Winiarni – miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziałam – spojrzę na ściany, popatrzę na ludzi, posłucham rozmów, zapamiętam zapachy. A potem to wszystko opiszę. Krótki reportaż o zmysłach – czyli o tym, co najbardziej subiektywne.

Chciałam napisać o intensywnie szarym kolorze ścian. I o tych wzorzystych kaflach na łazienkowej podłodze (bo skojarzyły mi się z rozgrzanym powietrzem Hiszpanii, ostrym zapachem oliwy i słońcem, które rozleniwia i zachęca do drzemki na ocienionym tarasie). O smaku wina też chciałam napisać. O gwarze rozmów. I o późnym sierpniowym wieczorze, który – choć zimny jak na lato – to dla mnie był tak gorący, że nawet zapomniałam, że wzięłam ze sobą sweter.

Ale tak naprawdę zupełnie, co innego przyciągnęło moją uwagę. Chociażby ta butelka wina ze złoto-niebieską etykietką. I rozgrzana żeliwna patelnia z  usmażonymi kawałkami hiszpańskiej kiełbasy. Uśmiech (a właściwie dołeczki) mężczyzny, kiedy mówił o stópkach Maryi w Licheniu (tamtego dnia zatrzymałam się w sanktuarium w drodze do Poznania, czasu starczyło tylko na obiad w domu pielgrzyma, stópek już nie widziałam). Głos kobiety z długimi i jasnymi włosami – o kilka tonów wyższy od głosów otaczających ją dziewczyn. Powoli zapadający zmrok i ludzie, którzy przesuwają krzesełka na chodnik, na ulicę prawie, byleby jeszcze chwilę korzystać z końca lata. I to, jak znika światło a ci, którzy siedzą na poduchach na parapecie, zamieniają się na tle okna w cienie.

W dłoni czułam chłodny kieliszek, przed sobą widziałam twarze, które nawzajem się zasłaniają (migało tylko pojedyncze oko, czyjeś usta, koszula w kratę, srebrna bransoletka i ręce poprawiające włosy). A przecież jednocześnie wracałam pamięcią do zimnego Pacyfiku, do pustych miast, w których knajpy zarastają pajęczynami, do dźwięków Theloniusa Monka, granego w „Cafe de monk”, do smaku ryby sajry szykowanej przez babcię Abe i do silnego akcentu z północy Japonii. W mojej głowie spotykały się dwie rzeczywistości. W tej pierwszej próbowałam opowiedzieć tę drugą.

Co jeszcze pamiętam? Zaskoczenie – że to już! Bo nie pamiętam, kiedy na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno. I jeszcze spojrzenie tego psa, który wzrokiem próbował wyżebrać tymiankową bułeczkę.

A smaku wina nie pamiętam. Ale musiało być dobre, skoro butelka z niebiesko-złotą etykietą wróciła do mnie do domu.

JAKIE WINO? DUŻO I MOKRE Rozmowy przy winie. Dzień pierwszy. 

Jesteśmy tu kolejny czwartek z rzędu i za każdym razem pełno ludzi. W sumie, wcale mnie to nie dziwi…Jesteś moim największym rozczarowaniem…Strach to taki kot, którego możemy oswoić, wtedy zacznie mruczeć, jednak kot jak kot, może ugryźć lub podrapać… O czym tu rozmawiałam? No… Nie rozmawiałam, bo dziś przyszłam, tu pierwszy raz… Ale! Na pewno wrócę i pogadam. Słyszałam, że tu miło i mnóstwo miłych ludzi. No i prawda! … Chyba wezmę dwie porcje pierogów i wodę dla psa… Czy kufelek z którego pijesz piwo ma znaczenie? A może rzecz dotyczy tylko wina? Myślę, że ważne jest też kto nalewa. I z kim pijesz. Ja chyba wolę narzekać przy winie… “Tu się wszystko zaczęło”. Magda i Mateusz?!… O Zygmuncie Miłoszewskim i jego miłej aparycji… Jezioro było dziś kurewsko zimne… Słuchaj, nie jest ważne czy nastąpi koniec świata, ważne czy będzie gdzie usiąść…  Gyokuro wypite w czarce od Seigan Yamane na plaży przy zachodzie słońca to moja wizja Japonii. Czy herbatą pachnie Japonia?… Historie z życia wzięte… Nie widziałyśmy się chyba od pięciu lat… Ciemno już, muszę uciekać. … Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Słucham, ale nie słyszę… Zawsze będziesz dla mnie ważna, nie ma to znaczenia, że jestem Twoją przełożoną… Jezu znowu tłum… A pamiętasz – kiedyś zamówiło się pizzę na telefon i było kameralnie. No – a teraz!? Z czego ci ludzie się tak cieszą? … Ale czy naprawdę trzeba rozmawiać z jedną osobą o wszystkim? Chyba najlepiej móc rozmawiać z tysiącem różnych osób…  Jakie wino? Mokre i dużo…  Jeżeli warsztaty umierania, to jedno zdanie mi przychodzi go głowy: “śni mi się, że umieram”. Bardzo często…  Jestem jak kręgi na wodzie…  No właśnie – dlaczego nie czujemy, nie szanujemy często życia? Czy dlatego, że nie żyjemy w ciągłym zagrożeniu? Bo nie trzęsie się ziemia? Nie ma wulkanów? Jak dobrze być tutaj z wami, jem, zerwałam się z łańcucha… Coraz więcej kultury w winiarni… Czy to nie dzisiaj spadają perseidy? Takie tu wino, że ja tu powieść machnę!… Wino domowe będzie, ale muszę je schłodzić… Może być ciepłe! … No bo jest ciemno i zimno i nie chce stać w ciemnie i zimnie, i czekać, gdy ciemno i zimno…  To takie miejsce, gdzie zapach wina wypełnia myśli miejskiego wędrowca. Czarny kot mruga czule do naszej codzienności, tu i teraz…  Musimy już stąd iść, bo on tu jest. Ale przyszłyśmy tu, bo on tu jest. No wiem, ale musimy już stąd iść…

5

11

9

Autorem fotografii jest Paweł Piekarski!

Tomasz Samojlik – postanowiłem być komiksiarzem, gdy miałem sześć lat

IMG_0806Tomka Samojlika odwiedziliśmy w lutym 2016 roku w jego pracowni w Instytucie Biologii Ssaków w Białowieży. Podczas naszej pierwszej mikro-ekspedycji do Puszczy Białowieskiej. Tomek zgodził się z nami pogadać, usiedliśmy przy instytutowej herbacie, przez okno zerkając na park. Najbardziej chcieliśmy rozmawiać o historii Puszczy. Wyszło też o komiksach, a w końcu gdzieś to wszystko pięknie się połączyło.

(Bookowscy):  Jak do tego doszło, że połączyłeś dwie tak różne profesje – przyrodnika i rysownika, scenarzysty komiksów. Jak to się stało, nie masz wykształcenia artystycznego?

(Tomasz Samojlik): Nie, kompletnie nie, wręcz mam dyplom z brzydkiego rysunku (śmiech). Zajmuję się historią przyrody, czyli jestem interdyscyplinarny. To ciekawe dlatego, że mam szerszą perspektywę i staram się łączyć nauki historyczne z przyrodoznawstwem, biologią, zoologią, a też nie specjalizuję się w żadnej z tych dziedzin, co oznacza konieczność (i przyjemność) współpracy z wieloma wybitnymi ekspertami.  Moja podstawowa praca wygląda tak – siedzę w Instytucie Biologii Ssaków jako adiunkt, piszę prace naukowe, staram się pozyskiwać granty – ich głównym tematem jest historia Puszczy Białowieskiej. Interesuje mnie to, w jaki sposób Puszcza zmieniała się sto, tysiąc, dwa tysiące lat temu, zwłaszcza z uwzględnieniem roli człowieka w tych przemianach. To jest najciekawsze, najbardziej interesujące, bo paradoksalnie człowiek był tu nie tylko siłą destrukcyjną. Obecny stan Puszczy jest wypadkową procesów naturalnych i tysięcy lat bytności człowieka na tym terenie.  I tym właśnie zajmuję się za dnia. A wieczorami rysuję komiksy i piszę książki dla dzieci. Pewnie słyszeliście już setki razy, że postanowiłem być komiksiarzem gdy miałem sześć lat. Oznajmiłem to rodzicom – najpierw myśleli, że żartuję, ale ja rysowałem cały czas jakieś historyjki. Potem, jak już byłem trochę starszy, w liceum, okazało się, że nie bardzo da się mieć taki zawód – komiksiarz, więc mimo, że cały czas  rysowałem, postanowiłem, że jednak znajdę sobie inną ścieżkę kariery. Bezskutecznie zdawałem na prawo, a dostałem się  w Lublinie na europeistykę na UMCS.  To był pierwszy rok interdyscyplinarnych studiów międzywydziałowych. Nie było jeszcze nawet tytułu magistra europeistyki, w związku z tym magisterkę robiłem z historii i europeistyki. Do Instytutu przyszedłem jako administrator projektów unijnych. Jeszcze tego samego roku zacząłem zajmować się nauką. Bardzo szybko okazało się, że jest pole do popisu w dziedzinie historii przyrodniczej Puszczy… i tak to się toczy do dzisiaj – weryfikuję legendy i staram się odtworzyć prawdziwy obraz historii Puszczy Białowieskiej. Za dnia historia przyrodnicza, nocami komiksy.

(B) Opowiesz o swoim debiucie?
(TS) Miałem trzynaście lat, kiedy zadebiutowałem w “Kurierze Podlaskim” – opublikowali tam moje pierwsze paski komiksowe i zapłacili. Bardzo długo nie wierzyłem, że to się dzieje (śmiech). Nie potrafiłem kompletnie rysować, bardzo się tego wstydziłem, więc wymyśliłem takich bohaterów, których nie trzeba rysować jakoś tam szczególnie – balony, które dogadywały sobie w różnych sytuacjach. Potem miałem pomysły na serie, albumy i zawsze kończyło się na trzeciej, szóstej stronie, nie miałem przekonania do tego, co robię. Na studiach rysowałem do pisemek Szczepana Sadurskiego z dowcipami i to mi się całkiem podobało, bo też były z tego pieniądze, za które można było pójść do kina, ale wielkiej kariery w tym nie upatrywałem. Jednocześnie robiłem ilustracje do różnych pism studenckich, nawet zacząłem rysować komiks “Akademik przy cmentarzu” – dziś widzę, że Hotel Transylwania skradł mi pomysły (śmiech). Potem, na studiach, zrobiłem jeszcze parodię Wiedźmina – “Wiedźmun – Dwie Wieże Funduszu Emerytalnego”. Byłem zafascynowany twórczością Sapkowskiego i postacią wiedźmina, co widać w tej parodii. To była fajna robota, zrobiłem ją w czasie wakacji, miałem mnóstwo uciechy. Okazało się, że „Wiedźmuna” chce wydać magazyn “Science Fiction”. Najpierw puścili w kilku odcinkach w piśmie, potem zebrali w albumie i to był mój debiut, który się ukazał, jak już zacząłem pracę naukową. To bardzo miłe, ale było trochę za późno, żeby się skupić na tym bardziej. Zaangażowałem się w robienie doktoratu i w tym okresie rysowałem w zasadzie tylko do szuflady. I, rety, musiało minąć ile lat? W międzyczasie na świecie pojawiły się moje dzieci, wpadłem na pomysł, żeby pisać książki dla dzieci, zrobiłem serię „Żubr Pompik”… A potem dopiero komiksy. Kropka.

(B): Strasznie mnie ostatnio ubawiła świadomość, że „Norka zagłady” to historia z dreszczykiem, której bohaterką jest przedstawicielka gatunku inwazyjnego. Siedzą ludzie na targach książki w Warszawie, na stadionie i słuchają bajki o gatunku inwazyjnym. Twoje książki w ogóle mają silny “walor edukacyjny” (tfu, tfu). Uwielbiam „Bartnika Ignata”, którego często polecam opowiadając historię o facecie, który wymyślił jedną z najpiękniejszych polskich kolęd, no i napisał „Laurę i Filona”. Mowa oczywiście o Franciszku Karpińskim.

(TS): Cała historia Karpińskiego z „Bartnika Ignata” jest oparta na źródłach – starałem się, żeby ta akurat postać  była jak najbliższa prawdy i zachowywała się tak, jak być może sam Karpiński się zachowywał. Czytałem jego pamiętniki, odnotowałem, że Karpiński kilka razy przeżył fatalne okresy załamania. Na przykład kiedy wojska rosyjskie zniszczyły mu domostwo. Te wydarzenia powracają echem w komiksie, oczywiście przefiltrowane i przetworzone. Mam nadzieję, że trochę ducha tego prawdziwego Karpińskiego udało się w “Bartniku…” oddać. Zresztą jego wnuczka też jest postacią troszeczkę autentyczną. Wiadomo, że była, absolutnie nie wiadomo czy przebywała u niego, ale jest to jak najbardziej prawdopodobne, bo została osierocona.

(B) Czy historia o Białym Bartniku, który ocalił Puszczę przed wycinką z rąk i pił carskich podwładnych – jest prawdziwa?

(TS) (śmiech) Nie, nie. A ciekawe, bo dużo osób o to pyta. Zresztą na początku miał być Czarnym Bartnikiem. Ale historie często wyglądają zupełnie inaczej w pierwszym szkicu, niż na koniec, i tak Czarny stał się Białym. Szukałem w puszczańskich źródłach pasującej do mojego pomysłu legendy, ale nie znalazłem. A przecież Biały Bartnik, biały czarodziej, Gandalf, Biała Wieża – aż się prosiło, żeby taką legendę wymyślić i dziwię się, że nikt przede mną jej nie stworzył (śmiech).

(B) W ostatnim czasie zrobił się swoisty boom na książki przyrodnicze. Jest książka Anny Kamińskiej o Simonie Kossak – cieszy się ogromną popularnością i troszkę kieruje myśli czytających ku Białowieży. Pojawiły się też “Wilki” Adama Wajraka wywołując huragan zainteresowania tymi ssakami. Jest Twój wielkogabarytowy album dla dzieci „O rety, przyroda!”, pokazują się kolejne przygody Pompika.  Dziś w dyskusjach około-politycznych czytelnicy tych książek krzyczą zgodnie – „ocalajmy Puszczę!”. I to miejsce w którym jesteśmy – ciche, dalekie nagle jest jakimś epicentrum. Jak się z tym czujesz? I co z tym zrobisz?

(TS) Jestem spokojny. Jako historyk przyrodniczy, prowadzący już parę lat tutaj badania i starający się odtworzyć dzieje Puszczy Białowieskiej, widzę w jej historii przynajmniej kilka momentów, kiedy było dużo szumu wokół Puszczy. Wydawało się, że wszystko zmierza ku najgorszemu, czy to królowie, czy wojny, carowie, niemiecki okupant – każdy miał jakiś plan związany z Puszczą, który generalnie sprowadzał się do tego, że trzeba ją wyciąć, zamienić na dukaty, talary, marki i inną walutę. I zawsze Puszcza wychodziła z tych tarapatów obronną ręką – czy raczej obronnym konarem. Odmieniało się spojrzenie, kończyła wojna, ktoś szedł po rozum do głowy. Ufam, że Puszcza jest po prostu zbyt mocna, zbyt duża, zbyt różnorodna, zbyt silna jako prastary kompleks leśny (prastary – pewnie nie pierwotny, bo na ziemi nie ma już niczego pierwotnego, nietkniętego ręką ludzką). Z punktu widzenia historyka – ta burza wokół Puszczy może na krótki czas zakłócić jej funkcjonowanie. Puszcza może doznać uszczerbku, nie raz już tak bywało, ale jestem spokojny, bo w dłuższej perspektywie rozsądek zwycięży. I sama Puszcza też zwycięży.

IMG_1340

(B) A czy nie kusi cię napisanie mrocznej opowieści o złowieszczym korniku drukarzu? Sprawcy obecnej „afery świerkowej”?

(TS) Kornik się pojawi, spokojnie.

(B) Wracając na moment do „Bartnika Ignata…” – został wydany na Białorusi. Byłeś na spotkaniu promującym – jak wyglądał odbiór i komiksu, i tematyki u naszych sąsiadów? Czytają? Są ciekawi?

 (TS) Jeżeli mam sądzić po tym moim spotkaniu, to są bardzo zainteresowani, bo w niewielkim lokalu w galerii w Mińsku na premierze było około stu osób. Wywiązała się ciekawa rozmowa. Był obecny pewien twórca – okazało się, że jedyny zajmujący się na Białorusi tworzeniem oryginalnych białoruskich komiksów. Zrobił jeden i stwierdził, że to nie ma sensu, bo tam i tak sprzeda się tylko Myszka Miki i Avengersi.  “Bartnik…” jest próbą wydania po wielu latach czegoś po białorusku. Co prawda nie jest to zrobione na Białorusi i przez Białorusina, ale dotyczy naszych wspólnych spraw. Bo Puszcza jest wspólna. Więc odbiór był bardzo pozytywny. W sprawę zaangażował się Instytut Kultury Polskiej w Mińsku. Zresztą pracownica tego Instytutu, pani Olga Gud była tłumaczką komiksu.

(B) Wspominałeś, że chciałbyś zająć się grami? 

 (TS) Też w kontekście „Żubra Pompika” – macie go w swojej księgarni?

(B) Mamy resztki starego nakładu, ale dotarło już do nas nowe wydanie – to przygotowane przez znane nam poznańskie wydawnictwo…

(TS) Tak, Media Rodzina. Bardzo się z tego cieszę. Do końca roku ma ukazać się cała seria czterech książek i w przygotowaniu jest piąta. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie gotowa. “Pompik” to jest moja pierwsza wycieczka w kierunku zrobienia czegoś edukacyjnego – nienachalnie, z wykorzystaniem moich doświadczeń białowieskich, dla młodszego odbiorcy. “Pompiki” pisałem, gdy urodziła się moja córka Jagna i potem kontynuowałem, gdy na świecie pojawił się Tymek. Dawało mi to naprawdę dużo frajdy, dlatego, że wręcz żywcem mogłem przenosić to, co słyszałem od kolegów w Instytucie – od współpracowników, profesorstwa – na karty tej książki.
Poznajemy w niej rodzinę żubrzą z Pompikiem na czele.  Pompik jest odpowiednikiem ludzkiego wcześniaka. Urodził się jako jesienny wcześniak i dlatego jest mniejszy od innych żubrów. Po prostu nie zmężniał na tyle, żeby samodzielnie przeżyć swoją pierwszą zimę w lesie. To jest pretekst, żeby pokazać go jako takiego niezbyt sprawnego, troszkę ślamazarnego i powolnego myśliciela leśnego. Zastanawia się nad wszystkim, ma dużo pytań, bardzo go ciekawi las, podczas gdy jego rówieśnicy skupiają się na tym, co najbardziej interesuje prawdziwe żubry – na żerowaniu. Przez te cztery tomy, czyli 48 opowiadań, Pompik poznaje nie tylko zwyczaje żubrów, ale cały cykl życia lasu w ciągu roku, interakcje między różnymi zwierzętami i ich specyficzne cechy.

W tej chwili powstaje serial animowany o Pompiku. Produkuje go Warszawskie Studio EGoFILM. W pierwszej serii będzie 13 odcinków, scenariusze napisałem ja z udziałem producentki serialu, Eweliny Gordziejuk.

„Pompiki” jako książka są adresowane do szerokiego kręgu odbiorców. Czterolatek może słuchać, jak mama mu to czyta i dopytywać się o trudniejsze rzeczy, ale też ufam, że siedmio- i ośmiolatki nie odrzucą tego sposobu narracji. Tak samo staramy się robić z serialem – będzie zrozumiały na różnych poziomach percepcji. Historie z książek nieco przerobimy, uśmiesznimy, pojawi się więcej gagów, a jednocześnie w tle przemycimy różne ważne rzeczy. Za Pompikiem, który czemuś się przygląda przemykają inne zwierzęta, które zajmują się swoimi sprawami. Jednocześnie będzie tam cała warstwa żartów, o którą się postarałem dla rodziców, zmuszanych do oglądania “Pompika” – między innymi dużo interakcji między rodzicami Pompika, które są de facto sytuacjami dziejącymi się między małżonkami, w rodzinie.
Z “Pompikiem” wiąże się to, co mówiłem o grach – bardzo byśmy chcieli ze studiem, z producentką serialu, żeby pojawiły się aplikacje przede wszystkim na tablety i smartfony. Prościutkie, jeżeli chodzi o mechanikę, gry. Mam wizję, jak by to miało wyglądać, ale pewnie producent gry mi uświadomi, że nie mamy miliona dolarów na produkcję (śmiech). Chciałbym po prostu, żeby treści, które są w książkach i serialu były dostępne na zasadzie mini-gierek rozgrywających się w różnych środowiskach leśnych i różnych porach roku. Bardzo zależy mi też na tym, żeby było tam sporo elementów edukujących, co zrobić jak się spotka prawdziwego żubra, co jest bardzo prawdopodobne na Podlasiu. Nie biec i nie tulić się do niego! Musimy delikatnie dać do zrozumienia, że to jest naprawdę dziki zwierz, jeden z nielicznych przedstawicieli dużych ssaków w Europie, których nie udało się udomowić i ugłaskać. Nawet jeśli nam się wydaje, że to jest taki duży „pluszak”, to absolutnie nie można przekraczać granicy bezpieczeństwa, za którą żubry mogą po prostu zaatakować.

(B) Gdy jechaliśmy do Czerlonki (miejscowość pomiędzy Hajnówką a Białowieżą, już na terenie Puszczy) cały czas się bałam, że wyjdzie nam na drogę taki wielkolud i nie mam pojęcia co bym wtedy zrobiła…

(TS) Najlepiej nie sprawiać wrażenia, że zagraża się żubrowi. Jeśli stoi na drodze, po prostu zatrzymać się w sporej odległości, popodziwiać i poczekać aż pójdzie w swoją stronę. One nie są z natury złośliwe, nie będą stały na tej drodze trzy godziny tylko po to, żeby Was nie przepuścić (śmiech). Jeśli będziecie do niego podchodzić żeby zrobić mu zdjęcie czy nagrać odgłos chruczenia, no to może być po prostu… nieprzyjemnie. To są dzikie, nieprzewidywalne zwierzęta. Zwyczajnie – jeśli przekroczymy dystans, który uznają za bezpieczny (według badań jest to około 50 metrów) i będziemy go naruszać dłuższy czas – mogą zareagować. Ale zwykle jest tak, że żubry trzymają się z dala. Wyjątkiem mogą być stare samce, które mogą mieć problem ze zdobyciem pożywienia, czy po prostu być chore. Wtedy podchodzą do zabudowań, do ludzi, do samochodów. Czasem widzę gdzieś w internecie filmiki, jak ktoś karmi żubra, ale to budzi mój wewnętrzny sprzeciw. To jest dziki, ogromny zwierz. Zobaczcie sami (oglądamy z Tomkiem szkielet stojący w holu Instytutu – B.) – on ma w kłębie dwa metry wzrostu, jest olbrzymi. A tu puszka mózgowa – dość jednak mała (śmiech) – nigdy nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy!

 (B) Mówiłeś, że Pompik jest wzorowany na tym, co Ci opowiadali profesorowie i pracownicy Instytutu – zdarzył im się taki żubr? Taki wcześniak?

(TS) Tak, to się zdarza. Niektóre samice późno zachodzą w ciążę i te młode żubry późno przychodzą na świat. Z tego co wiem, w naturze zwykle nie przeżywają pierwszej zimy, są za słabe. Udaje im się przeżyć, jeśli są w rezerwacie hodowlanym, gdzie ktoś się nimi opiekuje. Natomiast sama wiedza o tym, że jest taki rozstrzał czasu, kiedy żubry mogą przyjść na świat, że powoduje to w ramach jednego pokolenia ogromne dysproporcje – mamy żubry, które zimą są już naprawdę solidne i te malutkie, które są zbyt słabe by zimę przetrwać – myślę, że to było właśnie natchnieniem.

Jak się spojrzy na moich bohaterów, to chyba każdy jest w jakiś sposób pokrzywdzony przez los. Dobrzyk z „Ryjówki przeznaczenia” jest straszną ciamajdą, przedstawicielem najmniejszego gatunku ryjówek – ryjówką malutką. Taki nieudacznik życiowy, który staje się ryjówką przeznaczenia. Pompik jest mały i słaby. Wilk Ambaras przyszedł na świat się bez węchu. Jednoróg – bohater komiksu „Ostatni żubr” – traci mamę i musi sam przeżyć w Puszczy. Wyderka z książki „Nauczę cię pływać moja wyderko” strasznie boi się wody.

IMG_1374

(B) Ostatnio na Kulturze Gniewu widziałam zapowiedź książeczki „To nie jest las dla starych wilków” – jako wielbicielka Cormaca McCarthy’ego (autora książki „To nie jest kraj dla starych ludzi”) ubawiłam się tym tytułem. Skąd się wziął?

(EDIT: Komiks niedawno się ukazał i jest kapitalny dla dzieciaków 8+ oraz dorosłych)

 (TS) To dość stara historia, sprzed kilku lat? Jeden z pierwszych komiksów, które narysowałem. Tuż po „Ostatnim żubrze” odezwał się do mnie Jacek Jastrzębski z „Bicepsa” (Biceps – pismo typu zin – B.) – Tomek, narysuj coś dla nas. Wtedy wymyśliłem krótką historyjkę – tytuł filmu bardzo mi się podobał, chociaż sam film już nie bardzo, nie mój klimat. „To nie jest las dla starych wilków” nie jest parodią McCarthy’ego czy filmu. Jeżeli ktoś się tego spodziewa – zawiedzie się. Zapowiadany teraz przez Kulturę Gniewu „To nie jest las…” to tytuł całego tomu, ale też jednej historii. Po niej następuje siedemnaście następnych – różnej długości. Najkrótsze mają dwie strony. Tylko kilka z nich jest premierowych, większość była już publikowana na przykład w „Echach leśnych”.

(B) Chciałam zapytać cię o to na samym końcu – czemu to wszystko co robisz jest ważne?

(TS) Hm. Dobre pytanie. To też będzie trochę odpowiedź na pytanie DLACZEGO ja to robię. Tak jak wam mówiłem – całe życie chciałem robić komiksy. Rysowałem, miałem mnóstwo pomysłów – jakieś serie o czarodziejach, science-fiction, różne rzeczy. Mam całą szufladę zaczętych i nieskończonych komiksów, serii i książek. Nigdy nie miałem przekonania, że to, co robię, jest istotne. Dochodziłem do wniosku, że to już było i nic nie wnosi, nic nie pokazuje poza moją fantazją, która nie jest jakaś szczególnie wybitna. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że przecież można by za pomocą tych mediów – książki ilustrowanej, komiksu, które ze swojej definicji są bardzo dobrze odbierane przez młodego czytelnika – przekazać coś więcej, niż tylko odzwierciedlenie tego, co mi się roi, przygód, które sobie wymyślę. Ta świadomość pozwoliła mi skończyć pierwszego “Pompika”. To jest wesoła opowieść o zwierzakach, ale pomiędzy wierszami jest tam mnóstwo wiedzy przyrodniczej wziętej ze źródła, z Instytutu Biologii Ssaków. I to zadziałało. “Pompik” się ukazał, potem kolejne trzy tomy i miałem poczucie, że zrobiłem coś pożytecznego. Jaka ta literatura jest – taka jest, jakie te wymyślone przeze mnie przygody są – takie są, ale tam da się znaleźć kawałek wiedzy, która może być punktem wyjścia do wspólnego z dzieckiem poznawania przyrody. Z komiksami było dokładnie tak samo – nie mogłem skończyć żadnego (poza „Wiedźmunem”, oczywiście, ale to jest specyficzny przypadek – wyraz mojej miłości do twórczości ASa), dopóki nie wpadłem na pomysł pokazania czegoś opartego na moich badaniach. Pierwszy był „Ostatni żubr”. W tym komiksie chciałem pokazać kawał bardzo mocnej, tragicznej historii Puszczy Białowieskiej, Polski i żubra, jednocześnie polewając to wszystko sosem mojej fantazji i humoru (specyficznego, jak mi się zdaje).  Mamy tam historię żubra, który przeżył zagładę gatunku – nic takiego nie nastąpiło, a przynajmniej nic o tym nie wiemy, ale czy to jest nieprawdopodobne? Te dwie rzeczy – “Pompik” i “Ostatni żubr” w zasadzie po raz pierwszy mnie samego przekonały, że jestem w stanie siąść i zrobić coś sensownego od A do Z, że warto w to inwestować czas i siły – w przypadku książki o Pompiku pół roku, w przypadku komiksu jest to rok ślęczenia nocami – naprawdę mordęga.
Gdy czytam wywiady z twórcami gier, często mówią oni o okresie „crunchu”, kiedy terminy gonią, rzecz nie jest gotowa, jest mnóstwo błędów i trzeba siedzieć wtedy do upadłego, żeby zdążyć. Podobnie jest z komiksami. Czasu jest zawsze za mało, trochę dlatego, że chcę się na każdym polu udzielać – interesuje mnie strasznie moja działka naukowa bardzo chcę być aktywny literacko, a jednocześnie bardzo chcę być obecny w życiu moich dzieci i nie pokazywać im siebie tylko od strony pleców.

(Bookowscy) Który okres historyczny w puszczy pociąga cię najbardziej? Jako historyka? Może to pytanie w innym miejscu – wcześniej?

(TS) Teraz zajmuję się historią Puszczy w XIX w. i jestem zafascynowany tym, jak bardzo nasza potoczna wiedza o okresie carskim w historii Puszczy odbiega od tego, co tak naprawdę miało miejsce. Istnieją setki tysięcy akt z tego okresu, więc jeszcze długa droga przede mną.

IMG_1330

(B) Chcieliśmy Cię jeszcze prosić  o  krótką refleksję czy i co czytasz swoim dzieciom? Czy dzięki książkom da się wychować ludzi kochających przyrodę i empatycznych?

(TS) Staram się czytać co wieczór, choć coraz częściej moje czytanie przegrywa konkurencję z ich samodzielnym pochłanianiem książek. A co czytam? To trudne pytanie, łatwiej mi będzie powiedzieć, jakie mieliśmy lektury w ostatnich tygodniach: „Klub latających ciotek”, szósty „Pan Kuleczka”, „Hej Jędrek”, ale też „Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine”. Czytamy, śmiejemy się, dyskutujemy.

I tak, jeśli w czymś upatrywać nadziei, że młode pokolenie wyrośnie na ludzi obdarzonych empatią wobec przyrody i siebie nawzajem, to właśnie w książkach. Będących źródłem wiedzy, skłaniających do refleksji, dających pretekst do wspólnych, rodzinnych wypraw, odkryć, a nawet zwyczajnych-niezwyczajnych rozmów.

 

Z Tomaszem Samojlikiem rozmawialiśmy my: Maria Krześlak-Kandziora i Tomek Kandziora czyli Bookowscy 🙂

jesion

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podróże w nieznane krainy

Wioska była najpierw, dzięki protekcji Radziwiłłów (tych samych, których opisuje Sienkiewicz w “Potopie”)  protestancka, a konkretnie – kalwińska, potem żydowska (do 1942 roku) na końcu prawosławna, a teraz? Chodzi o Orlę, miasto na Podlasiu, przez które przejeżdżaliśmy dwukrotnie podróżując do Puszczy Białowieskiej. Jak człowiek niedouczony, jak my, to ma wrażenie, że za chwilę przekroczy granicę, bo napisy w miasteczku są w dwóch językach – po polsku i  bukwami. Bukwy to jaki język? Otóż, to nie takie proste.

Książkę Piotra Nesterowicza “Ostatni obrońcy wiary” odkryłam dzięki spotkaniu z autorem w Poznaniu, w Teatrze Polskim. Odpytywał pisarza Przemysław Czapliński, a odpytywał drobiazgowo. Książkę wydało wydawnictwo Petrus, a więc z zasady katolickie. Takie, po które nie sięgam, sięgam rzadko. A tu niespodzianka. Niestety publikacji już nie można dostać na rynku, wykupiliśmy i sprzedaliśmy w księgarni chyba ostatnie sztuki. Nesterowicza na Podlasie przyciągnęła historia starowierców.  To jest książkowa odpowiedź na pytanie, co to znaczy mozaika kultur i narodów. Od starowierców, których losy śledzi drobiazgowo przez kalwinów, Żydów, Białorusinów, Litwinów po prawosławnych, czasem katolików. Ale to przede wszystkim (może to banał) opowieść o ludziach, którzy nie zastanawiają się nad swoją narodowością dopóki nikt nie każe wpisać jej w jakieś dokumenty. Ludzie z pogranicza są STĄD. I co obcemu do tego w co wierzą, dlaczego i kim się czują? Przywędrowali sami lub ich przodkowie z różnych stron Polski, Litwy, Niemiec, Białorusi, Rusi, czego tam chcecie. Mają swój język, swoje zwyczaje, które wymierają wraz z kolejnymi ludźmi i wioskami.

Nesterowicz w tej książce przypomina mi Andrzeja Dybczaka (“Gugara”) – łazi po krzakach, wyobrażam sobie jak spadają mu okulary z nosa podczas poszukiwania ruin w jakichś chaszczach. Zachodzi do ludzi, rozmawia, stara się zdobyć zaufanie, nie jest nachalny ani ciekawski, próbuje poznać i zrozumieć czym było i jest Podlasie i przyległości. Wędruje po wsiach o nazwach, które zawsze coś mówią, choć nie wszyscy pamietają co. Czeremcha, Pochulanka, Orla, Gabowe Grądy, Kleszczele, Siemianówka czekają i szepczą historie, tak jak ich stare drewniane domy, zapadnięte cmentarze, resztki starowierskich świątyń – molenn. Pisarz wypija wiele herbat, przysiada na wielu ławeczkach, by dowiedzieć się, skąd przybyli starowiercy, czy kultywują swoje tradycje, kim dziś są i kim będą za kilka lat?

Podlasie i Suwalszczyzna to rejony nieustannie powracające w naszych planach wyjazdowych. Niespecjalnie widowiskowe, a niesamowicie wciągające. Wciągają, wołają. Z całym ogromem przyrody, tak cudnej, jak nigdzie i historii ludzi, którzy przeminęli, czasem jeszcze są, ale wiemy, że to już długo nie potrwa. Jakoś ten rejon jest naznaczony przemijaniem. Mityczne, zmitologizowane Pogranicze. I zagrożona takim samym wyginięciem najpiękniejsza Puszcza – Białowieska. Atrakcyjność rejonu w praktyce to też względnie otwarta granica z Białorusią (na terenie Białowieskiego Parku potrzebujemy tylko paszportu, żeby przedostać się do sąsiadów). Może to ona powoduje poczucie, że można więcej, lepiej dla ducha i w otoczeniu tego, co dla nas, Bookowskich, najważniejsze  – nie do końca ujarzmionej przyrody.

U Nesterowicza brzmią stare pieśni, gry towarzyskie i sąsiedzkie bijatyki. W ogóle w obliczu tej książki i wypraw podlaskich – pojęcie sąsiedztwa staje się bardziej wyraziste. Być sąsiadem, to być swoim, a nawet jeżeli obcym (bo inne wyznanie, inne zwyczaje, język), to jednak życie na wspólnej ziemi ma znaczenie. Dopóki ktoś nie przyniesie antagonizmów i nie zasieje niepokoju.

To jest też tak, że jadąc na Podlasie, nie dość, że oddychasz lepszym powietrzem, to w dodatku odzyskujesz właściwą skalę. Pomijając (choć trudno o to, ale jednak spróbujmy) awantury w Białymstoku, niepokój w Hajnówce, to jednak trafiamy na ziemie, gdzie wyznania są cały czas pomieszane, gdzie nie czuje się dominacji którejkolwiek wiary. Gdzie oczy przyzwyczajone do widoku Lichenia i krajobrazu zmonopolizowanego przez świątynie katolickie doznają nagle ulgi oglądając cerkwie, monastyry, ikony, czasem synagogi, które nie są basenami. W aptece w Hajnówce spotkasz tatarkę, usłyszysz język, który nie do końca rozumiesz. Zjesz w knajpie białoruskiej, popijesz kwasem z Litwy. Może to jest turystyczne podejście, bo tego od Podlasia oczekujemy, ale jednak fajnie tam pojechać i poczuć się bardziej globalnie mimo, że w tak zwanej Polsce C.

Aha, tak różówo do końca to nie jest, zwłaszcza w ostatnim czasie. Zwłaszcza, kiedy ludzie muszą wypełniać ankiety i mówić czy są Ukraińcami czy Białorusinami. Zwłaszcza, kiedy trzeba definiować swój język ( a poloniści wiedzą, że w tej materii nic nie jest jednoznaczne…). Narodowościowo-nacjonalistyczne nastroje robią swoje (taki rym). No i tu powraca bumerangiem widmo “Białegostoku” Marcina Kąckiego. Niestety.

Przejedźcie się na Podlasie i Suwalszczyznę. I w ogóle na Wschód Polski. Może szlakiem rowerowym Green Velo, może piechotą, może samochodem ostatecznie. To jest bardzo dobra przygoda i w dodatku oszczędza portfel, a dostarcza wielu wrażeń. Polecamy – bookowskie biuro turystyczne.

czuwaj, czytaj, patrz.

Piotr Nesterowicz / Ostatni obrońcy wiary / wyd. Petrus / książka raczej nie do dostania…

Bookowski skończył trzy lata (o rany!) Ilona Wiśniewska naszym urodzinowym gościem. W słoneczny dzień zabrała nas na Spitsbergen i w ostępy Północnej Norwegii (dzięki swoim książkom “Białe” i “Hen”). I to wszystko w prze-gościnnych murach Winiarni pod Czarnym Kotem <3

 

O kwiatach, o wiośnie.

Wielka Sobota pachniała wiosną.
Kwiaciarnia Kwiaty&Miut / “O kwiatach” / KSIĄŻKĘ JUŻ MOŻECIE KUPIĆ W BOOKOWSKIM 🙂
Zajrzeliśmy na Szamarzewskiego, odebraliśmy czekająca na nas paczkę, omówiliśmy kwestię pszczół, miodów no i biznesów wzajemnych 😉

A wczoraj Tata przycinał drzewka. W wazonie mamy gałęzi a gałęzi – jabłonka, wiśnia i jeszcze jakiś chwast przygodny. Pod Poznaniem łąki krokusów, opętańczy śpiew kosów, sikor, dudnienie dzięciołów, szczygły na karmniku. O czwartej rano otwarliśmy na oścież okno – kosy rozsadzały szarówkę i wzywały słońce na niebo…

Minuty.

Tak się składa, że to wszyscy mamy wspólne – żyjemy od punktu A do punktu B. W każde urodziny życzymy sobie wielu lat w zdrowiu. A co, jeśli nie w zdrowiu? A co jeśli za długo? Czy jest jakieś za długo? Izie Klementowskiej najlepiej wyszło opowiedzenie o tym, że społecznie ludzie na emeryturze są dość kłopotliwi. Jeśli nie mają: naturalnej (rodzina) opieki, mieszkania/domu, emerytury na tyle wysokiej, że nie muszą się martwić o świadczenia (wizyta u prywatnego lekarza), sprawności psycho-fizycznej umożliwiającej uczestnictwo w życiu towarzyskim, kulturalnym, no i wewnętrznej energii, radości i chęci życia. Jeśli czegokolwiek z tych rzeczy ci brakuje – nooo to mamy problem…

A przecież starość dotyka absolutnie wszystkich. Czasami samotnością, nudą, poczuciem bezsensu, próbami nadania celu końcówce życia, strachem.

Iza Klementowska opowiada o wielu kluczowych kwestiach. W zasadzie nie stawia tezy (to dobrze), że w Polsce syf i malaria, a na zachodzie sam róż i puder (chociaż momentami, niestety, tak właśnie jest). Portretuje wielu zupełnie różnych ludzi. Późne miłości, odnalezienie się po przejściu na emeryturę w sferze pomocy sąsiedzkiej czy charytatywnej – bo już nie trzeba gonić, zarabiać. Poznamy osoby i samotne, i bardzo rodzinne. Te, które zdecydowały się na zamieszkanie w domu opieki, bo wolą żyć wśród rówieśników, bo tak wszystkim będzie wygodniej. Porozmawiamy o kłopotach z podrzucaniem wnuków i braku empatii ze strony dzieci. Zetrzemy się z kwestią wysokości polskich emerytur. Trafimy w końcu w bardzo trudne miejsce – do Pokoju Pożegnań. Rozdział o prawie do zakończenia własnego życia pozostawia milion pytań. Ten fragment dzieje się w Holandii. I jest rozrywający.

Klementowska pisze ustami swoich bohaterów o tym, że na przestrzeni całego życia potrzebujemy tego samego – czułości i uważności. Empatii i ludzi, którzy nie potraktują nas nigdy jak zawadzający mebel. Zrozumienia. I towarzyszenia sobie w dobrych i trudnych momentach. Morza tolerancji, a raczej – akceptacji tego, że nieodwracalnie się zmieniamy. Potrzebujemy życia w społeczności, w której osobników chorych i/lub starych nie porzuca się na pustyni…

Iza Klementowska / Minuty. Reportaże o starości / wyd. PWN

Bacie i Dziadkowie, czyli nic o nas bez nich.

po obu dziadkach odziedziczyliśmy odstające uszy i szczupłość. brat wdał się w dziadka Antka i urósł całkiem całkiem. po babci Jasi mam Mamę. Mamo, jesteś do babci coraz bardziej podobna ❤ Babci od strony Taty nie pamiętam – patrzy na nas ze zdjęć i obrazu w rodzinnym domu. dziadek Sylwester był obecny najdłużej, choć nie mieliśmy najlepszego kontaktu. jakoś trudno mówić o nich wszystkich, żeby nie ciągnąć rozgałęziających się wątków rodzinnych. a to dziadek Antek pilnujący córek Piłsudskiego, a to dziadek Sylwek (elektryk i zawzięty wędkarz) spadający na zakręcie z motoru. anegdota za anegdotą, historie się splatają, żeby dziś spotkać się w moim rodzinnym domu, u moich rodziców za piecem, wśród zdjęć i pewnego nagrania z imienin, z którego słychać widmowe głosy, znajome i nieznajome, bliskich, których już nie ma. jest jeszcze ktoś. ktoś ogromnie ważny – pojawiła się w domu naprzeciwko z amerykańską emeryturą i szczęką przetrąconą przez Gestapo – wojnę spędziła we francuskim ruchu oporu (tak, oglądała “Allo Allo”, tylko trochę inaczej niż my). potem mieszkała z mężem w Stanach. na koniec zjechała do Polski i zaprzyjaźniła się z moją mamą. uczyła nas angielskiego i piekła babkę z prodiża – rany, ten smak, do dzisiaj za mną chodzi. zawsze elegancka, z szydełkowaną chustą i broszką. pięknie się uśmiechała z przedwojennych zdjęć. pamiętam zapach jej domu, linoleum w kuchni, lampę z abażurem, stołki z poduszkami w kratkę, tykający zegar, i stosy czasopism z panem Filutkiem w środku, nawet tembr głosu Babci pamiętam, a bałam się, że takie rzeczy łatwo się zapomina.

spotykam ich co roku w listopadzie. odwiedzam i pytam, co słychać, a oni chyba się uśmiechają. bardziej martwią się o nas, co tu się wyprawia. ale mają babkę z prodiża więc nie bardzo mają czas się martwić.

no, dziś spełnimy kieliszeczek benedyktynki z myślą o nich. bo gdyby nie oni, gdzie bym dzisiaj była? i czy w ogóle bym była?

 

kurka, nawet nie wiem, co czytali! ale ile razy zaczynam o nich opowiadać – opowieść zamienia się w wielowątkową powieść, zaczepia o sąsiadów, dzieje miasteczek, ulic, zapędza się do Francji, Kalifornii, warsztatu pana Józka, zagląda do słoika z nadgryzionym ogórkiem, podtruwa psa, mija się z Niemką z poddasza, biegnie na południe i nie chce się skończyć. fascynujące.

WIEM. godzinę po wpisie sms od Mamy: “A babcia Jasia czytała Orzeszkową, Prusa, Dostojewskiego, Byrona, Sienkiewicza, Kraszewskiego. Cały kanon lektur, zwłaszcza powieści! Bajki wszelkiej maści i Zwierciadło! Lubiła też podręczniki do przyrody, biologii i różne takie głosy przyrody. Dziadek wolał Tygodnik Powszechny, Politykę i Wolną Europę ;)” NO! MAMA – INSTYTUCJA PAMIĘCI.

album_album (4)