Category Archives: mikroświaty

Domy bezdomne. Między wysiadką a piekarokiem

„Trwają prace dekarskie. Surowe ściany, beton. Poza niewiele mówiącym podziałem na pomieszczenia robotnicy nie wiedzą, co gdzie będzie. Na parę tygodni muszą sobie zorganizować tu dwa punkty: miejsce do zjedzenia drugiego śniadania i magazynek blach i rur spustowych – trzeba uważać, żeby ich nie podeptać, nie pogiąć, nie popalcować, bo są miękkie i delikatne. Z dokładnością do pół metra dekarze wybierają miejsce do jedzenia tam, gdzie stanie później duży stół, a blachy kładą w najbezpieczniejszym według nich punkcie domu – czyli dokładnie tam, gdzie będzie łóżko. 

Bartek poczuł wtedy, że najważniejsze meble w domu rozstawiają się w tej przestrzeni same. To był dla niego jako architekta ogromny komplement.
„Ta przestrzeń działa” – pomyślał.”
Nad książką Doroty Brauntsch unosi się duch żalu za domami odchodzącymi w przeszłość i za tym, co niosły ze sobą, w sobie. „Domy bezdomne” to chyba nawet nie opowieść o samych budynkach, tylko o ludziach, którzy z domem tworzyli całość. Dla których dom nie był tylko hotelem, tylko centralnym punktem życia, w którym jadło się, spało, piekło chleb, z którego wychodziło się do zwierząt, w pole i do sąsiadów.

Continue reading

Advertisements

Boso, w butach, po dnie morza i w góry. Robert Macfarlane ciągle idzie

“Właśnie następnego ranka, podążając śladami jeleni, wszedlem w kamienistą dolinę, która podchodziła pod północną ścianę Griomabhala. Wiatr dął ze wschodu. Przeszukiwałem dolinę prawie przez dwie godziny, coraz bardziej się w nią zagłębiając i wychodząc coraz wyżej, z coraz mniejszą nadzieją, że znajdę ścieżkę.”

To mogła być coachingowa książka albo metafizyczny poradnik o tym, że własnej drogi trzeba wytrwale szukać, a w kryzysowym momencie szukania zwrócić się do tych, którzy już ją przeszli albo mają wskazówki jak znaleźć właściwą ścieżkę. Całe szczęście, że Robert Macfarlane czegoś takiego nie napisał.

Continue reading

Ilona Wiśniewska: Grenlandczycy śmieją się od serca

Czytałam Twoją książkę “Lud. Z grenlandzkiej wyspy” (wyd. Czarne) z mapą Grenlandii przed oczami, okazuje się, że wcale nie jest tak daleko – z Poznania bardzo łatwo dostać się na Islandię, a tam dzieli nas już tylko „żabi skok” od Grenlandii. Okropnie kurczą się odległości. To trochę przerażające.

Jesteśmy na Festiwalu literackim Patrząc na Wchód i wiele krajów nagle stało się bliskich – Białoruś i Buriacja, daleka rosyjska Syberia i Grenlandia. Redefiniujemy znaczenie słów „zachód” i „wschód”. Cywilizacyjny postęp okazuje się dla jednych koniecznością, dla innych widmem destrukcyjnych zmian. Gdzie na Grenlandii jest wschód i zachód i czy strony świata mają tam jakiekolwiek znaczenie?

Z tego co wiem, strony świata mają tam bardzo duże znaczenie, bo Grenlandia dzieli się na cztery dość oczywiste części – wschód i zachód, północ i południe. We wschodniej Grenlandii mówi się trochę innym językiem, na samej Północy też grenlandzki jest bardziej podobny do języka Inuitów z Kanady. Ja byłam na małej wyspie u północno-zachodnich wybrzeży i nie wiem, jak jest w innych częściach tego kraju. Bazuję na tym, co opowiadali sami Grenlandczycy.

Continue reading

Tony Sandoval

Tony Sandoval stworzył jedną z moich absolutnie ulubionych historii graficznych – „Doomboya”. Niewielka objętościowo książka jest tak napakowana emocjami, że trudno nie oddać jej serca. Wydana w 2013 roku przez Timofa i Cichych Wspólników, przetłumaczona przez Katarzynę i Małgorzatę Sajdakowskie, powinna wejść do kanonu lektur każdego nastolatka. Tyle, że nie można „Doomboya” kupić, bo nakład wyczerpany. Polujcie na aukcjach i w antykwariatach, chociaż nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek chciał się tego pozbyć. „Doomboy” (uwielbiam to słowo więc będę je powtarzać, ile się da) to historia uczuć i twardej muzyki, chłopaków i dziewcząt, potężnych dźwięków, wielu tęsknot i próby zalepienia dziury w sercu. Napięcie na granicy rysunków Sandovala i niedopowiedzianych emocji bohaterów jest tak potężne, że w tym komiksie można się ciężko zakochać. Do tego akcja dzieje się nad morzem, nad którym toczą się burze, napięcie jest więc również w powietrzu. 

No więc „Doomboya” nie kupicie. Ale pojawiła się kolejna historia Tony’ego i jest to opowieść autobiograficzna. Bo Sandoval urodził się w północno-zachodnim Meksyku i bardzo chciał wyemigrować do USA, do dziewczyny i lepszego życia. Ale nie dostał wizy. Co zrobił? Przedarł się nielegalnie przez granicę. Ile razy, jak, z kim, ile za to zapłacił? Przeczytajcie „Spotkanie w Phoenix” w tłumaczeniu Katarzyny Sajdakowskiej i Jakuba Jankowskiego. Dlaczego to jest super-ważne? Ile razy czytacie kogoś, zakochujecie się w jego kresce i zupełnie nie zastanawiacie się, kim jest? Bo czy to aż tak ważne? Być może w czasach dużej dynamiki, zmian na całym świecie, wielkich migracji, walki z samym sobą o zrozumienie uciekinierów z „innego świata” – to jest ważne? Tony Sandoval nie uciekał przed wojną, chciał zostać komiksiarzem, chciał spełnić swoje marzenia i zrobił to, ryzykując życiem. Gdyby się nie zdecydował, być może nie czytałabym dziś po raz dziesiąty „Doomboya” – dziejącego się w małym miasteczku, gdzie każdy chciałby się wybić, nagrać płytę, pławić się w sławie. Albo chociaż w małym, osobistym szczęściu. 

Za chwilę ma się pojawić kolejna książka Sandovala – “Futura nostalgia” – mam duże nadzieje, że będę mogła ją aplikować nastolatkom. Wyczekujcie, wyglądajcie w fajnych księgarniach.

 

Tony es un bastardo!
Tony tiene núcleo grandes!
– napisy na murach w Ciudad Obregón. / za stroną wydawcy timof.pl

Ilustracje to nie był mój plan na życie

Skąd się wzięła ilustratorka Maria Dek?

(2011) Wróciła właśnie z Erasmusa, stała na kolebiącym się chodniku, czekając na autobus i postanowiła zostać ilustratorką – opowiada o sobie Maria Dek. Od razu zapisała się na lekcje rysunku i zachęcona przez koleżankę, pojechała na rok do Brighton – „Nie dałam im wyboru, przyjechałam, stanęłam w progu z walizką – musieli mnie przyjąć” – śmieje się. To nie była najlepsza uczelnia, ale tam przekonała się ostatecznie, że ilustrowanie to to, co chce robić. Po powrocie kontynuowała studia w Warszawie (Akademia Sztuk Pięknych). Na drugim roku uparła się, żeby wydać książkę i tak pojawiły się „Paskudki słowiańskie” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Myślanki)

Właściwie od razu wiedziała,​ że interesuje ją praca z zagranicznymi wydawcami. Uparcie jeździła na targi do Bolonii, nadal jeździ i tam znajduje klientów.

Druga wizyta zaowocowała wydaniem „A Walk in the Forest” – jej pierwszej autorskiej książki (wyd. Princeton Architectural Press). Dlaczego nie w Polsce? Bardzo by chciała. Mówi, że w Polsce jest wielu genialnych ilustratorów, rynek jest spory, ale pieniądze są słabe. W Hiszpanii czy Francji zarabia dwie trzecie albo połowę polskiej stawki, tyle, że w euro… Poza tym, jest tam doceniana, w Stanach Zjednoczonych jej prace bardzo się podobają – mówi, że między innymi dlatego, że widać w nich skąd jest. Na jesień ukaże się we Francji książka „Gdzie się podziewa Malo?” – jest mocno zakorzeniona w Białowieży. „Opowiada o pewnej wrednej ryjówce, okropnym gamoniu, do której na końcu dociera, jak dobrze jest być wśród przyjaciół, że wynikają z tego same piękne rzeczy. Ta książka jest tak naprawdę o momencie, w którym dziecko uczy się mówić „przepraszam”. Nie ma być moralizatorska, po prostu pokazuje pewien proces”. „Gdzie się podziewa Malo?” powstawała w Białowieży – „Natura w moich książkach zmieniła się pod wpływem tego miejsca” – mówi mi Marysia. – „Teraz, gdy maluję żuczka, to jest to żuczek tutejszy, rzeczywisty. Przepuszczam przyrodę przez moją głowę, obrazy nabierają mocy.”

Pracami Marii zachwyciłam się​, gdy w moje ręce wpadła książka wydana przez Wytwórnię – „Kiedy będę duża” (lub „duży” w wersji dla chłopców). Wcześniej jej ilustracje można było zobaczyć w „Czary na białym” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Warstwy) lub w „O’le! Hiszpania dla dociekliwych” (tekst Moniki Bień-Königsman, wyd. Dwie Siostry). Jeśli ktoś był czujniejszy niż ja, dostrzegł ilustracje Marii w magazynie Gaga lub w Menażerii. Gdy rozmawiamy o ewentualnych tłumaczeniach jej książek, lub zamówieniach od polskich wydawców, Marysia mówi, że lubi patrzeć, jak na prowadzonych przez nią warsztatach, pod wpływem czytania czy malowania, coś się rusza w głowach dzieci. To dlatego tak bardzo chciałaby, żeby na polskim rynku w końcu pojawiły się jej autorskie książki. Rzadko kiedy ma okazję prowadzić warsztaty za granicą.

Zdarza się, że polscy wydawcy przychodzą do ilustratora/torki i myślą, że da się zrobić książkę w trzy miesiące. „A ja mam rozpisany grafik na kilkanaście miesięcy do przodu, nad swoimi książkami pracuję nawet rok. Poza tym, każda z nich musi odpocząć, odleżeć, żeby można było spojrzeć na nią chłodnym okiem. To wszystko trwa i nie można mnie popędzać, bo czuję się odpowiedzialna za młodego odbiorcę, nie mogę czegoś zepsuć. Książka jest całością, zarówno tekst, jak i ilustracje muszą mieć swój rytm.”

Jak pracuje?​ Używa akwareli, ale z bardzo małą ilością wody. Efekt wygląda troszkę jak gwasz albo akryl, rysunki mają swoją fakturę. Marysia zaczyna od szkiców – „Pierwsze bywają wielkości pudełka od zapałek” – później rysunki „rosną” i nabierają kolorów. „Kiedyś skanowałam prace, teraz przesyłam oryginały wydawcy i to on się tym zajmuje. A wiesz, że zielony jest najtrudniejszy w druku? Drukarnie nie używają zielonych farb i trzeba mieszać niebieskości z żółcieniami, a to paskudnie trudna sprawa.

Białowieża. Pijemy herbatę, za oknem przejeżdżają już majówkowi rowerzyści, przechodzi straż graniczna, zielenią się chęchy przy ulicy Stoczek, jeszcze do niedawna Waszkiewicza – „Ten dom, w którym teraz jesteśmy, miejscowi nazywają „domem generała”, bo podobno Waszkiewicz zatrzymał się w nim kiedyś” – zdradza Marysia. Pochodzi z Białegostoku, a kawałek ziemi w Białowieży kupili jej rodzice osiemnaście lat temu. Podczas którejś majówki, przyjechała tu z chłopakiem – Rafałem. Zakochał się w białowieskim mikro-siedlisku. Teraz w jednym domku przygotowują hostel, drugi remontują dla siebie, trzeci można wynająć w całości. Rzut beretem na plebanię, na Centurę, na łąki za którymi czeka Rezerwat Ścisły i Białowieski Park Narodowy, pół godziny, może czterdzieści minut od Dziedzinki – leśniczówki, w której mieszkali Simona Kossak i Lech Wilczek. Zresztą Lech Wilczek nadal tu mieszka i to całkiem blisko… Po przekątnej, jakieś dwieście metrów od domku Deków znajdziecie jedną z dwóch najfajniejszych białowieskich kawiarń – Walizkę. Po kawie lub regionalnym cydrze, w bok, ulicą Mostową, można zejść na łąkę, gdzie kszyk, błotniak stawowy i gniazdujące czajki. Pasie się bocian, czasem nad wodą przycupnie czapla biała. Wiosną, w szczycie ptasiarskiego sezonu kręcą się Brytyjczycy z potężnymi lunetami swarovskiego. A wieczorem, w drewnianym domu Deków-Lewandowskich pachnie herbata, skrzypią wesoło drzwi, z okna na piętrze można obserwować życie głównej ulicy, ciągnącej się aż pod cerkiew i bramę Parku Pałacowego.

„Życie na wsi wcale nie płynie wolniej, zawsze jest coś do zrobienia. Stuletni dom ma swoje prawa, nie da się go szybko posprzątać, oczekuje uwagi, wszystko wymaga napraw i pielęgnacji. Ale miło jest wyjść rano i usiąść na schodku, patrzeć, jak młody kopciuszek uczy się latać, jak kowaliki się kokoszą”. To, że mieszkają w Białowieży, to zasługa Rafała. Chciał rzucić pracę w korporacji gdzie przygotowywał mapy dla Boeinga. Teraz jest specjalistą od remontów drewnianych domów – śmiejemy się. Marysia mówi, że bała się samotności, ale na miejscu spotkała wielu ciekawych ludzi, poza tym przyjeżdża tu sporo turystów, zwłaszcza w weekendy. Pytam, jak odnajduje się wśród białowieżan – „Tu trzeba dobrze żyć z sąsiadami, na sąsiada można liczyć, pomoże w potrzebie, jeśli nie ma zadry. Jestem „nawołocz” – pada wreszcie to słowo, tak ostatnio popularne w Puszczy – „Jeszcze sama ze sobą nie czuję się stąd” – opowiada Marysia. „Kiedy będziesz stąd?” – Zadaję pytanie, które zadaję chyba wszystkim tu spotkanym ludziom – kiedy człowiek może powiedzieć, że jest stąd? Po dziesięciu latach, po dwudziestu, po stu? W drugim pokoleniu? „Będę stąd wtedy, kiedy więcej od siebie dam. Chciałabym więcej pracować z dzieciakami. Mam taki plan i będę go powolutku realizowała. Chciałabym im pokazać, jakie mają szczęście, że tu żyją, otworzyć im w głowie furtkę, na to, co ich otacza. Bo mają coś, czego nikt inny na świecie nie ma – Puszczę Białowieską.”

Maria Dek wespół z Agatą Królak (równie ciekawą ilustratorką i autorką książek) rozpoczęły niedawno działalność wydawniczą. Co kwartał produkują kolejny numer niewielkiego, ale przemiłego magazynu TRZY CZTE RY. Magazyn ma postać rozkładanki, zachęca dzieciaki do nieskrępowanej twórczości, podsuwając im mnóstwo ciekawych pomysłów – od przepisów na koktajle, po zrobienie własnej wystawy z rozerwanych kart magazynu. TRZY CZTE RY szukajcie w dobrych księgarniach, kosztuje piętnaście złotych, a powinien być na wyposażeniu każdego przedszkolaka i szkolniaka. 

Dom Marysi i Rafała – Białowieża MorzeLas czeka na Was przy ulicy Stoczek. Ofertę noclegową (którą polecamy!) znajdziecie o tu: Białowieża MorzeLas

Eksperymenty z własnymi potrzebami

Cabin Porn nie jest o “ucieczce w Bieszczady”. Wbrew pozorom to nie album z pornograficznymi zdjęciami chatek, których nigdy nie zbudujecie. Dave Frazee uczył się w Taliesin West – pracowni/domu Franka Lloyda Wrighta i tam eksperymentował z budową domku na pustyni odnajdując w archiwach uczelni projekt swojego starszego kolegi. Sam Caldwell przejmuje rodzinną tradycję wyrobu syropu klonowego i buduje własną “klonową chatę” – prostą, funkcjonalną surową. Denis i Anneli budują w stanie Maine drewniane schronisko według siedemnastowiecznego wzorca. To trzy spośród kilku historii wrzuconych między okładki. Eksperymenty z własnymi potrzebami, z materiałami od drewna i betonu, po ręcznie wypalane cegły, różne sposoby życia wśród ludzi i dużo miłości do przyrody – to znajdziecie w Cabin Porn. Oraz (no dobra) trochę pornograficznych zdjęć chatek w lasach – od Nowej Zelandii po to kuszące Maine. Książka leży sobie na biurku, bo kolorystyka okładki wpływa zdecydowanie na poprawę samopoczucia. Cabin Porn zrobili: Zach Klein, Steven Leckart, Noah Kalina. Przetłumaczyła Ewa Wojtych. 

Zach Klein, Steven Leckart, Noah Kalina / Cabin Porn / tłum. Ewa Wojtych / Wydawnictwo Smak Słowa

 

Konie i ludzie, ludzie i konie. I kawa

Mówił Daniel Mizieliński – „trzeba dbać o ciało, bo nie służy wyłącznie do noszenia głowy”. Coś mi odbiło i w lutym, w srogą (haha) zimę postanowiłam poszukać nowego, radosnego, spokojnego miejsca na doroczny księgarski wypoczynek. Miało być spanie, jedzenie i czytanie. No i totalnie się pomyliłam. Boże drogi, jak wtopiłam. Przeczytałam tam jedno opowiadania Wellsa Towera i dwa artykuły z jakiejś Werandy i Ust. I wróciłam tak zdziwiona tym, co robiłam, że do teraz się otrząsam.

Potoczek. Pogranicze polsko-czeskie. Dojeżdżamy krętą drogą i stajemy przed tą chałupką z Ust i Werandy. Myśleliśmy, że to pomyłka. „To tu?”, pytamy na głos. Dom prostokątny, dach skośny, wzgórze za domem, jakoś niezbyt spektakularnie… „Na konie? To tu!” – odpowiadają krzątający się na parkingu ludzie. Zbliża się osiemnasta, pora umówionej kolacji, na którą lecieliśmy na złamanie karku, no to wchodzimy. Drzwi otwiera kędzierzawa, szelmowsko uśmiechnięta osoba i wita nas ni mniej, ni więcej, tylko tak: “No dzień dobry Bookowscy!”. Kasia – bosa i rześka, jakby dzień się dopiero zaczynał. Bo my, moi drodzy, pojechaliśmy do Kasi i Lokusza na obóz konny. To miało być tak – dwie godzinki jazdy dziennie, takie bardziej oswajanie się ze zwierzęciem, zaprzyjaźnienie się z nim, a potem hulaj dusza, czytanie, spanie, łażenie po górkach. Po pierwsze  dom jest pojemny, ciepły, pachnie chlebem, jest prosty, pełen powietrza, przestrzenny, taki, że odnajdujesz się w nim w pięć minut. Zgroza mieszczucha – jedna łazienka i mało gadżetów. W naszym pokoju stoi niebieski, drewniany zegar, nie chodzi i do złudzenia przypomina mi Matkę Boską w ciąży. Oprócz tego trzy łóżka i szafa. Dwa krzesła (z gemeli) i stolik. Koniec. Na przyszłość Kasia obiecała nam biurko 🙂 Na przynętę dodam, że ta prostota jest piękna, czysta w formie, miłośnicy dobrze zaprojektowanych przestrzeni zdecydowanie się tu odnajdą. A oszaleją w kuchni. Bo lodówka – stary, przepiękny BOSCH.

 

 Tylko, że ja nie o tym chciałam pisać. Nie o tym, że sami pieką chleb, że ostatniego wieczora Tomasz upiekł go z Lokuszem, że właśnie zaprawiali ogórki, że w kilkunastolitrowym garze gotowały się morele na dżem, że kuchnia jest tu wyłącznie wege, że mleko tylko kozie, od meczącej pod kuchennym oknem Buni, a pomidory z lokalnej eko-uprawy, że łażą tu koty i jeden cudowny pies, że wspólne posiłki trwają długo, są do zgłupienia smaczne i pożywne, bardzo swojskie, że w środku dnia wjeżdża jeszcze regenerująca siły zupa (Kasia! Królowo nasza!), że chodzi się spać wcześnie, bo rano szkoda dnia, że muzyki słucha się tu najlepszej, książki czyta bez opamiętania, westerny ogląda po trzy razy te same, a kawę pije hektolitrami.
 

 

Piętnaście hektarów łąk to dom Płatków Śniegu, Mary Lu, Kanidżji, Pampai, Whiskey, Hermano, Don Diego i Lejli. Pierwszego dnia bierzemy wiadro owsa i idziemy na pustą łąkę od połowy porośniętą lasem i krzakami. Na wołanie Lokusza „Koonie, konie, koonie!” najpierw przybiegają kozy. Potem spokojnie z lasu wychodzą dwa konie, po dłuższym nawoływaniu słychać rżenie i w pełnym galopie wypada na łąkę reszta stada. Wszelkie moje wątpliwości rozwiały się w tej sekundzie. Jeśli poznać konie i spróbować się z nimi dogadać, to tylko u Lokusza.

 

 

Pominę wszystkie techniczne szczegóły jazdy. Ciekawiło mnie to, co o relacjach człowiek-zwierzę i zwierzę-zwierzę opowiadali Lokusz i Kasia. Że konie w stadzie zawsze mają swoją hierarchię i potrafią ją dość brutalnie ustawiać. Relacja jeźdźca ze zwierzęciem też jest relacją władzy i posłuszeństwa. To bardzo nie moje, ale albo ty jedziesz na koniu, albo koń idzie gdzie chce czyli najpewniej do domu, do owsa. Każdy koń jest inny, wiadomo. Płatki Śniegu są szybkie i zwinne, Mary Lu nieco ociężała i trochę wredna, Pampaja to siła spokoju. Koń wietrząc słabość twojego charakteru wykorzysta to i niekoniecznie zastosuje się do twoich próśb (go, łuuu, łoo! ej, gdzie idziesz? no eeej, proszę ruuszaj! nie zrzucisz mnie, prawda? stóóój, Chryste Panie, stóóój!)  i poleceń. Jaka jest mechanika galopu, co koń widzi, co robi, gdy się denerwuje, jak mu podziękować, jak uspokoić – lokuszowe lekcje. Sama obserwacja zwierząt – i przy pracy, i w czasie wolnym – to ogromna przyjemność.

 

 

Potem były jazdy terenowe, bo innych tu w zasadzie nie ma. Kontrolowane mniej lub bardziej galopy i kłusy, widok na masyw Śnieżnika, popas na czeskich łąkach. Rano konie wołaliśmy już sami, szczotkowaliśmy, czyściliśmy im kopyta, pytaliśmy czy wszystko u nich okej i czy są gotowe znowu z nami pracować. Siodłaliśmy i ruszaliśmy za Lokuszem na małe wyprawy. Po nich następowało to, co najmilsze dla zwierząt a i fajne dla ludzi – rozsiodłanie konia, zdjęcie wędzidła, polewanie konia i trochę siebie wodą, zaprowadzenie na trawę i zdjęcie kantarka.

 

 

 

 

 

Potem w “przykucu łąkowym” gapiliśmy się jak zwierzęta skubią trawę, i tarzają się w niej zrzucając ludzki smród z grzbietu (to akurat moja teoria). Po ostatniej jeździe przytuliłam się mocno do Płatków Śniegu – jest duża i ciepła, intensywnie pachnie sierścią, sianem, zwierzęciem, waży kilka razy tyle, co ja i wtedy, po całym tygodniu, miałam poczucie, że ocaliła mnie od gwałtownej śmierci 😉

 

Konie u Lokusza nie mają stajni, prowadzą życie na łąkach. A te są przebogate, spędziłam na nich jedno popołudnie z nosem przy ziemi i z aparatem fotografując kolejne rośliny i pleniącego się dziewięćsiła bezłodygowego.

 

Szaleństwo owadów i roślin, zawisające w trzepocie pustułki, dzierzba na krzaku dzikiej róży, w lesie zatrzęsienie jagód, na sośnie dzięcioł czarny, a w skrytości chaszczy podobno czai się derkacz.

 

Zbieg zdarzeń spowodował, że ludzi przy stole było ciągle dużo, rozmowy się splatały i rozplatały. Z Agnieszką i Martą – pedagożkami specjalnymi – gadałyśmy o autyzmie, o książkach, na których pracują (Herve Tullet!), o możliwościach hipoterapii i w ogóle dobroczynnym wpływie zwierząt na ludzi chorych i zdrowych. Przyjechał przyjaciel Lokusza, weterynarz, bo jeden z koni jechał do nowego domu. Więc  było o szczepieniach, ubezpieczeniach, a przy okazji prześwietlenie i oglądanie rozrzedzonej kości suczki Poli. Przyjechała Fanta – przyszła właścicielka Hermano i były wieczorne dyskusje o postawie w siodle, jeździe bez wędzidła, o pewnym dwunastolatku, który wpadając w galop rozpościerał ramiona i śmiał się radośnie – czy to dziecięcy brak lęku, instynkt czy jeszcze coś innego? To był intensywny kurs bliskiego życia z przyrodą. Rozmów o zwierzętach i ludziach, wegetarianizmie, polityce, literaturze, filmach, przepisach na tę zajebistą pastę z suszonych pomidorów i “kaszankę” z czarnej soczewicy wydzieraną sobie do ostatniego ziarnka było tu tyle, że książki nam się trochę zakurzyły, a potem już trzeba było wracać.

 

Jedźcie na Dolny Śląsk, jedźcie do Potoczka, poznajcie Kasię i Lokusza. Dawno nie doświadczyliśmy takiego kopa dobrych prądów od całej ekipy cudownych ludzi. A jeśli nie daje Wam spokoju ta relacja koń-człowiek, to spytajcie Lokusza o historię Whiskey. Whiskey ma dwadzieścia cztery lata, Lokusz ją sprzedał, a potem w pewnych okolicznościach odkupił. I klacz żyje i dożyje na tych łąkach swoich dni.
Kasiu, Lokuszu – powodzenia, jesteście cudowni.
Znajdziecie ich tutaj: U Lokusza