Category Archives: podróże

Ilona Wiśniewska: Grenlandczycy śmieją się od serca

Czytałam Twoją książkę “Lud. Z grenlandzkiej wyspy” (wyd. Czarne) z mapą Grenlandii przed oczami, okazuje się, że wcale nie jest tak daleko – z Poznania bardzo łatwo dostać się na Islandię, a tam dzieli nas już tylko „żabi skok” od Grenlandii. Okropnie kurczą się odległości. To trochę przerażające.

Jesteśmy na Festiwalu literackim Patrząc na Wchód i wiele krajów nagle stało się bliskich – Białoruś i Buriacja, daleka rosyjska Syberia i Grenlandia. Redefiniujemy znaczenie słów „zachód” i „wschód”. Cywilizacyjny postęp okazuje się dla jednych koniecznością, dla innych widmem destrukcyjnych zmian. Gdzie na Grenlandii jest wschód i zachód i czy strony świata mają tam jakiekolwiek znaczenie?

Z tego co wiem, strony świata mają tam bardzo duże znaczenie, bo Grenlandia dzieli się na cztery dość oczywiste części – wschód i zachód, północ i południe. We wschodniej Grenlandii mówi się trochę innym językiem, na samej Północy też grenlandzki jest bardziej podobny do języka Inuitów z Kanady. Ja byłam na małej wyspie u północno-zachodnich wybrzeży i nie wiem, jak jest w innych częściach tego kraju. Bazuję na tym, co opowiadali sami Grenlandczycy.

Continue reading

Advertisements

Ilustracje to nie był mój plan na życie

Skąd się wzięła ilustratorka Maria Dek?

(2011) Wróciła właśnie z Erasmusa, stała na kolebiącym się chodniku, czekając na autobus i postanowiła zostać ilustratorką – opowiada o sobie Maria Dek. Od razu zapisała się na lekcje rysunku i zachęcona przez koleżankę, pojechała na rok do Brighton – „Nie dałam im wyboru, przyjechałam, stanęłam w progu z walizką – musieli mnie przyjąć” – śmieje się. To nie była najlepsza uczelnia, ale tam przekonała się ostatecznie, że ilustrowanie to to, co chce robić. Po powrocie kontynuowała studia w Warszawie (Akademia Sztuk Pięknych). Na drugim roku uparła się, żeby wydać książkę i tak pojawiły się „Paskudki słowiańskie” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Myślanki)

Właściwie od razu wiedziała,​ że interesuje ją praca z zagranicznymi wydawcami. Uparcie jeździła na targi do Bolonii, nadal jeździ i tam znajduje klientów.

Druga wizyta zaowocowała wydaniem „A Walk in the Forest” – jej pierwszej autorskiej książki (wyd. Princeton Architectural Press). Dlaczego nie w Polsce? Bardzo by chciała. Mówi, że w Polsce jest wielu genialnych ilustratorów, rynek jest spory, ale pieniądze są słabe. W Hiszpanii czy Francji zarabia dwie trzecie albo połowę polskiej stawki, tyle, że w euro… Poza tym, jest tam doceniana, w Stanach Zjednoczonych jej prace bardzo się podobają – mówi, że między innymi dlatego, że widać w nich skąd jest. Na jesień ukaże się we Francji książka „Gdzie się podziewa Malo?” – jest mocno zakorzeniona w Białowieży. „Opowiada o pewnej wrednej ryjówce, okropnym gamoniu, do której na końcu dociera, jak dobrze jest być wśród przyjaciół, że wynikają z tego same piękne rzeczy. Ta książka jest tak naprawdę o momencie, w którym dziecko uczy się mówić „przepraszam”. Nie ma być moralizatorska, po prostu pokazuje pewien proces”. „Gdzie się podziewa Malo?” powstawała w Białowieży – „Natura w moich książkach zmieniła się pod wpływem tego miejsca” – mówi mi Marysia. – „Teraz, gdy maluję żuczka, to jest to żuczek tutejszy, rzeczywisty. Przepuszczam przyrodę przez moją głowę, obrazy nabierają mocy.”

Pracami Marii zachwyciłam się​, gdy w moje ręce wpadła książka wydana przez Wytwórnię – „Kiedy będę duża” (lub „duży” w wersji dla chłopców). Wcześniej jej ilustracje można było zobaczyć w „Czary na białym” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Warstwy) lub w „O’le! Hiszpania dla dociekliwych” (tekst Moniki Bień-Königsman, wyd. Dwie Siostry). Jeśli ktoś był czujniejszy niż ja, dostrzegł ilustracje Marii w magazynie Gaga lub w Menażerii. Gdy rozmawiamy o ewentualnych tłumaczeniach jej książek, lub zamówieniach od polskich wydawców, Marysia mówi, że lubi patrzeć, jak na prowadzonych przez nią warsztatach, pod wpływem czytania czy malowania, coś się rusza w głowach dzieci. To dlatego tak bardzo chciałaby, żeby na polskim rynku w końcu pojawiły się jej autorskie książki. Rzadko kiedy ma okazję prowadzić warsztaty za granicą.

Zdarza się, że polscy wydawcy przychodzą do ilustratora/torki i myślą, że da się zrobić książkę w trzy miesiące. „A ja mam rozpisany grafik na kilkanaście miesięcy do przodu, nad swoimi książkami pracuję nawet rok. Poza tym, każda z nich musi odpocząć, odleżeć, żeby można było spojrzeć na nią chłodnym okiem. To wszystko trwa i nie można mnie popędzać, bo czuję się odpowiedzialna za młodego odbiorcę, nie mogę czegoś zepsuć. Książka jest całością, zarówno tekst, jak i ilustracje muszą mieć swój rytm.”

Jak pracuje?​ Używa akwareli, ale z bardzo małą ilością wody. Efekt wygląda troszkę jak gwasz albo akryl, rysunki mają swoją fakturę. Marysia zaczyna od szkiców – „Pierwsze bywają wielkości pudełka od zapałek” – później rysunki „rosną” i nabierają kolorów. „Kiedyś skanowałam prace, teraz przesyłam oryginały wydawcy i to on się tym zajmuje. A wiesz, że zielony jest najtrudniejszy w druku? Drukarnie nie używają zielonych farb i trzeba mieszać niebieskości z żółcieniami, a to paskudnie trudna sprawa.

Białowieża. Pijemy herbatę, za oknem przejeżdżają już majówkowi rowerzyści, przechodzi straż graniczna, zielenią się chęchy przy ulicy Stoczek, jeszcze do niedawna Waszkiewicza – „Ten dom, w którym teraz jesteśmy, miejscowi nazywają „domem generała”, bo podobno Waszkiewicz zatrzymał się w nim kiedyś” – zdradza Marysia. Pochodzi z Białegostoku, a kawałek ziemi w Białowieży kupili jej rodzice osiemnaście lat temu. Podczas którejś majówki, przyjechała tu z chłopakiem – Rafałem. Zakochał się w białowieskim mikro-siedlisku. Teraz w jednym domku przygotowują hostel, drugi remontują dla siebie, trzeci można wynająć w całości. Rzut beretem na plebanię, na Centurę, na łąki za którymi czeka Rezerwat Ścisły i Białowieski Park Narodowy, pół godziny, może czterdzieści minut od Dziedzinki – leśniczówki, w której mieszkali Simona Kossak i Lech Wilczek. Zresztą Lech Wilczek nadal tu mieszka i to całkiem blisko… Po przekątnej, jakieś dwieście metrów od domku Deków znajdziecie jedną z dwóch najfajniejszych białowieskich kawiarń – Walizkę. Po kawie lub regionalnym cydrze, w bok, ulicą Mostową, można zejść na łąkę, gdzie kszyk, błotniak stawowy i gniazdujące czajki. Pasie się bocian, czasem nad wodą przycupnie czapla biała. Wiosną, w szczycie ptasiarskiego sezonu kręcą się Brytyjczycy z potężnymi lunetami swarovskiego. A wieczorem, w drewnianym domu Deków-Lewandowskich pachnie herbata, skrzypią wesoło drzwi, z okna na piętrze można obserwować życie głównej ulicy, ciągnącej się aż pod cerkiew i bramę Parku Pałacowego.

„Życie na wsi wcale nie płynie wolniej, zawsze jest coś do zrobienia. Stuletni dom ma swoje prawa, nie da się go szybko posprzątać, oczekuje uwagi, wszystko wymaga napraw i pielęgnacji. Ale miło jest wyjść rano i usiąść na schodku, patrzeć, jak młody kopciuszek uczy się latać, jak kowaliki się kokoszą”. To, że mieszkają w Białowieży, to zasługa Rafała. Chciał rzucić pracę w korporacji gdzie przygotowywał mapy dla Boeinga. Teraz jest specjalistą od remontów drewnianych domów – śmiejemy się. Marysia mówi, że bała się samotności, ale na miejscu spotkała wielu ciekawych ludzi, poza tym przyjeżdża tu sporo turystów, zwłaszcza w weekendy. Pytam, jak odnajduje się wśród białowieżan – „Tu trzeba dobrze żyć z sąsiadami, na sąsiada można liczyć, pomoże w potrzebie, jeśli nie ma zadry. Jestem „nawołocz” – pada wreszcie to słowo, tak ostatnio popularne w Puszczy – „Jeszcze sama ze sobą nie czuję się stąd” – opowiada Marysia. „Kiedy będziesz stąd?” – Zadaję pytanie, które zadaję chyba wszystkim tu spotkanym ludziom – kiedy człowiek może powiedzieć, że jest stąd? Po dziesięciu latach, po dwudziestu, po stu? W drugim pokoleniu? „Będę stąd wtedy, kiedy więcej od siebie dam. Chciałabym więcej pracować z dzieciakami. Mam taki plan i będę go powolutku realizowała. Chciałabym im pokazać, jakie mają szczęście, że tu żyją, otworzyć im w głowie furtkę, na to, co ich otacza. Bo mają coś, czego nikt inny na świecie nie ma – Puszczę Białowieską.”

Maria Dek wespół z Agatą Królak (równie ciekawą ilustratorką i autorką książek) rozpoczęły niedawno działalność wydawniczą. Co kwartał produkują kolejny numer niewielkiego, ale przemiłego magazynu TRZY CZTE RY. Magazyn ma postać rozkładanki, zachęca dzieciaki do nieskrępowanej twórczości, podsuwając im mnóstwo ciekawych pomysłów – od przepisów na koktajle, po zrobienie własnej wystawy z rozerwanych kart magazynu. TRZY CZTE RY szukajcie w dobrych księgarniach, kosztuje piętnaście złotych, a powinien być na wyposażeniu każdego przedszkolaka i szkolniaka. 

Dom Marysi i Rafała – Białowieża MorzeLas czeka na Was przy ulicy Stoczek. Ofertę noclegową (którą polecamy!) znajdziecie o tu: Białowieża MorzeLas

O krukach

Bernd Heinrich o krukach. Jeśli kiedykolwiek miałabym pojechać do Stanów, byłby to stan Maine. Coraz częściej wpada w ucho, że lasy tamtejsze piękne i rozległe. I krążą nad nimi stada Corvus Corax, które tak polubił Pan Bernd. Historia związków przyrodnika z krukami i badań nad nimi jest bardzo ciepła. Heinrich ma w sobie coś niesamowicie sympatycznego – zarówno gdy ściąga krowie truchło z ciężarówki i zbiera z drogi padlinę na potrzeby badań, jak i gdy je śniadanie, pije kawę i żałuje, że nie może tej czynności pokontemplować, bo nauka czeka. A naokoło lasy Maine. To tylko drobiazgi, tak na zachętę, smacznego 😉

Gościnny udział w sesji – Maciej “Zmarzlina” Gierszewski, foto: Tomasz “Mokra stopa” Kandziora, nad nami bielik, kruki, myszak, gęsi.

Bernd Heinrich / Umysł kruka / tłum. Michał Szczubiałka / Wydawnictwo Czarne

O rety!

Od Puszczy Białowieskiej przez Syberyjską tajgę, Wielką Rafę Koralową, Madagaskar, Antarktydę, Patagonię, Wielki Kanion Kolorado, po Arktykę. 37 arcyciekawych miejsc na Błękitnej Planecie. Tomek Samojlik nielicho się narobił, narysował, naskrobał ołówkiem i kredkami, żeby zabrać Was w niesamowitą podróż po krainie przyrody – tej mniej i bardziej znanej. Poznacie zwierzęta, które mają się świetnie i te na skraju wyginięcia. Dowiecie się, kto oprócz dzięcioła jest trójpalczasty, po co palczakowi aj-aj wydłużony środkowy palec (nie, nie pokazuje go drapieżnikom) i gdzie żyje sóweczka kaktusowa? W warstwie komiksowej (dymki białe) dla bystrzaków są ukryte zagadki – dlaczego assapan północny krzyczy “Geronimo!” i co żółw słoniowy ma wspólnego z mistrzem Yodą?

Zabraliśmy książkę na weekend na wioskę, bawiliśmy się świetnie, przyroda jest zaje..sta!

Tomasz Samojlik / O rety! Przyroda świata / MULTICO Oficyna Wydawnicza

Z Filipowiczem na prowincji

Z Filipowiczem na prowincji. Czytam i pachnie naftaliną, czasem jaśminem, czasem żniwami. Prowincją wiejską, małomiasteczkową, mentalną, dumną. Czasem zbrodnią, czasem nagłym rozczarowaniem. Pisarz to pojawia się, to znika. Opowiadania są tak różne, że wędrówka od jednego do drugiego, to zawsze lekko zaskakująca przygoda. Ulubione, bowlesowskie jest o zazdrości, a najbardziej zaskakujące to chyba to o antagonistach. W tle większości szumi przyroda, brodziec, kot, rzeka. Jako smakosz opowiadań mówię: TAK. Jedyny problem polega na tym, że nie można czytać wszystkich na raz, na jeden wieczór. Nie o to, nie o to chodzi, nie po to to pisanie, żeby efekt zbić w ciasny kłębek. Dawkujcie.

Wydawnictwo nieźle dało ciała przy korekcie. Nie ma przebacz. Zwłaszcza w posłowiu Justyny Sobolewskiej (która dokonała wyboru opowiadań do tego tomu) – na połowie strony zaginęły dwa słowa niszcząc sensy zdań. Takie czasy, mruknąłby Filipowicz przygryzając źdźbło trawy…

Kornel Filipowicz / Moja kochana dumna prowincja / Wydawnictwo Znak

Jedzenie z widokiem na Śnieżkę

Niech Was nie zmyli ten tytuł. Slow Life to mają ci, co do nich jadą. Magda z Mateuszem gotują i podają jedzenie tak, że do dziś pamiętam tę soczewicę z parmezanem i pesto, prosto z patelni, wniesioną przez bosostopego Mateusza wprost na ten boski stół z piaskowca… Był sierpień, upał taki, że woda w studniach wysychała, spływ pontonem po Bobrze skończył się taszczeniem za sobą pontonu. Staliśmy w wodzie po kostki patrząc na wydrę i zimorodka. Wrócilismy na obiad do Wlenia, a w zasadzie na jego koniec, pod górkę, na skarpę, gdzie osadzony w zboczu dom i stół zastawiony do wspólnego jedzenia. To tam w sercu Tomasza pierwszy raz zagościła miłość do zielonej soczewicy i brokuła (!!!) w jakimś magicznym, absolutnie pysznym sosie. To tam były warzywa świeże i aromatyczne na śniadanie, chleb pachniał, kawa bulgotała w kawiarce, a wieczorem na tarasie świerszcze zagłuszały lekturę. Pod stopami Wleń, zapomniany przez ludzi, turystów, a może i Boga, bo kazanie wołało o pomstę do upałem wypalonego nieba. Dookoła Dolny Śląsk i jego tajemnice i wygasłe wulkany.

We wstępie Magda pisze, jak to jest, wyrwać się z Warszawy i zaryzykować taką oto Polną Zdrój. Pisze bez mitologii. Że jak przeliczycie kasę i siły i Wam wyjdzie, że nie – to może jednak nie ryzykujcie? Im się jakoś psychicznie i fizycznie skalkulowało i są, i goszczą, i pasą do dzisiaj. Co gotują, to macie w woluminie. Magda ułożyła jadłospisy pod konkretne imprezy (wesele, sylwester, stypa), bo jak mówi, to komponowanie sprawia jej wielką przyjemność. Jest tu mięcho, ale bez niego też coś znajdziecie. A wspomnienia naszych kubków smakowych mówią, że to bezmięsne, a proste, a pyszne, że hej!

“Slow Life z widokiem na Śnieżkę czyli Polna Zdrój” / Magda Trojanowska & Co / Wydawnictwo Marginesy

Aha, my tam pojechaliśmy takim tropem dziwnym, acz charakterystycznym – logotyp Polnej zrobiła Marianna Sztyma i tak po nitce ilustratorskiej pojechaliśmy na wakacje… No co zrobisz…

Momenty o ciszy i bezkresie

Kot spogląda podejrzliwie albowiem wie wszystko o łazęgach i bezdrożach. Adam Robiński wie też sporo. Ale. Coś mnie drażniło przez jakąś niecałą połowę książki. Maniera? Styl? Czy męska wyłączność na odkrywanie świata? O-ho. Żony zostają z remontami, szczeniącymi się suczkami i zadaniem znalezienia najlepszego namiotu dla wyruszającego w spływ kajakowy Wisłą męża. No tak. No bo jak. Na deser Zofia Nałkowska, która (niestety?) przyćmiła swego ojca – geografa i publicystę – książkami z dzisiejszego kanonu lektur szkolnych. Ała. To są sprawy, których można się czepiać, można też przemyśleć i spróbować wybaczyć. Piszę o nich, bo po kilku rozmowach, ponownej lekturze, próbie złagodzenia osądu – nadal mnie coś drażni. Uczciwość nakazuje więc przyczepienie się. A teraz…

Dobrze, panie Robiński, teraz trochę panu wybaczę. Za tytuł – bo “hajstra” to piękne słowo i na dodatek oznacza odludka – bociana czarnego. Wyłapuję te momenty o ciszy, bezkresie i pustych przestrzeniach zasypanych śniegiem, gdzie tylko lisi trop niepokojąco przecina nam drogę. Wybaczę, bo można śladem książki dotrzeć wreszcie do Kampinosu, do Puszczy Karpackiej, gdzie stuletnie jodły, zgniotek cynobrowy, puchlinka ząbkowana i planowany, a niechciany przez lobby biznesowe, Turnicki Park narodowy. Nawet trochę polubię za Rogera Deakina, który przyjeżdża z przyjaciółką w Bieszczady i wędrują śladami wysiedlonych wiosek i ludzi, po których zostały ule i jabłka w zdziczałych sadach. Jak cukierek smaczny jest fragment o tolkienowskich drzewach, o najlepszej tłumaczce Tolkiena Marii Skibniewskiej. Na deser – sposób na ochronę starych, potężnych drzew – kapliczki. Dlaczego?


Zabierzcie “Hajstry” Adama Robińskiego do pociągu. To dobre miejsce do takiej lektury. “Hajstry” mają sporo mielizn, ale na mieliźnie zawsze można spotkać jakiegoś brodźca, kszyka czy inne ptaszydło. Takie książki cenię za tropy i podpowiedzi, za zachętę do wskoczenia w treki i wyruszenie do lasu. To macie, czytajcie i szukajcie czegoś dla siebie.

Adam Robiński / “Hajstry” / Wydawnictwo Czarne