Komiks na uspokojenie

W lutym minął rok od śmierci Jirō Taniguchiego, wydawanego w Polsce przez Hanami. Obok historii Guy Delisle’a, to najładniejszy komiks zeszłego roku. I zupełnie inny. Cykl cichych, uważnych historii, spacerów po mieście, powrotów z pracy. Moknie w deszczu, pływa w basenie po zapadnięciu zmroku, po zamknięciu; wchodzi w ulotne kontakty z przechodniami, podgląda ptaki, rzekę i spadające płatki kwiatów wiśni – Idący człowiek. Komiks, który czyta się i ogląda dla uspokojenia, dostrzeżenia zwyczajności i wspólnego, kojącego spaceru z Taniguchim, dla gorącej kąpieli, wspinania się na drzewo, dla czerpania przyjemności ze spoglądania na codzienność. Bardzo piękna rzecz, kończy się nakład, spieszcie się.

Na język polski “Idącego człowieka” przetłumaczył Radosław Bolałek, który chowa swoje nazwisko, gdzieś pod stopką redakcyjną.

Jiro Taniguchi / Idący człowiek / tłum. Radosław Bolałek / Hanami

Advertisements

Rezerwaty książek

Przewodnik”Rezerwaty książek” zrobiła Anna Karczewska. Może i teksty napisał Marcin Raczkiewicz, a nasz stylowy bałagan ujął na fotografiach Tomasz Mateusiak, może i Minister dał kasę (no dobra, to akurat mega ważne, a więc dzięki!) i okładkę zrobiły Fajne Chłopaki. Ale gdyby nie Anna, to pewnie nie byłoby dziś “Książki kupuję kameralnie” i ogólnopolskiej grupy księgarskiego wsparcia. Bo tak właśnie się zdarzyło, stało, jest. Z prowincjonalnego Poznania wyskakuję czasem do Warszawy, Wrocławia, czy Krakowa, żeby spotkać się ze znajomymi księgarzami i księgarkami, kupić u nich książkę, wypić kawę, spędzić czas na szkoleniu. Owocem całego tego bałaganu jest między innymi ten przewodnik. Ma mieć następne części, ale Minister tym razem nie daje kasy, zobaczymy, co się wydarzy. Tymczasem między okładkami znajdziecie 25 księgarń, które warto odwiedzić – od Krakowa po Choszczno, przez Warszawę, Brzeg Dolny, Śrem, Gliwice i dalej, skacząc po mapie przez Polskę. Księgarze to nie są normalni ludzie. Bardzo ich wszystkich szanuję i wierzę, że ich biznesy są możliwe, choć trudne.
Bookowski miał istnieć pięć lat i być dla nas małą, zabawną przygodą. Każdy rok jest niespodziewaną nadwyżką. Bo jeszcze przez chwilę nam żal. Dlatego podziwiam tych, którzy związują się ze swoimi księgarniami na kilkanaście, kilkadziesiąt lat.
Mamy kilka egzemplarzy przewodnika “Rezerwaty książek”, jeśli ktoś miałby ochotę, niech pisze po co i na co – oddamy.

Straszna opowieść o wykorzystywaniu

Mam problem, bo “Świństwo” to straszna opowieść o wykorzystywaniu: kobiet przez mężczyzn, kobiet przez kobiety, ludzi przez system polityczny i ekonomiczny. Co tu ukrywać – ludzi przez ludzi. Zezwierzęcenie jest formą ucieczki? Poza tym w głowie mam koktajl ze skojarzeń z “Candy” Southerna&Hoffenberga (tłum. Świerkocki), “451* Farenheita” Bradbury’ego (tłum. Michałowska) – oraz wisienka – z “Dzisiejszymi czasami” Chaplina. Nie ma happy endu, nie ma dobrych ludzi.

I co teraz? Czytać? Nie czytać? Czytać się chce, bo jak Przemek Dębowski zrobi książkę, to mi się jej po prostu chce. Obwoluta jest szara, wnętrze różowe, tłumaczenie (śmiem rzec) dobre, treści niestety aktualne po wsze czasy. Tylko mój eko-terrorystyczny mózg wskazuje palcem i skrobie paznokciem – wilki nie jedzą ludzi. No chyba, że wilkołaki. Ale ludzie też nie zamieniają się w świnie….aaaa, czekaj, wróć…hmm.

Marie Darrieussecq / Świństwo (Truizmy) / tłum. Barbara Walicka / Karakter

 

Warszawskie poboczności

“Znałem faceta, który jadł frytki ze śmietaną (…)”. Znał i kilku innych, wypalił trochę papierosów, osuszył trochę butelek z browarem, złaził blokowiska. Znał swoją babcię Zosię, co syna rodziła w spiżarce, w ziemi, bo dom zabrała ofensywa Armii Czerwonej. W ’47 rodziła. I chodziła być może do cerkwi, ale kto by się dzisiaj zastanawiał? Znał Profesora Kruka. Jest ten Pablo, ten Paveł facetem, który napisał rozdział o kociej śmierci. Wierzysz facetowi. “Idę i rymują mi się te domy i ogródki”. “Ludzie zatrzymali przy sobie koty chyba po to, by mieć na co dzień trochę tajemnicy, czegoś co nie będzie wielką religią, tylko powszednim obcowaniem z niepewnością”. “(…) dwadzieścia lat to kupa czasu, tony deszczu i setki tysięcy kilometrów na godzinę wiatru od Wisły.” Czytasz jakbyś go słuchał. Warszawskie poboczności. Listy z przeszłości, pocztówki z nieistniejących barów. To nie jest pijacko-nikotynowe podlizywanie się czytającym. Wierzę Sołtysowi, gdy opowiada o ludziach, chłopakach, dziewczynach, zdarzeniach, które są codziennie obok i tylko niektóre zapamiętujemy i męczą czasem, wynurzając się z przeszłości. Nie lubię prozy dla prozy, dla flirtu. Ale tu w rytm słów wchodzę między bloki, badyle, do blaszaków, pustostanów, do izby, w której babcia Zosia leży ze świecą w rękach. Dobrze to spisane. Jest fajnie. Cieszy mnie ta ciekawostka literacka. Cieszcie się nią i Wy 🙂

Paweł Sołtys / “Mikrotyki” / Wtydawnictwo Czarne / okładka fajna od Fajne Chłopaki / oczy mam zmęczone nie piwem, piwa nad morzem, na zadupiu jeszcze nie ma, ale świeże powietrze i słońce robią swoje.

Jak czytać historię i docierać do faktów?

“Sendlerowa” – ogromna i dociekliwa praca Anny Bikont. Mam przeczucie, że “Sendlerowa” to lektura obowiązkowa. Żeby przemyśleć, dowiedzieć się, szturchać partnera czytającego Kołakowskiego – “ej, ej, a wiedziałeś?? Że była taka ulica i tam Falski i ta Piotrowska….”, gadać z rodzicami o Baczyńskim i sięgnąć ponownie po Michała Głowińskiego. “Sendlerowa” – książka, która jak kamień rzucony w staw, raz dobrze chlupnie, a potem długo jeszcze woda faluje i szemrze.

Dla mnie ta książka to też czas spędzony w wojennej Warszawie, powrót do obrazów getta znanych z tylu innych lektur, zaskoczenie PRLowską Sendlerową. Może nie zaskoczenie, bo tak naprawdę niewiele o niej wiedziałam. Zabrałam się za czytanie ćwicząc najpierw przytupy sumo, bo wiedziałam, że to nie będzie myk-myk, lektura na dwa popołudnia. Nie jest łatwo, jeszcze czytam, zachwycona ogromem pracy wykonanym przez Bikont. Wielu mądrzejszych już pisało o tej książce, nie będę się silić. Chcesz coś wiedzieć o swoim kraju, o historii, o tym, jak ją czytać i jak docierać do faktów, lawirując między wspomnieniami, sprzecznymi datami? Bikont. Bardzo.

A tu jeszcze wywiad Olgi Wróbel z autorką. Nie czytajcie komentarzy, bardzo proszę. To nie ma sensu.
http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/bikont-na-kazdym-kroku-pilnie-wykluczano-zydow-z-polskiej-spolecznosci/

Anna Bikont / Sendlerowa / Wydawnictwo Czarne

O rety!

Od Puszczy Białowieskiej przez Syberyjską tajgę, Wielką Rafę Koralową, Madagaskar, Antarktydę, Patagonię, Wielki Kanion Kolorado, po Arktykę. 37 arcyciekawych miejsc na Błękitnej Planecie. Tomek Samojlik nielicho się narobił, narysował, naskrobał ołówkiem i kredkami, żeby zabrać Was w niesamowitą podróż po krainie przyrody – tej mniej i bardziej znanej. Poznacie zwierzęta, które mają się świetnie i te na skraju wyginięcia. Dowiecie się, kto oprócz dzięcioła jest trójpalczasty, po co palczakowi aj-aj wydłużony środkowy palec (nie, nie pokazuje go drapieżnikom) i gdzie żyje sóweczka kaktusowa? W warstwie komiksowej (dymki białe) dla bystrzaków są ukryte zagadki – dlaczego assapan północny krzyczy “Geronimo!” i co żółw słoniowy ma wspólnego z mistrzem Yodą?

Zabraliśmy książkę na weekend na wioskę, bawiliśmy się świetnie, przyroda jest zaje..sta!

Tomasz Samojlik / O rety! Przyroda świata / MULTICO Oficyna Wydawnicza

Czas na prozę

Na melancholię, na ból egzystencji, na braki słońca. Wznowienie “Olive Kitteridge” w przekładzie Ewy Horodyski. Był Pulitzer, serial, jest znów książka. W serialowych rozdziałach, obyczajowo, z dreszczem, z katalogiem ludzi z małego miasteczka w stanie Maine. Tulipany, kawa po irlandzku, zawiedzione nadzieje, zmarnowane życie, powolne życie, rozwody, zdrady, alkohol, matki tyranki, ojcowie cisi. Z widokiem na drzewa i zatokę. Z szumem przypływów i odpływów nadchodzi starość, dzieci dorastają i popełniają już tylko swoje błędy. To wszystko jest otulone spokojem, jak śmietanką, ale nagle coś tężeje, łamie się w każdym rozdziale inaczej. Kiedyś pomyślałam, że jeśli przeczytam coś Elizabeth Strout to niech to będzie “Olive…”. Olive Kitteridge, zjawiająca się niemal jak deus ex machina w każdym opowiadaniu tworzącym mozaikę miasteczka. Olive wyczuwająca emocje i katastrofy, a przy tym obcesowa, trudna, nigdy nie mówiąca przepraszam. Bierzcie, czytajcie, starczy tych reportaży, pora na trochę prozy 😉

PS. I jednak cały czas miałam wrażenie, że to bardziej epoka saloonów niż zamachu na WTC, maili i rezonansu magnetycznego… Właściwie nie wiem czemu. Oraz chciałam dodać, że w pierwszym albo drugim opowiadaniu taka scena jest, że przyjaciele idą na polowanie i jeden myli drugiego z jeleniem. Ojej.

Książkę wznowiło wydawnictwo Wielka Litera.