Tag Archives: czarne

O krukach

Bernd Heinrich o krukach. Jeśli kiedykolwiek miałabym pojechać do Stanów, byłby to stan Maine. Coraz częściej wpada w ucho, że lasy tamtejsze piękne i rozległe. I krążą nad nimi stada Corvus Corax, które tak polubił Pan Bernd. Historia związków przyrodnika z krukami i badań nad nimi jest bardzo ciepła. Heinrich ma w sobie coś niesamowicie sympatycznego – zarówno gdy ściąga krowie truchło z ciężarówki i zbiera z drogi padlinę na potrzeby badań, jak i gdy je śniadanie, pije kawę i żałuje, że nie może tej czynności pokontemplować, bo nauka czeka. A naokoło lasy Maine. To tylko drobiazgi, tak na zachętę, smacznego 😉

Gościnny udział w sesji – Maciej “Zmarzlina” Gierszewski, foto: Tomasz “Mokra stopa” Kandziora, nad nami bielik, kruki, myszak, gęsi.

Bernd Heinrich / Umysł kruka / tłum. Michał Szczubiałka / Wydawnictwo Czarne

Advertisements

Warszawskie poboczności

“Znałem faceta, który jadł frytki ze śmietaną (…)”. Znał i kilku innych, wypalił trochę papierosów, osuszył trochę butelek z browarem, złaził blokowiska. Znał swoją babcię Zosię, co syna rodziła w spiżarce, w ziemi, bo dom zabrała ofensywa Armii Czerwonej. W ’47 rodziła. I chodziła być może do cerkwi, ale kto by się dzisiaj zastanawiał? Znał Profesora Kruka. Jest ten Pablo, ten Paveł facetem, który napisał rozdział o kociej śmierci. Wierzysz facetowi. “Idę i rymują mi się te domy i ogródki”. “Ludzie zatrzymali przy sobie koty chyba po to, by mieć na co dzień trochę tajemnicy, czegoś co nie będzie wielką religią, tylko powszednim obcowaniem z niepewnością”. “(…) dwadzieścia lat to kupa czasu, tony deszczu i setki tysięcy kilometrów na godzinę wiatru od Wisły.” Czytasz jakbyś go słuchał. Warszawskie poboczności. Listy z przeszłości, pocztówki z nieistniejących barów. To nie jest pijacko-nikotynowe podlizywanie się czytającym. Wierzę Sołtysowi, gdy opowiada o ludziach, chłopakach, dziewczynach, zdarzeniach, które są codziennie obok i tylko niektóre zapamiętujemy i męczą czasem, wynurzając się z przeszłości. Nie lubię prozy dla prozy, dla flirtu. Ale tu w rytm słów wchodzę między bloki, badyle, do blaszaków, pustostanów, do izby, w której babcia Zosia leży ze świecą w rękach. Dobrze to spisane. Jest fajnie. Cieszy mnie ta ciekawostka literacka. Cieszcie się nią i Wy 🙂

Paweł Sołtys / “Mikrotyki” / Wtydawnictwo Czarne / okładka fajna od Fajne Chłopaki / oczy mam zmęczone nie piwem, piwa nad morzem, na zadupiu jeszcze nie ma, ale świeże powietrze i słońce robią swoje.

Jak czytać historię i docierać do faktów?

“Sendlerowa” – ogromna i dociekliwa praca Anny Bikont. Mam przeczucie, że “Sendlerowa” to lektura obowiązkowa. Żeby przemyśleć, dowiedzieć się, szturchać partnera czytającego Kołakowskiego – “ej, ej, a wiedziałeś?? Że była taka ulica i tam Falski i ta Piotrowska….”, gadać z rodzicami o Baczyńskim i sięgnąć ponownie po Michała Głowińskiego. “Sendlerowa” – książka, która jak kamień rzucony w staw, raz dobrze chlupnie, a potem długo jeszcze woda faluje i szemrze.

Dla mnie ta książka to też czas spędzony w wojennej Warszawie, powrót do obrazów getta znanych z tylu innych lektur, zaskoczenie PRLowską Sendlerową. Może nie zaskoczenie, bo tak naprawdę niewiele o niej wiedziałam. Zabrałam się za czytanie ćwicząc najpierw przytupy sumo, bo wiedziałam, że to nie będzie myk-myk, lektura na dwa popołudnia. Nie jest łatwo, jeszcze czytam, zachwycona ogromem pracy wykonanym przez Bikont. Wielu mądrzejszych już pisało o tej książce, nie będę się silić. Chcesz coś wiedzieć o swoim kraju, o historii, o tym, jak ją czytać i jak docierać do faktów, lawirując między wspomnieniami, sprzecznymi datami? Bikont. Bardzo.

A tu jeszcze wywiad Olgi Wróbel z autorką. Nie czytajcie komentarzy, bardzo proszę. To nie ma sensu.
http://krytykapolityczna.pl/kultura/czytaj-dalej/bikont-na-kazdym-kroku-pilnie-wykluczano-zydow-z-polskiej-spolecznosci/

Anna Bikont / Sendlerowa / Wydawnictwo Czarne

Historie wysiedlonych

Nie mieli goretexu, atoma (uszytego z miłości), merynosów i skarpet. Treków też nie mieli. A wszystko, co mieli zostawili na pastwę wojny. Bieżeńcy. Przeczytajcie “Bieżeństwo 1915” Anety Prymaki-Oniszk. To historia Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Łotyszy, Żydów, Ormian, Litwinów, Estończyków wysiedlonych z zachodnich kresów Imperium Rosyjskiego – m.in. dzisiejszego Podlasia oraz z części ziem Królestwa Polskiego. Na Syberię, na Krym, pod granicę z Chinami albo bliżej, do części europejskiej. Bieżeństwo – wysiedlenie, wygnanie, dobrowolny(?) wyjazd. Ogromnie dramatyczna historia ludzi spod Dubicz Cerkiewnych, Narewki, Hajnówki, Białegostoku – miejscowości tak dobrze mi znanych z podróży na Wschód. Podobno nie sposób zrozumieć Wschodu bez poznania historii bieżeńców. Najstarsi ludzie pamiętający 1915 rok i grozę nadchodzącej wojny już nie żyją, świadectw jest mało i są niepełne. Wygnanie, życie setki kilometrów od rodzinnych wiosek, a potem powrót do niewiadomego pozostają nieopisane.

Tę lukę stara się wypełnić Aneta Prymaka-Oniszk, wnuczka bieżeńców. To jest książka obowiązkowa. Bo to w dużej mierze historia prawosławna, być może właśnie dlatego tak nieobecna w historii Polski (katolickiej). Bo ważna jest pamięć o losach kilku milionów ludzi, z których jedna trzecia nie przeżyła podróży na wygnanie i z wygnania, ale też dlatego, że historia kołem się toczy, a my nie wyciągamy wniosków. Albo nie mamy zbyt wielkiego wpływu na historię układaną przez mocniejszych, bogatszych, wpływowych. Losy bieżeńców są dziwnie znajome. Opisy obozów przejściowych, łapówek, przyjmowania ludzi w nowych miejscach, życzliwość albo wrogość. Pomoc i niechęć. Rozpacz, śmierć najbliższych, choroby, brak środków do życia, trudności z aklimatyzacją w tymczasowym miejscu pobytu, brak pracy. Wyliczać można długo. Wydaje nam się, że żyjemy w stabilnym, zrównoważonym świecie, ale zanurzając się w historii bieżeńców ma się wrażenie, że wszystko jest zaskakująco i niepokojąco powtarzalne i kruche.

Zaczęłam czytać “Bieżeństwo 1915” przy kominku w Siemianówce. W ciepłym i gościnnym Domu na Wschodzie. Kończę w Poznaniu i zastanawiam się, jak bardzo bieżeństwo i składanie Polski po rozbiorach wpłynęło na to, jacy dziś jesteśmy – jako ludzie i naród? Czy tworzenie granic i wypychanie ze “swojej ziemi” ludzi mówiących innym językiem, wyznających inną religię, być może spiskujących przeciwko nam, nie daj boże myślących o sobie, jako o innym narodzie – czy to gdzieś w nas zostało? Czy to też powtarzalne emocje, tak bardzo zakodowane? Czy granice muszą być szczelnie zamknięte, opieczętowane, a przy wpuszczaniu kogokolwiek na ten “nasz” wychuchany teren, należy sprawdzić, czy obcy aby na pewno umie się przeżegnać i mówi “po naszemu”? Skończyłam czytać o trzeciej w nocy i mam poczucie, że te pytania są bardzo proste i bardzo trudne. Tak, jak i odpowiedzi.

Aneta Prymaka-Oniszk / “Bieżeństwo 1915” / Wydawnictwo Czarne

Więcej informacji o pracy, jaką wykonała autorka, znajdziecie tu: https://biezenstwo.pl/

Momenty o ciszy i bezkresie

Kot spogląda podejrzliwie albowiem wie wszystko o łazęgach i bezdrożach. Adam Robiński wie też sporo. Ale. Coś mnie drażniło przez jakąś niecałą połowę książki. Maniera? Styl? Czy męska wyłączność na odkrywanie świata? O-ho. Żony zostają z remontami, szczeniącymi się suczkami i zadaniem znalezienia najlepszego namiotu dla wyruszającego w spływ kajakowy Wisłą męża. No tak. No bo jak. Na deser Zofia Nałkowska, która (niestety?) przyćmiła swego ojca – geografa i publicystę – książkami z dzisiejszego kanonu lektur szkolnych. Ała. To są sprawy, których można się czepiać, można też przemyśleć i spróbować wybaczyć. Piszę o nich, bo po kilku rozmowach, ponownej lekturze, próbie złagodzenia osądu – nadal mnie coś drażni. Uczciwość nakazuje więc przyczepienie się. A teraz…

Dobrze, panie Robiński, teraz trochę panu wybaczę. Za tytuł – bo “hajstra” to piękne słowo i na dodatek oznacza odludka – bociana czarnego. Wyłapuję te momenty o ciszy, bezkresie i pustych przestrzeniach zasypanych śniegiem, gdzie tylko lisi trop niepokojąco przecina nam drogę. Wybaczę, bo można śladem książki dotrzeć wreszcie do Kampinosu, do Puszczy Karpackiej, gdzie stuletnie jodły, zgniotek cynobrowy, puchlinka ząbkowana i planowany, a niechciany przez lobby biznesowe, Turnicki Park narodowy. Nawet trochę polubię za Rogera Deakina, który przyjeżdża z przyjaciółką w Bieszczady i wędrują śladami wysiedlonych wiosek i ludzi, po których zostały ule i jabłka w zdziczałych sadach. Jak cukierek smaczny jest fragment o tolkienowskich drzewach, o najlepszej tłumaczce Tolkiena Marii Skibniewskiej. Na deser – sposób na ochronę starych, potężnych drzew – kapliczki. Dlaczego?


Zabierzcie “Hajstry” Adama Robińskiego do pociągu. To dobre miejsce do takiej lektury. “Hajstry” mają sporo mielizn, ale na mieliźnie zawsze można spotkać jakiegoś brodźca, kszyka czy inne ptaszydło. Takie książki cenię za tropy i podpowiedzi, za zachętę do wskoczenia w treki i wyruszenie do lasu. To macie, czytajcie i szukajcie czegoś dla siebie.

Adam Robiński / “Hajstry” / Wydawnictwo Czarne

Chrapiący ptak

Nie sądziłam, że to będzie taka niemiecko-szkoco-żydowsko-polsko-amerykańska epopeja (niemal 600 stron). Przez kilka kontynentów. Z Darwinem w tle. Na styku przyrodoznawstwa i biologii, obok genetyki i fizyki molekularnej.

Heinrichowie pochodzą z majątku Borówki w dzisiejszym kujawsko-pomorskim. Ich życie poddane wpływowi kolejnych wojen toczy się gwałtownie i dzięki zbiegom okoliczności i szczęśliwym przypadkom – rodzina po drugiej wojnie światowej osiada czasowo (w warunkach waldenowskich) w lesie w Niemczech, by w końcu wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Wszystko to na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Po drodze są wyprawy do Bułgarii, Rumunii, Birmy, w końcu do Afryki. A na końcu znów Polska.

Ojciec Bernda poświęcił swoje życie gąsienicznikom czyli dość przerażającym nie do końca owadom prowadzącym nieco pasożytniczy styl życia… W Polsce jest ich coś koło trzech tysięcy gatunków. A “papa” Bernda zjeździł za nimi pół świata. Zarabiał polowaniem na ptaki i wypychaniem ich dla muzeów m.in. w Berlinie i Nowym Jorku (do dziś tam są opisane jego nazwiskiem i służą badaczom). Co ciekawe, jego wytrwałymi pracowniczkami (preparowały skórki) były jego dwie kolejne partnerki życiowe. Mimo, że sponsorzy wypraw twierdzili, że z babami to te wyprawy są nic nie warte… Czy muszę dodawać, jak bardzo się mylili? 😉

Gerd Heinrich napisał i z niemałym trudem opublikował olbrzymi “katalog” gąsieniczników. Dzieło, do którego zajrzało pewnie kilka osób. Pewnego dnia, grzebiąc w starociach na strychu domu swojej matki – Bernd odkrywa nieco przybrudzoną książkę ojca. I postanawia w pewnym sensie oddać ojcu sprawiedliwość, opisać jego życie, którym zasłużył na trochę lepsze miejsce w gronie badaczy przyrody.

Książka zawiera kapitalne historie rodzinne (choćby ta o narodzinach Bernda w Lebensbornie) oraz przyrodnicze. To opowieść o rozwoju biologii i sporów wewnątrz środowiska czyli naukowcy vs przyrodnicy. Jest w niej ogrom miłości do natury i lęk o jej przyszłość, jeśli najgroźniejsze zwierzę na ziemi – człowiek – nie zastopuje swoich zapędów. Jest w “Chrapiącym ptaku” dużo łatwo-przyswajalnej wiedzy przyrodniczej, bo autor po ogłoszeniu kilku rozpraw naukowych zaczął pisać artykuły popularnonaukowe, zrozumiale dla większego grona odbiorców. Profesor Bernd Heinrich jest dziś na emeryturze, napisał kilkanaście książek, dwie z nich możecie przeczytać po polsku (oprócz “Chrapiącego…” jest jeszcze “Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci”)

Bernd Heinrich / Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii / tłum. Michał Szczubiałka / seria: Menażeria / wyd. Czarne

Hen, hen, na północy Norwegii…

HEN, hen, daleko stąd, bo na północy Norwegii stoi taki performatywny autobus twarzą do dołu (skąd i dlaczego – przeczytajcie). Właśnie zamknęłam książkę, w którą wpada się wraz z zorzą, a wypada ze śnieżycą. “Hen” jest dla mnie opowieścią o naznaczonych wiekiem ludziach i o przedmiotach – porzucanych, niosących historie, ale i zapomnienie. O szukaniu ludzi ze zdjęć i o próbach podejmowania prawdziwych rozmów. Ilona Wiśniewska napisała piękną książkę o spotkaniu z Północą, ale przede wszystkim o spotkaniu z Ludźmi Północy. Jej rozmowy, odkrywanie historii wymagały wrażliwej cierpliwości, czułego dotknięcia chropowatych serc. To są zwyczajni ludzie, ale jednak żyjący poza strefą komfortu. Wychowani wokół rybołówstwa, w zamarzających portach, zasypanych śniegiem wioskach odbudowanych z pożogi (dosłownie!) drugiej wojny światowej. Jest w tej książce ważne miejsce dla ludu saamów i ich joiku (charakterystycznego śpiewu). Jest tu dużo o przyrodzie – zniszczonej i zniekształconej – ale też potężnej, choć ciągle dręczonej przez koncerny, fermy łososia, tamy, regulacje…

Północna Norwegia jest trochę oderwana od świata – aż chciałoby się pojechać i zajrzeć do drewnianych domów malowanych w jaskrawe kolory, zerknąć na opuszczone miasteczka, spotkać wychłostanych mrozem ludzi, których przodkowie zaryzykowali i osiedli z wielodzietnymi rodzinami w miejscu, gdzie domy, porty, nieliczne sklepy – trzeba było mozolnie wybudować i starać się żyć w świecie długich nocy i dni polarnych. Dlaczego to robili? i dlaczego nie uciekli stamtąd, a teraz nawet zdarza im się wracać?

I jeszcze kobiety – zupełnie wyjątkowymi bohaterkami “Hen” są kobiety – rodzące naście dzieci albo samodzielne. Wdowy, matki, żony, artystki.

Ilona Wiśniewska / Hen / wyd. Czarne

Chodźcie do Księgarni!