Tag Archives: Pogranicze

Konie i ludzie, ludzie i konie. I kawa

Mówił Daniel Mizieliński – „trzeba dbać o ciało, bo nie służy wyłącznie do noszenia głowy”. Coś mi odbiło i w lutym, w srogą (haha) zimę postanowiłam poszukać nowego, radosnego, spokojnego miejsca na doroczny księgarski wypoczynek. Miało być spanie, jedzenie i czytanie. No i totalnie się pomyliłam. Boże drogi, jak wtopiłam. Przeczytałam tam jedno opowiadania Wellsa Towera i dwa artykuły z jakiejś Werandy i Ust. I wróciłam tak zdziwiona tym, co robiłam, że do teraz się otrząsam.

Potoczek. Pogranicze polsko-czeskie. Dojeżdżamy krętą drogą i stajemy przed tą chałupką z Ust i Werandy. Myśleliśmy, że to pomyłka. „To tu?”, pytamy na głos. Dom prostokątny, dach skośny, wzgórze za domem, jakoś niezbyt spektakularnie… „Na konie? To tu!” – odpowiadają krzątający się na parkingu ludzie. Zbliża się osiemnasta, pora umówionej kolacji, na którą lecieliśmy na złamanie karku, no to wchodzimy. Drzwi otwiera kędzierzawa, szelmowsko uśmiechnięta osoba i wita nas ni mniej, ni więcej, tylko tak: “No dzień dobry Bookowscy!”. Kasia – bosa i rześka, jakby dzień się dopiero zaczynał. Bo my, moi drodzy, pojechaliśmy do Kasi i Lokusza na obóz konny. To miało być tak – dwie godzinki jazdy dziennie, takie bardziej oswajanie się ze zwierzęciem, zaprzyjaźnienie się z nim, a potem hulaj dusza, czytanie, spanie, łażenie po górkach. Po pierwsze  dom jest pojemny, ciepły, pachnie chlebem, jest prosty, pełen powietrza, przestrzenny, taki, że odnajdujesz się w nim w pięć minut. Zgroza mieszczucha – jedna łazienka i mało gadżetów. W naszym pokoju stoi niebieski, drewniany zegar, nie chodzi i do złudzenia przypomina mi Matkę Boską w ciąży. Oprócz tego trzy łóżka i szafa. Dwa krzesła (z gemeli) i stolik. Koniec. Na przyszłość Kasia obiecała nam biurko 🙂 Na przynętę dodam, że ta prostota jest piękna, czysta w formie, miłośnicy dobrze zaprojektowanych przestrzeni zdecydowanie się tu odnajdą. A oszaleją w kuchni. Bo lodówka – stary, przepiękny BOSCH.

 

 Tylko, że ja nie o tym chciałam pisać. Nie o tym, że sami pieką chleb, że ostatniego wieczora Tomasz upiekł go z Lokuszem, że właśnie zaprawiali ogórki, że w kilkunastolitrowym garze gotowały się morele na dżem, że kuchnia jest tu wyłącznie wege, że mleko tylko kozie, od meczącej pod kuchennym oknem Buni, a pomidory z lokalnej eko-uprawy, że łażą tu koty i jeden cudowny pies, że wspólne posiłki trwają długo, są do zgłupienia smaczne i pożywne, bardzo swojskie, że w środku dnia wjeżdża jeszcze regenerująca siły zupa (Kasia! Królowo nasza!), że chodzi się spać wcześnie, bo rano szkoda dnia, że muzyki słucha się tu najlepszej, książki czyta bez opamiętania, westerny ogląda po trzy razy te same, a kawę pije hektolitrami.
 

 

Piętnaście hektarów łąk to dom Płatków Śniegu, Mary Lu, Kanidżji, Pampai, Whiskey, Hermano, Don Diego i Lejli. Pierwszego dnia bierzemy wiadro owsa i idziemy na pustą łąkę od połowy porośniętą lasem i krzakami. Na wołanie Lokusza „Koonie, konie, koonie!” najpierw przybiegają kozy. Potem spokojnie z lasu wychodzą dwa konie, po dłuższym nawoływaniu słychać rżenie i w pełnym galopie wypada na łąkę reszta stada. Wszelkie moje wątpliwości rozwiały się w tej sekundzie. Jeśli poznać konie i spróbować się z nimi dogadać, to tylko u Lokusza.

 

 

Pominę wszystkie techniczne szczegóły jazdy. Ciekawiło mnie to, co o relacjach człowiek-zwierzę i zwierzę-zwierzę opowiadali Lokusz i Kasia. Że konie w stadzie zawsze mają swoją hierarchię i potrafią ją dość brutalnie ustawiać. Relacja jeźdźca ze zwierzęciem też jest relacją władzy i posłuszeństwa. To bardzo nie moje, ale albo ty jedziesz na koniu, albo koń idzie gdzie chce czyli najpewniej do domu, do owsa. Każdy koń jest inny, wiadomo. Płatki Śniegu są szybkie i zwinne, Mary Lu nieco ociężała i trochę wredna, Pampaja to siła spokoju. Koń wietrząc słabość twojego charakteru wykorzysta to i niekoniecznie zastosuje się do twoich próśb (go, łuuu, łoo! ej, gdzie idziesz? no eeej, proszę ruuszaj! nie zrzucisz mnie, prawda? stóóój, Chryste Panie, stóóój!)  i poleceń. Jaka jest mechanika galopu, co koń widzi, co robi, gdy się denerwuje, jak mu podziękować, jak uspokoić – lokuszowe lekcje. Sama obserwacja zwierząt – i przy pracy, i w czasie wolnym – to ogromna przyjemność.

 

 

Potem były jazdy terenowe, bo innych tu w zasadzie nie ma. Kontrolowane mniej lub bardziej galopy i kłusy, widok na masyw Śnieżnika, popas na czeskich łąkach. Rano konie wołaliśmy już sami, szczotkowaliśmy, czyściliśmy im kopyta, pytaliśmy czy wszystko u nich okej i czy są gotowe znowu z nami pracować. Siodłaliśmy i ruszaliśmy za Lokuszem na małe wyprawy. Po nich następowało to, co najmilsze dla zwierząt a i fajne dla ludzi – rozsiodłanie konia, zdjęcie wędzidła, polewanie konia i trochę siebie wodą, zaprowadzenie na trawę i zdjęcie kantarka.

 

 

 

 

 

Potem w “przykucu łąkowym” gapiliśmy się jak zwierzęta skubią trawę, i tarzają się w niej zrzucając ludzki smród z grzbietu (to akurat moja teoria). Po ostatniej jeździe przytuliłam się mocno do Płatków Śniegu – jest duża i ciepła, intensywnie pachnie sierścią, sianem, zwierzęciem, waży kilka razy tyle, co ja i wtedy, po całym tygodniu, miałam poczucie, że ocaliła mnie od gwałtownej śmierci 😉

 

Konie u Lokusza nie mają stajni, prowadzą życie na łąkach. A te są przebogate, spędziłam na nich jedno popołudnie z nosem przy ziemi i z aparatem fotografując kolejne rośliny i pleniącego się dziewięćsiła bezłodygowego.

 

Szaleństwo owadów i roślin, zawisające w trzepocie pustułki, dzierzba na krzaku dzikiej róży, w lesie zatrzęsienie jagód, na sośnie dzięcioł czarny, a w skrytości chaszczy podobno czai się derkacz.

 

Zbieg zdarzeń spowodował, że ludzi przy stole było ciągle dużo, rozmowy się splatały i rozplatały. Z Agnieszką i Martą – pedagożkami specjalnymi – gadałyśmy o autyzmie, o książkach, na których pracują (Herve Tullet!), o możliwościach hipoterapii i w ogóle dobroczynnym wpływie zwierząt na ludzi chorych i zdrowych. Przyjechał przyjaciel Lokusza, weterynarz, bo jeden z koni jechał do nowego domu. Więc  było o szczepieniach, ubezpieczeniach, a przy okazji prześwietlenie i oglądanie rozrzedzonej kości suczki Poli. Przyjechała Fanta – przyszła właścicielka Hermano i były wieczorne dyskusje o postawie w siodle, jeździe bez wędzidła, o pewnym dwunastolatku, który wpadając w galop rozpościerał ramiona i śmiał się radośnie – czy to dziecięcy brak lęku, instynkt czy jeszcze coś innego? To był intensywny kurs bliskiego życia z przyrodą. Rozmów o zwierzętach i ludziach, wegetarianizmie, polityce, literaturze, filmach, przepisach na tę zajebistą pastę z suszonych pomidorów i “kaszankę” z czarnej soczewicy wydzieraną sobie do ostatniego ziarnka było tu tyle, że książki nam się trochę zakurzyły, a potem już trzeba było wracać.

 

Jedźcie na Dolny Śląsk, jedźcie do Potoczka, poznajcie Kasię i Lokusza. Dawno nie doświadczyliśmy takiego kopa dobrych prądów od całej ekipy cudownych ludzi. A jeśli nie daje Wam spokoju ta relacja koń-człowiek, to spytajcie Lokusza o historię Whiskey. Whiskey ma dwadzieścia cztery lata, Lokusz ją sprzedał, a potem w pewnych okolicznościach odkupił. I klacz żyje i dożyje na tych łąkach swoich dni.
Kasiu, Lokuszu – powodzenia, jesteście cudowni.
Znajdziecie ich tutaj: U Lokusza 

 

Ptaki, ludzie i luneta Swarovskiego

Była sobie w Gruzji pewna dolina…

Na wierzchu opowieści jest rozpad Związku Radzieckiego i nowa Gruzja, bez “Wielkiego Brata”.  Zmiana stosunków społecznych, stosunków władzy, pojawienie się “brodatych” czyli prawosławnych, wtargnięcie monasteru w dolinę owiec i ptaków. Zmiana która będąc politycznie drogą do przodu, do wolności, powoduje zdarzenia smutne, spychające bohaterów w niebyt, w nie-znaczenie, w jakiś bezwład. A dolina pustoszeje – nie ma już owiec, nie ma już ptaków, zniknęły gazele, myśliwi wybijają resztki.

Wyobraź sobie, że jesteś na emeryturze. Masz kasę, masz czas. Być może jesteś starszą elegancką Polką, ale bardziej starszym eleganckim Anglikiem. W dodatku Twoja przeszłość to praca w wywiadzie. Wiesz niemało o ludziach i świecie, Zimnej Wojnie. Ale teraz odpoczywasz. Kupiłeś/łaś kapitalną lornetkę, wypasioną lunetę Swarovskiego. Kupiłeś/łaś, bo kochasz podglądać ptaki. Możesz pozwolić sobie na wyjazdy w poszukiwaniu “rarytów” i kolejnych nieznanych Ci gatunków. Jedziesz też do Gruzji. I tam spotykasz bohatera stworzonego przez Arczila Kikodze – zawodowego fotografa, a sezonie – ptasiarza, pasjonata, który zarabia  obwożąc zagranicznych turystów po znanej sobie dolinie i kilku innych miejscach, czasem na ziemi będącej pod kontrolą wojska, czekającej za przepustkami, za patrolem żołnierzy. Ptasiarz wie, gdzie można spotkać poszczególne gatunki, wie, jak zmienił się krajobraz, wie, którzy ludzie zniknęli, co się zmieniło od czasów upadku Sowietów. Dużo gadasz, a ptasiarz jest tym zirytowany. Dlatego zaczyna coraz więcej opowiadać, żeby Cię nie słuchać. I tak, poznajesz historię doliny, jej “władcy” Kakucy, jednookiego pasterza nad paterze Ahmeda, niepełnosprawnego Tomy. Historię znikania.

I jakaś jest w tym znikaniu paralela – zniknął świat pewnych ludzi i zniknął świat ptaków. Oba krajobrazy, funkcjonujące, do czasu, w swego rodzaju symbiozie, zmieniły się – opustoszały, zamarły, wyjałowiły się. Dzwoni melancholijna cisza. Bohater “Ptaków i ludzi” jest pamięcią tego, co było, i obserwatorem tego, co dzieje się w powieściowym dziś. A ptaków, które w tym dziś pokazuje turystom, prawdopodobnie za kilka lat nie będzie. “Ptaki i ludzie” Arczila Kikodze to historia świata, który zniknął, doliny, w której rządy jednego człowieka utrzymywały równowagę między przyrodą a potrzebami ludzi. Kiedyś to Kakucę prosiło się o pozwolenie na polowanie, dziś niedobitki ptactwa (i ssactwa – nie mogłam się powstrzymać) wykańczają znudzeni i lekko pijani prominenci, wojskowi, politycy, bawiący się w myśliwych. Trudno mi nie myśleć o tym, że to równie dobrze może być świat w soczewce – soczewce Swarovskiego, należącej do bogatego człowieka, wykańczającego kolejne gatunki i biotopy; podcinającego gałąź na której tak sobie komfortowo siedzi…

Melancholijna, smutna, momentami senna, ale i mocna historia, gdzie dzieje szpiega, więźniów politycznych, szaleńców, lokalnych “władców” i pasterzy splatają się i rozplatają. Trochę tu niedopowiedzeń, zagadek, które sobie “domyślamy”. Anglik ze Swarovskim okazuje się wiedzieć więcej i wyczuwać bohatera lepiej, niż by się wydawało. Wątki z przeszłości zimnowojennej są jak okrutne przebłyski.

Ta króciutka książka jest cudownie napisana, to wiedziałam już po trzech pierwszych stronach. Poczułam tę rzadką przyjemność czytania i zanurzania się w świecie, który operuje trochę inną wyobraźnią niż moja. Jeśli czytacie pisarzy węgierskich, rumuńskich – to oni mają coś wspólnego w sposobie wyrażania świata, takie mam zawsze wrażenie. Dziękuję Krzysztofowi Czyżewskiemu, redaktorowi serii Meridian, za odkopanie pisarza Arczila Kikodze – gruzińskiego aktora, alpinisty, ornitologa no i pisarza właśnie w jednej osobie. Kikodze jest mi bliski oczywiście dlatego, że ma głęboko przyrodniczy umysł obserwatora i lingwisty jednocześnie. Ale to nie jest książka tylko dla ptasiarzy, to po prostu piękna, gorzka, patchworkowa opowieść z pewnego zakątka na pograniczu (o!) Europy i Azji.

Arczil Kikodze / Ptaki i ludzie / tłum. Magdalena Nowakowska / wydało Pogranicze w serii Meridian / rok wydania: 2015

KSIĄŻKĘ KUPICIE TUTAJ: O!

A tu fragment z tych bardziej przyrodniczych fragmentów:

“- Dwa lata temu pojechaliśmy w szóstkę na Antarktydę . Jesteśmy przyjaciółmi mimo różniących nas poglądów politycznych i wszędzie jeździmy razem. Kiedy wysiadałem ze statku na Antarktydzie, przeszedłem między leżącymi na brzegu fokami i pingwinami. Potem siadłem wśród nich na kamieniu, wyjąłem papierosy i się rozpłakałem. Płakałem, i słowo daję, nie mogłem przestać. Nie chciałem przestać. Płakałem, bo znalazłem się w zupełnie dzikim, starszym ode mnie świecie. Takim, który był przede mną i, mam nadzieję, zostanie po mnie…Chciałbym, żeby taki pozostał…

– Nie lubię, kiedy one krążą mi nad głową. – Wysoki Szwed pokazuje na latające wysoko na niebie sępy płowe i spluwa zieloną od tytoniu śliną. – Może to paranoja, ale nie podoba mi się, jak tak kołują i wpatrują się we mnie. Wydaje mi się, że wiedzą o wiele więcej o tym, co mi dolega, niż mój własny lekarz…

Szwed trzydzieści lat poszukiwał drozdówki rdzawej. Szukał jej w Tunezji i Turcji, w Andaluzji i na Peloponezie, aż w końcu zobaczył ją na Iori. Siedziała na krzewie cierniowym i śpiewała wniebogłosy. Było ją świetnie widać przez teleskop. Szwed patrzył na przemian w obiektyw i do “Przewodnika ptaków europejskich” autorstwa jego rodaka Larsa Svenssona. Zadarty ogon – zgadza się, białe półkole nad okiem – podobne… To był naprawdę pustynny słowik, jak nazywają u nas drozdówkę, ale Szwed i tak nie mógł uwierzyć. Ptak odleciał, on zaś jeszcze bardziej posmutniał i się zamyślił.”

 

Podróże w nieznane krainy

Wioska była najpierw, dzięki protekcji Radziwiłłów (tych samych, których opisuje Sienkiewicz w “Potopie”)  protestancka, a konkretnie – kalwińska, potem żydowska (do 1942 roku) na końcu prawosławna, a teraz? Chodzi o Orlę, miasto na Podlasiu, przez które przejeżdżaliśmy dwukrotnie podróżując do Puszczy Białowieskiej. Jak człowiek niedouczony, jak my, to ma wrażenie, że za chwilę przekroczy granicę, bo napisy w miasteczku są w dwóch językach – po polsku i  bukwami. Bukwy to jaki język? Otóż, to nie takie proste.

Książkę Piotra Nesterowicza “Ostatni obrońcy wiary” odkryłam dzięki spotkaniu z autorem w Poznaniu, w Teatrze Polskim. Odpytywał pisarza Przemysław Czapliński, a odpytywał drobiazgowo. Książkę wydało wydawnictwo Petrus, a więc z zasady katolickie. Takie, po które nie sięgam, sięgam rzadko. A tu niespodzianka. Niestety publikacji już nie można dostać na rynku, wykupiliśmy i sprzedaliśmy w księgarni chyba ostatnie sztuki. Nesterowicza na Podlasie przyciągnęła historia starowierców.  To jest książkowa odpowiedź na pytanie, co to znaczy mozaika kultur i narodów. Od starowierców, których losy śledzi drobiazgowo przez kalwinów, Żydów, Białorusinów, Litwinów po prawosławnych, czasem katolików. Ale to przede wszystkim (może to banał) opowieść o ludziach, którzy nie zastanawiają się nad swoją narodowością dopóki nikt nie każe wpisać jej w jakieś dokumenty. Ludzie z pogranicza są STĄD. I co obcemu do tego w co wierzą, dlaczego i kim się czują? Przywędrowali sami lub ich przodkowie z różnych stron Polski, Litwy, Niemiec, Białorusi, Rusi, czego tam chcecie. Mają swój język, swoje zwyczaje, które wymierają wraz z kolejnymi ludźmi i wioskami.

Nesterowicz w tej książce przypomina mi Andrzeja Dybczaka (“Gugara”) – łazi po krzakach, wyobrażam sobie jak spadają mu okulary z nosa podczas poszukiwania ruin w jakichś chaszczach. Zachodzi do ludzi, rozmawia, stara się zdobyć zaufanie, nie jest nachalny ani ciekawski, próbuje poznać i zrozumieć czym było i jest Podlasie i przyległości. Wędruje po wsiach o nazwach, które zawsze coś mówią, choć nie wszyscy pamietają co. Czeremcha, Pochulanka, Orla, Gabowe Grądy, Kleszczele, Siemianówka czekają i szepczą historie, tak jak ich stare drewniane domy, zapadnięte cmentarze, resztki starowierskich świątyń – molenn. Pisarz wypija wiele herbat, przysiada na wielu ławeczkach, by dowiedzieć się, skąd przybyli starowiercy, czy kultywują swoje tradycje, kim dziś są i kim będą za kilka lat?

Podlasie i Suwalszczyzna to rejony nieustannie powracające w naszych planach wyjazdowych. Niespecjalnie widowiskowe, a niesamowicie wciągające. Wciągają, wołają. Z całym ogromem przyrody, tak cudnej, jak nigdzie i historii ludzi, którzy przeminęli, czasem jeszcze są, ale wiemy, że to już długo nie potrwa. Jakoś ten rejon jest naznaczony przemijaniem. Mityczne, zmitologizowane Pogranicze. I zagrożona takim samym wyginięciem najpiękniejsza Puszcza – Białowieska. Atrakcyjność rejonu w praktyce to też względnie otwarta granica z Białorusią (na terenie Białowieskiego Parku potrzebujemy tylko paszportu, żeby przedostać się do sąsiadów). Może to ona powoduje poczucie, że można więcej, lepiej dla ducha i w otoczeniu tego, co dla nas, Bookowskich, najważniejsze  – nie do końca ujarzmionej przyrody.

U Nesterowicza brzmią stare pieśni, gry towarzyskie i sąsiedzkie bijatyki. W ogóle w obliczu tej książki i wypraw podlaskich – pojęcie sąsiedztwa staje się bardziej wyraziste. Być sąsiadem, to być swoim, a nawet jeżeli obcym (bo inne wyznanie, inne zwyczaje, język), to jednak życie na wspólnej ziemi ma znaczenie. Dopóki ktoś nie przyniesie antagonizmów i nie zasieje niepokoju.

To jest też tak, że jadąc na Podlasie, nie dość, że oddychasz lepszym powietrzem, to w dodatku odzyskujesz właściwą skalę. Pomijając (choć trudno o to, ale jednak spróbujmy) awantury w Białymstoku, niepokój w Hajnówce, to jednak trafiamy na ziemie, gdzie wyznania są cały czas pomieszane, gdzie nie czuje się dominacji którejkolwiek wiary. Gdzie oczy przyzwyczajone do widoku Lichenia i krajobrazu zmonopolizowanego przez świątynie katolickie doznają nagle ulgi oglądając cerkwie, monastyry, ikony, czasem synagogi, które nie są basenami. W aptece w Hajnówce spotkasz tatarkę, usłyszysz język, który nie do końca rozumiesz. Zjesz w knajpie białoruskiej, popijesz kwasem z Litwy. Może to jest turystyczne podejście, bo tego od Podlasia oczekujemy, ale jednak fajnie tam pojechać i poczuć się bardziej globalnie mimo, że w tak zwanej Polsce C.

Aha, tak różówo do końca to nie jest, zwłaszcza w ostatnim czasie. Zwłaszcza, kiedy ludzie muszą wypełniać ankiety i mówić czy są Ukraińcami czy Białorusinami. Zwłaszcza, kiedy trzeba definiować swój język ( a poloniści wiedzą, że w tej materii nic nie jest jednoznaczne…). Narodowościowo-nacjonalistyczne nastroje robią swoje (taki rym). No i tu powraca bumerangiem widmo “Białegostoku” Marcina Kąckiego. Niestety.

Przejedźcie się na Podlasie i Suwalszczyznę. I w ogóle na Wschód Polski. Może szlakiem rowerowym Green Velo, może piechotą, może samochodem ostatecznie. To jest bardzo dobra przygoda i w dodatku oszczędza portfel, a dostarcza wielu wrażeń. Polecamy – bookowskie biuro turystyczne.

czuwaj, czytaj, patrz.

Piotr Nesterowicz / Ostatni obrońcy wiary / wyd. Petrus / książka raczej nie do dostania…