Tag Archives: przyroda

Eksperymenty z własnymi potrzebami

Cabin Porn nie jest o “ucieczce w Bieszczady”. Wbrew pozorom to nie album z pornograficznymi zdjęciami chatek, których nigdy nie zbudujecie. Dave Frazee uczył się w Taliesin West – pracowni/domu Franka Lloyda Wrighta i tam eksperymentował z budową domku na pustyni odnajdując w archiwach uczelni projekt swojego starszego kolegi. Sam Caldwell przejmuje rodzinną tradycję wyrobu syropu klonowego i buduje własną “klonową chatę” – prostą, funkcjonalną surową. Denis i Anneli budują w stanie Maine drewniane schronisko według siedemnastowiecznego wzorca. To trzy spośród kilku historii wrzuconych między okładki. Eksperymenty z własnymi potrzebami, z materiałami od drewna i betonu, po ręcznie wypalane cegły, różne sposoby życia wśród ludzi i dużo miłości do przyrody – to znajdziecie w Cabin Porn. Oraz (no dobra) trochę pornograficznych zdjęć chatek w lasach – od Nowej Zelandii po to kuszące Maine. Książka leży sobie na biurku, bo kolorystyka okładki wpływa zdecydowanie na poprawę samopoczucia. Cabin Porn zrobili: Zach Klein, Steven Leckart, Noah Kalina. Przetłumaczyła Ewa Wojtych. 

Zach Klein, Steven Leckart, Noah Kalina / Cabin Porn / tłum. Ewa Wojtych / Wydawnictwo Smak Słowa

 

Advertisements

O rety!

Od Puszczy Białowieskiej przez Syberyjską tajgę, Wielką Rafę Koralową, Madagaskar, Antarktydę, Patagonię, Wielki Kanion Kolorado, po Arktykę. 37 arcyciekawych miejsc na Błękitnej Planecie. Tomek Samojlik nielicho się narobił, narysował, naskrobał ołówkiem i kredkami, żeby zabrać Was w niesamowitą podróż po krainie przyrody – tej mniej i bardziej znanej. Poznacie zwierzęta, które mają się świetnie i te na skraju wyginięcia. Dowiecie się, kto oprócz dzięcioła jest trójpalczasty, po co palczakowi aj-aj wydłużony środkowy palec (nie, nie pokazuje go drapieżnikom) i gdzie żyje sóweczka kaktusowa? W warstwie komiksowej (dymki białe) dla bystrzaków są ukryte zagadki – dlaczego assapan północny krzyczy “Geronimo!” i co żółw słoniowy ma wspólnego z mistrzem Yodą?

Zabraliśmy książkę na weekend na wioskę, bawiliśmy się świetnie, przyroda jest zaje..sta!

Tomasz Samojlik / O rety! Przyroda świata / MULTICO Oficyna Wydawnicza

Jedzenie z widokiem na Śnieżkę

Niech Was nie zmyli ten tytuł. Slow Life to mają ci, co do nich jadą. Magda z Mateuszem gotują i podają jedzenie tak, że do dziś pamiętam tę soczewicę z parmezanem i pesto, prosto z patelni, wniesioną przez bosostopego Mateusza wprost na ten boski stół z piaskowca… Był sierpień, upał taki, że woda w studniach wysychała, spływ pontonem po Bobrze skończył się taszczeniem za sobą pontonu. Staliśmy w wodzie po kostki patrząc na wydrę i zimorodka. Wrócilismy na obiad do Wlenia, a w zasadzie na jego koniec, pod górkę, na skarpę, gdzie osadzony w zboczu dom i stół zastawiony do wspólnego jedzenia. To tam w sercu Tomasza pierwszy raz zagościła miłość do zielonej soczewicy i brokuła (!!!) w jakimś magicznym, absolutnie pysznym sosie. To tam były warzywa świeże i aromatyczne na śniadanie, chleb pachniał, kawa bulgotała w kawiarce, a wieczorem na tarasie świerszcze zagłuszały lekturę. Pod stopami Wleń, zapomniany przez ludzi, turystów, a może i Boga, bo kazanie wołało o pomstę do upałem wypalonego nieba. Dookoła Dolny Śląsk i jego tajemnice i wygasłe wulkany.

We wstępie Magda pisze, jak to jest, wyrwać się z Warszawy i zaryzykować taką oto Polną Zdrój. Pisze bez mitologii. Że jak przeliczycie kasę i siły i Wam wyjdzie, że nie – to może jednak nie ryzykujcie? Im się jakoś psychicznie i fizycznie skalkulowało i są, i goszczą, i pasą do dzisiaj. Co gotują, to macie w woluminie. Magda ułożyła jadłospisy pod konkretne imprezy (wesele, sylwester, stypa), bo jak mówi, to komponowanie sprawia jej wielką przyjemność. Jest tu mięcho, ale bez niego też coś znajdziecie. A wspomnienia naszych kubków smakowych mówią, że to bezmięsne, a proste, a pyszne, że hej!

“Slow Life z widokiem na Śnieżkę czyli Polna Zdrój” / Magda Trojanowska & Co / Wydawnictwo Marginesy

Aha, my tam pojechaliśmy takim tropem dziwnym, acz charakterystycznym – logotyp Polnej zrobiła Marianna Sztyma i tak po nitce ilustratorskiej pojechaliśmy na wakacje… No co zrobisz…

Momenty o ciszy i bezkresie

Kot spogląda podejrzliwie albowiem wie wszystko o łazęgach i bezdrożach. Adam Robiński wie też sporo. Ale. Coś mnie drażniło przez jakąś niecałą połowę książki. Maniera? Styl? Czy męska wyłączność na odkrywanie świata? O-ho. Żony zostają z remontami, szczeniącymi się suczkami i zadaniem znalezienia najlepszego namiotu dla wyruszającego w spływ kajakowy Wisłą męża. No tak. No bo jak. Na deser Zofia Nałkowska, która (niestety?) przyćmiła swego ojca – geografa i publicystę – książkami z dzisiejszego kanonu lektur szkolnych. Ała. To są sprawy, których można się czepiać, można też przemyśleć i spróbować wybaczyć. Piszę o nich, bo po kilku rozmowach, ponownej lekturze, próbie złagodzenia osądu – nadal mnie coś drażni. Uczciwość nakazuje więc przyczepienie się. A teraz…

Dobrze, panie Robiński, teraz trochę panu wybaczę. Za tytuł – bo “hajstra” to piękne słowo i na dodatek oznacza odludka – bociana czarnego. Wyłapuję te momenty o ciszy, bezkresie i pustych przestrzeniach zasypanych śniegiem, gdzie tylko lisi trop niepokojąco przecina nam drogę. Wybaczę, bo można śladem książki dotrzeć wreszcie do Kampinosu, do Puszczy Karpackiej, gdzie stuletnie jodły, zgniotek cynobrowy, puchlinka ząbkowana i planowany, a niechciany przez lobby biznesowe, Turnicki Park narodowy. Nawet trochę polubię za Rogera Deakina, który przyjeżdża z przyjaciółką w Bieszczady i wędrują śladami wysiedlonych wiosek i ludzi, po których zostały ule i jabłka w zdziczałych sadach. Jak cukierek smaczny jest fragment o tolkienowskich drzewach, o najlepszej tłumaczce Tolkiena Marii Skibniewskiej. Na deser – sposób na ochronę starych, potężnych drzew – kapliczki. Dlaczego?


Zabierzcie “Hajstry” Adama Robińskiego do pociągu. To dobre miejsce do takiej lektury. “Hajstry” mają sporo mielizn, ale na mieliźnie zawsze można spotkać jakiegoś brodźca, kszyka czy inne ptaszydło. Takie książki cenię za tropy i podpowiedzi, za zachętę do wskoczenia w treki i wyruszenie do lasu. To macie, czytajcie i szukajcie czegoś dla siebie.

Adam Robiński / “Hajstry” / Wydawnictwo Czarne

Homo sapiens kontra reszta świata

Tęsknicie za opowieściami o dinozaurach? Pamiętacie, jak wyglądały mastodonty, jak długą szyję miały diplodoki i co jadł tyranosaurus rex? Czy macie pojęcie, że po ziemi chodziło kiedyś megaterium, które było ni mniej, ni więcej a olbrzymim leniwcem? No więc tak, chodziło i zjedli je ludzie, i już go nie ma. Zjadamy powolutku i rośliny, i zwierzęta, zużywamy naturalne zasoby, rozmnażamy się na potęgę, wytwarzamy ogromne ilości dwutlenku węgla, generalnie – jesteśmy dość ofensywni. Spragnionym pikantnych szczegółów dorzucę jeszcze taki, że homo sapiens zeżarł nie tylko megaterium, ale też słabiej rozwinięte humanoidy.

“Szóste wymieranie” Elizabeth Kolbert, nagrodzone Pulitzerem, to wartka powieść przyrodniczo-historyczna z motywem katastroficznym. Kolbert znalazła prosty i atrakcyjny sposób, by opowiedzieć, co działo się i dzieje na Ziemi. I co być może wydarzy się w perspektywie najbliższych stu lat. Mianowicie, pani Elizabeth spakowała plecak i odwiedziła wiele kluczowych dla Ziemi i człowieka miejsc. Gościła u badaczy rafy koralowej, spotkała się z dyrektorem Muzeum Historii Naturalnej w Paryżu, odwiedziła jedne z ostatnich nosorożców sumatrzańskich, obserwowała przez kilka lat dziesiątkowaną populację nietoperzy gdzieś w jaskiniach USA… Słowem, zdeptała i zjeździła świat, żeby opowiedzieć nam, że w historii Ziemi było już pięć dużych wymierań, charakteryzujących się tym, że w krótkim (dla historii planety) czasie masowo znikały całe gatunki. Z różnych przyczyn, ale za każdym razem zmieniających postać planety. Szóste wymieranie to dzieło człowieka. Jeśli się nie zatrzyma, jego skutki będziemy odczuwać (to już się dzieje – znikają kolejne gatunki, zmienia się skład atmosfery itd) prawdopodobnie my, a nasze dzieci i wnuki, to już z całą pewnością. Najbardziej u Kolbert podoba mi się postawienie człowieka w rzędzie stworzeń zamieszkujących Ziemię. Chodzi mi o to bardzo trafne stwierdzenie: “to czysty przypadek, że ten rachityczny gatunek” podporządkował sobie całą planetę. Homo sapiens, swoją inteligencją i tym wszystkim czym wybił się w ewolucyjnym wyścigu, może ją z łatwością dobić lub spróbować ocalić. Niemniej fajna sprawa – książka pokazuje, jak wiele jest niepewności towarzyszącej badaniu przeszłości i spekulowaniu o przyszłości. Naukowcy, z którymi rozmawia Kolbert zawsze zostawiają przestrzeń na błąd w badaniach, bo też przyroda nie jest łatwym obiektem do zinterpretowania. No i jednak nie istnieją żadne pomiary i badania sprzed paruset tysięcy lat, a dinozaury nie pozostawiły po sobie jednoznacznej wiadomości: sos STOP zbliża się ciało niebieskie STOP uciekać STOP ale dokąd??? STOP.

Jeszcze – perspektywa – piszę to w 2017 roku, kiedy w Polsce minister środowiska jest rzeźnikiem drzew. W tym kontekście powiedzenie “podcinamy gałąź, na której siedzimy” brzmi dużo dramatyczniej. Ale siłą książki Kolbert jest to, że można sobie współczesne wydarzenia ustawić w perspektywie przysłowiowego mastodonta. Ziemia ma już trochę lat. I miejmy nadzieję, że przetrwa najazd  homo sapiens niezbyt hojnie obdarzonych rozumem przez naturę tudzież ewolucję. To nie musi pocieszyć, ale może pomóc wyrównać sobie ciśnienie i nie zaliczyć zawału przy kolejnych lokalnych katastrofach.

Dobra, jak Kolbert to napisała? Jedna warstwa książki “Szóste wymieranie” to ta, w której autorka prowadzi nas przez świat skamieniałości ku dzisiejszej erze zwanej antropocenem rysując tabelki, przytaczając badania naukowców, czy też przeprowadzając nas przez spory i burzliwe kłótnie Darwina, zwolenników jego poglądów na masowe wymierania i ich przeciwników. Druga warstwa daje opowieści tzw drive.  Kolbert spotkała tylu kapitalnych ludzi, próbujących zrozumieć, co działo się, dzieje i dziać będzie na Ziemi, że chyba tego jej po prostu zazdroszczę. Rajdu przez wszystkie najciekawsze, niesamowite miejsca na świecie, gdzie bada się fragmenty lasu, “wędrówki” drzew (!), buduje hotele dla płazów, zapładnia nosorożce, zbiera truchła nietoperzy, pobiera podczas sztormu próbki wody na rafie koralowej; gdzie ludzie potrafią przez całe życie z oddaniem badać wpływ zakwaszanych oceanów na stan organizmów żywych i ich przyszłość. Dzięki tym wariatom, jeśli znikniemy w końcu wyparci przez giga-szczury i mega-króliki, to przynajmniej  będziemy wiedzieli dlaczego 😉

“Szóste wymieranie” jest rewelacyjną, momentami zabawną, częściej przerażającą i arcyciekawą lekturą. Zupełnie nie nawiedzoną, trochę jak z Tintina, szczerą, i z mocno zaznaczoną osobowością autorki. Zachęcam wszystkich, którzy stęsknili się za dinozaurami, nie boją się trudnych łacińskich nazw i świadomości, że mamy przechlapane 😉

“Zastałam Tassy’ego w jego ciemnym gabinecie w podziemiach budynku paleontologii. Siedział wśród czaszek , których liczby nie powstydziłaby się kostnica. Ściany gabinetu były udekorowane okładkami starych komiksów. Dyrektor wyznał mi, że postanowił zostać paleontologiem w wieku siedmiu lat – po przeczytaniu przygód Tintina na wykopaliskach.”

///

“Oczywiście głównie interesuje nas los naszego gatunku. Ja jednak zaryzykuję bycie posądzoną o to, że nie przejmuję się wystarczająco ludźmi (…) i powiem, że w sumie nie warto się tym zajmować. Na razie, w tej wyjątkowej chwili naszego życia, możemy postanowić (bez pełnego zrozumienia konsekwencji), która ewolucyjna ścieżka pozostanie otwarta, a która będzie na zawsze zamknięta . Żadnej innej istocie do tej pory się to nie udało . To będzie, niestety, nasza najtrwalsza spuścizna. Szóste wymieranie będzie trwać długo po tym, jak wszystko, co ludzie napisali, namalowali i zbudowali, zamieni się w pył, a ziemię odziedziczą (lub nie) gigantyczne szczury.” Elizabeth Kolbert

Elizabeth Kolbert / “Szóste wymieranie” / brawurowe tłumaczenie: Tatiana Grzegorzewska i Piotr Grzegorzewski / wydało Wydawnictwo W.A.B

Książkę kupicie w Bookowskim lub zamawiając mailowo: poczytalni@gmail.com

img_2757

Puszcza calling

img_2573

Wiecie co? Moment w którym wjeżdżamy na wąską szosę łączącą Hajnówkę z Białowieżą jest niemal ekstatyczny. Na mapie ta droga jest prostą kreską. Zimą szosa jest pustawa, nie śmigają znudzone beemki w te i wew tę. Czasem na wylocie z Hajnówki zatrzyma Was Straż Graniczna – skontroluje i jeszcze podpowie – “Żarówka się panu z tyłu przepaliła, wymienić proszę”. W połowie odległości między miastami zjeżdża się w lewo, w kierunku Bud i Teremisek (a na prawo do zgubionej w lesie Czerlonki). W lusterkach absolutna ciemność, wokół – absolutna ciemność. Zwalniamy do 30-40 na godzinę, bo raz – a nuż wylezie coś na drogę, a dwa – szkoda przyspieszać to witanie się ze starym lasem. Gdy jest ciepło, opuszczamy do maksimum szyby w samochodzie i napełniamy go tlenem. Moglibyśmy wystawić głowy na zewnątrz i wrzeszczeć z radości, ale tej ciszy wokół nas też nam szkoda.

img_2587

W Budach mija się zajazd “U kolarza” – należący do byłego zawodnika Tour de Pologne (można go czasem spotkać w trasie, bo nadal śmiga na rowerze). Przemykamy przez Budy i wjeżdżamy do Teremisek.

Puszcza jest dla nas hojna. Wdychamy ją, powietrze zwala z nóg, po trzech godzinach łajzy jemy za trzech i zasypiamy w ekspresowym tempie. Jest styczeń, zero stopni, zaczyna padać mokry śnieg. Pod wieczór temperatura spada. Jest wilgotno więc odczucie zimna ciut wyższe niż wskazuje termometr. Zaopatrujemy się w nieodzowny sękacz i miód pitny, bo zapowiadają ochłodzenie. Ochłodzenie to spadek temperatury do – 17 stopni w dzień. Wywiewa nas solidnie, Tomaszowi robiącemu zdjęcia aparat przymarza do nosa. To ten moment kiedy para wydychana z ust osadza się na brwiach, wąsach, a czubek nosa pokrywa się warstewką lodu. Miód pitny bardzo się przydaje, gospodarz napalił w kominku, koty wróciły z łazęg do domu, psy przytulają się do kaloryfera. Nasz samochód pierwszy raz w karierze mówi “nie”.

img_2606

Pan Janusz pomaga odpalić potwornego diesla, na kawę do Tomka Samojlika dojeżdżamy spóźnieni tylko minutę. Białowieża cicha, turystów trochę się kręci, ale jednak mniej niż latem i jesienią. Słońce, zimno, pięknie. Kot Lucas z PTTKu ma się dobrze, nie schudł, a może powinien. Możecie zasilić skarbonkę Lucasa i wesprzeć jego niepokojące przybieranie na wadze 😉 W PTTKu uzyskacie wszelkie potrzebne informacje turystyczne – co można zwiedzić, co ile kosztuje. Umówicie się tu na wycieczkę do rezerwatu. Kosztuje to ok 180 zł. Kupicie mapy i obowiązkowy magnes na lodówkę. Wyślecie pocztówkę, przybijecie piątkę i pieczątkę. Po Puszczy można łazić samemu (co my lubimy najbardziej), ale jeśli macie grupę ludzi do oprowadzenia, to PTTK plus Turystyka Przyrodnicza “Sóweczka” zapewnią Waszym gościom odpowiednie atrakcje. Jedno jest pewne – zaopiekują się Wami fajni ludzie.

img_2619

Przez te kilka krótkich, zimowych dni wędrujemy szlakami z nieodzowną mapą. W plecaku koniecznie należy mieć też termos z gorącą herbatą, czekoladę, nam przydały się również kanapki – w zimnie szybko się głodnieje, a poranna ciecierzyca prędko staje się burczącym wspomnieniem. Natykamy się kilkukrotnie na tablice zabraniające nam dalszej wędrówki – “Zakaz wstępu. Niebezpieczeństwo publiczne”. Za trzecim razem jesteśmy sfrustrowani – planowaliśmy kilkugodzinną wyprawę, a tu każą zawracać. Jako obyczajni poznaniacy stosujemy się do zaleceń, ale raz czy dwa…  Jan Jerzy Karpiński by zrozumiał. Przeżywamy, nic nam nie spada na głowę, świerki trzeszczą, las wydaje niepokojące dźwięki – nękany ciężkim śniegiem i dość solidnym mrozem. O zamknięte szlaki podpytujemy pana Roberta w PTTK. O tych zamkniętych na dłużej wie, o tych zamykanych czasowo (wycinka) – trzeba dowiadywać się w Nadleśnictwie.

img_2630

Zima w lesie jest fascynująca – wiadomo. Spotykamy tropy jelenie (sarnie? Cholera, nie wiem), żubrze, i jakieś lisowate, a gdzieś tam, zdaje się, biegła kuna. Pewnego razu spotykamy też trop w towarzystwie juchy. Nawet kawałek w las zboczyliśmy, trop ciągnął się dalej. Ktoś tu nie miał się najlepiej. Tuż przed wyjazdem czytałam “Opowieści” Simony Kossak, akurat ciekawiły mnie wilcze i jelenie opowieści. W tych wilczych najbardziej te o zjadaniu ludzi. Ludzie padali dawniej ofiarami wilków, ale zupełnie przypadkowo. Podróżowali konno, a konie zwabiały wilki. No i zdarzało się, że jak już zaatakowały konie, to przypadkiem spożyły człowieka. Tak sobie myślę, że wtedy ludzie ubierali się w futra, co raczej upodabniało ich do zwierząt. Wszak człowiek to też gatunek zwierza, co z tego, że niby trochę bardziej zaawansowany technicznie? Teraz wilki nawet przypadkiem nie wszamią dwunoga. Wyobrażacie sobie? Takie świństwo w goretexie? Fu. Zresztą, odsyłam do Wajraka, który wilków tu, w Puszczy przestał się bać. Poczytajcie jego “Wilki”. Takie sobie snułam rozważania i jeszcze z Tomkiem Samojlikem o tym gwarzyliśmy przy doskonałej kawie w IBS PAN.

img_2670

img_2634

A po południu poszliśmy w las. Mieliśmy już wracać więc zrobiliśmy popas – herbata z termosu, kanapeczki, czekolada, cisza, pięknie. I nagle. Kurde, nagle zawył. “Pies” – wyrzucił z siebie Tomasz. Ta, jasne – godzinę drogi od Teremisek… “Coś tam idzie” – mówi Tomasz. Obrót głowy i już wiem, co to. Jezu. Wilk. Popatrzył na nas i poszedł drogą w stronę rzeki Narewki. Mieliśmy lornetkę, Tomasz mi ją podał i wtedy wilk przeszedł na drugą stronę ścieżki i odwrócił się raz jeszcze. Przez dziesięć sekund patrzyłam mu w pysk. Pysk raczej lekko znudzony, sprawdzający, czy idą za nim, czy w swoją stronę. Muszę mówić, ile razy obracaliśmy się za siebie w drodze powrotnej? A absolutnie najpiękniejsze w obserwowaniu zwierzą w Puszczy jest to, że one są tu u siebie. I to się czuje. My tu tylko na chwilę, gościnnie, a one są w domu.

img_2638

Tomasz zaczął czytać jeszcze w Teremiskach i łyknął niemalże na raz “Wilki”. Puszcza obdarowała nas hojnie. Łoś, kuny, żubr, wilk. Do tego dzień później doszedł dzięcioł zielonosiwy. Wszystko nam zamarzło. Lornetka po ochuchaniu ustawiła ostrość, rąk nie czułam, ale dzięcioł cierpliwie czekał, aż odszukałam go buszującego na drzewie w Budach. Nie miał czerwonej czapki, jak dzięcioł zielony więc z powątpiewaniem w swoje szczęście uznałam, że to zielonosiwy. Przedarliśmy się przez rozkoszny kopny śnieg, mróz dosięgnął w końcu moich podatnych na ziębnięcie stóp, w okolicy wiosek pojawili się narciarze biegowi. Zbliżała się pełnia, za chwilę zaczną wyć wilki, w tym nasz nowy znajomy. A my musieliśmy wracać do Poznania.img_2672

Kiedy jechaliśmy do Puszczy Białowieskiej pierwszy raz, myśleliśmy, że raczej na tym się skończy. Chcieliśmy zobaczyć Puszczę w takiej postaci, w jakiej teraz żyje, zanim ktoś, coś zrobi jej krzywdę. To była trochę decyzja polityczna wobec absurdalnych i złych rządów ministra Jana Szyszki. Teraz? Teraz trudno nie zameldować się w lasach Wschodu choćby raz na pół roku.

img_2682

img_2652

Samochód oczywiście nie odpalił. Nasze klemy i akumulator uklękły przed pięknym człowiekiem o rysach tatarskich, który z animuszem, wzbijając tumany śniegu wbił na podwórko gospodarzy swoim opelkiem. Jednym palcem otwarł maskę, podpiął klemy trzy razy większe od naszych, drugim palcem wprawił w dziki szał silnik opelka i wystartował naszą kolubrynę orzekając krótko – “Świece”. Bo w Teremiskach, proszę Państwa znajduje się legendarny warsztat samochodowy popod lasem, w Dąbrowie. A było to w Święto Trzech Króli, Wigilię prawosławną więc postawiliśmy panom na schwał piwo i żegnani sugestią – “Nie odpala? To zmienić samochód!”, wyruszyliśmy do domu.

img_2664

Ps. Piątego stycznia przeżyliśmy raz jeszcze gorączkę przedświąteczną. Ludzie umawiali się na Wigilie, kto zrobił pierogi, a kto jeszcze szybko w nocy będzie lepił. W sklepach amok, na dachach samochodów choinki, na cmentarzach ruch, w cerkwiach porządki, knajpy pozamykane na trzy świąteczne dni. Wiecie, jak to fajnie ustawia perspektywę?

To pisaliśmy my: Maria & Tomasz Bookowscy

img_2678

img_2683

A tu garść wcześniejszych tekstów o Puszczy:

Wywiad z Tomkiem Samojlikiem z IBS PAN

https://bookowscy.wordpress.com/2016/08/17/tomasz-samojlik-mam-dyplom-z-brzydkiego-rysunku/

Nasza pierwsza pocztówka z Puszczy:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/03/11/pocztowka-z-puszczy/

Piotr Nesterowicz o Starowiercach:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/07/09/podroze-w-nieznane-kraje/

Tekst o “Wilkach” Wajraka:

https://bookowscy.wordpress.com/2015/11/22/wilki/

 

Reporterzy z Winiarni. Odcinek trzeci. Mikołaj Golachowski

Po książkę Mikołaja Golachowskiego “Czochrałem antarktycznego słonia” (wyd. Marginesy w serii Eko”) sięgnęłam z ciekawości reportażu ekologicznego. To momentami wręcz manifest. To nie jest taka, wiecie, literatura z ambicjami. To jest tekst, który pokazuje nam kawał świata jak z Parku Jurajskiego. Kilkumetrowe ssaki, olbrzymie wieloryby, śmieszne alki, drepczące pingwiny i śnieg, śnieg, śnieg. Książka jest fajnym źródłem wiedzy przyrodniczej podanej w skoczny sposób. Skoczny, bo Mikołaj to osoba z miejsca sprawiająca wrażenie szczerej i energicznej. Czasem do bólu szczerej. To może denerwować, ale może inspirować. Autor, zakochany w “miejscowych knajpkach pełnych lokalsów” gdzie piwo niedrogie, a rozmowy nieudawane – zgodził się przyjechać do nas, do Poznania. Opowiadał o Antarktyce, Arktyce, rosyjskich lodołamaczach atomowych, doli-niedoli Inuitów, zagrożeniach wywoływanych ocieplaniem się klimatu. Było też o urokach życia na stacjach badawczych i o pracy w “turystyce arktycznej”. Wiele z tych opowieści znajdziecie w książce o inne musicie zapytać autora 🙂

Miało być pieruńsko zimno. A tu lato pełną gębą. Przy trzydziestu stopniach Celsjusza (wrzesień!) robiliśmy malinową nalewkę na stacji Arctowski, na biegunie południowym, obserwowaliśmy morsy, uciekaliśmy przed uchatkami i żgaliśmy kijkiem niedźwiedzie polarne. Wszystko to dzięki Mikołajowi. I pamiętajcie – miś polarny nigdy nie zje pingwina – chyba, że “w źle zarządzanym zoo lub w wyniku jakiegoś durnego eksperymentu”. Dziękujemy Państwu za uwagę i oddajemy głos Mikołajowi Golachowskiemu i niezastąpionej grunwaldzkiej publice. A ponieważ to było ostatnie spotkanie tego cyklu, tutaj odnośniki:

TEKST KASI BONI TU,

TEKST IZY KLEMENTOWSKIEJ TU.

Wszystkie foty: Paweł Piekarski

A książki Mikołaja znajdziecie tu: KSIĘGARNIA

_h2b0769

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi – Mikołaj Golachowski

Mogło być całkiem odwrotnie. Nie wiem, czego dokładnie spodziewałem się po spotkaniu w poznańskiej winiarni, ale, zapewne dlatego, że siedzibą zapraszającej mnie księgarni Bookowski jest Centrum Kultury Zamek, nie całkiem świadomie pełzały mi po głowie wizje omszałych piwnic, starych murów, beczek i pająków. A tu – niepozorny, parterowy budyneczek wśród bloków i willi poznańskiego Grunwaldu. Zwłaszcza w ciągu dnia nie rzucał się w oczy, a nawet jak już się rzucił, nie robił żadnego wrażenia. Ot, kolejny osiedlowy sklep. Za to w środku… No właśnie – mogło być całkiem odwrotnie. Omszała, klimatyczna piwnica mogła, jak sporo takich miejsc, okazać się w środku nadętą, niegościnną i nudną. Ale na szczęście tak nie było.

Już od progu gościnna gospodyni powitała nas pytaniem, czego się napijemy. Na mój niepewny uśmiech doprecyzowała, że chodzi o kolor. Zaczęło się więc od czerwonego wina, którym mogłem się raczyć zanim jeszcze dobrze się rozejrzałem po wnętrzu. A było po czym. Wszystkie ściany zastawione były tym co ze zdobyczy cywilizacyjnych lubię najbardziej, czyli winem i książkami. I jednych, i drugich wybór był spory, choć oczywiście pierwszych było więcej – w końcu to winiarnia była u siebie, a zaprzyjaźniona księgarnia tylko na gościnnych występach. Kontynuowałem zwiedzanie przy pełnym i smakowitym winie z mojego ulubionego regionu Rioja, powoli podłączając sprzęt i ustalając szczegóły spotkania. W międzyczasie dostałem pyszne, na miejscu robione pierogi, których wybór był właściwie jedynym problemem w trakcie całego wieczoru, bo wszystko w menu wyglądało i pachniało fantastycznie, a na coś trzeba się było zdecydować. Później, kiedy goście zaczęli już się schodzić, na stół dotarła butelka wyśmienitej szkockiej whisky, z rozbrajającym argumentem gospodarza, że przecież będziemy rozmawiać o rejonach polarnych, więc trzeba się trochę rozgrzać. Nie da się ukryć, że rozgrzanie bardzo się udało, choć podejrzewam, że nie tyle dzięki stopniowo opróżniającej się butelce, ile w związku z przyjazną, nieformalną atmosferą i ogólną życzliwością zarówno gospodarzy, jak i gości spotkania. Ciekawe rozmowy ciągnęły się długo w noc i dopiero po zmierzchu winiarnia pokazała swą prawdziwą naturę – na zewnątrz było równie tłoczno i gościnnie jak w środku. Lubię spotykać się z czytelnikami, ale ten wieczór pozostanie mi w pamięci jako zupełnie wyjątkowe. Do pełni szczęścia zabrakło tylko czarnego kota, ale mam nadzieję, że spotkam go następnym razem. I że ten następny raz zdarzy się wkrótce.

Mała Antarktyda w centrum Poznania. Rozmowy przy winie. Dzień trzeci

Nie chciał pisać…Na Japonii były dołeczki, ciekawe, co dziś? Prócz zimy, zimna i ciepła na zewnątrz?…Po co jechać na Antarktykę żeby napić się, pędzić alkohol skoro można wpaść do Winiarni Pod Czarnym Kotem?…Wyprawa jest symbolem metamorfozy, zmienia się klimat, otoczenie oraz ludzie nawet ci, z którymi zaczyna się tę wyprawę…Gratuluję pasji i doświadczeń!…Ej! Ciekawe czy można się zgłosić na taką wyprawę z dietą wegetariańską?…No coś ty! A co byś jadła?… No słyszałaś, że mają wielką zamrażarkę owoców… Ale słyszałaś do czego ich używają?… No tak. Malinowy chruśniak. Ciekawe, co Leśmian by na to powiedział… To taki typ metafizyczny, wcale nie geograficzny….Słyszysz ten gwar? … Ach! Odkrycie lingwistyczne!…Mała Antarktyda w centrum Poznania, chociaż gwar jak na stacji brazylijskiej…Co w Winiarni pod Czarnym Kotem zmieni się ósmego września 2016 roku? W menu pojawi się drink z “ostatnim pierdnięciem dinozaura”?… Sposób na Antarktydę? Pokora i zrozumienie…Jestem dzisiaj pierwszy raz w Czarnym Kocie. Jestem zachwycona atmosferą i klimatem tej knajpki…. Spotkanie z panem Mikołajem Golachowskim bardzo ciekawe!…Północne oczy… Czuję się oszukany, ponieważ nikt nie próbował mnie zabić, choć winiarnia była tania i pełna lokalsów…choć było o włos, kiedy porównałem dwie panie do dwustu kilowych zwierzołków…A ja bym coś zjadła…

3h2b0741

3h2b0905

3h2b0915

_h2b0993

_h2b0961-copy

_h2b1014

_h2b0912

_h2b0825

 

_h2b0829

_h2b0836

_h2b0868

_h2b0773

3h2b1023