Tag Archives: Puszcza Białowieska

Ilustracje to nie był mój plan na życie

Skąd się wzięła ilustratorka Maria Dek?

(2011) Wróciła właśnie z Erasmusa, stała na kolebiącym się chodniku, czekając na autobus i postanowiła zostać ilustratorką – opowiada o sobie Maria Dek. Od razu zapisała się na lekcje rysunku i zachęcona przez koleżankę, pojechała na rok do Brighton – „Nie dałam im wyboru, przyjechałam, stanęłam w progu z walizką – musieli mnie przyjąć” – śmieje się. To nie była najlepsza uczelnia, ale tam przekonała się ostatecznie, że ilustrowanie to to, co chce robić. Po powrocie kontynuowała studia w Warszawie (Akademia Sztuk Pięknych). Na drugim roku uparła się, żeby wydać książkę i tak pojawiły się „Paskudki słowiańskie” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Myślanki)

Właściwie od razu wiedziała,​ że interesuje ją praca z zagranicznymi wydawcami. Uparcie jeździła na targi do Bolonii, nadal jeździ i tam znajduje klientów.

Druga wizyta zaowocowała wydaniem „A Walk in the Forest” – jej pierwszej autorskiej książki (wyd. Princeton Architectural Press). Dlaczego nie w Polsce? Bardzo by chciała. Mówi, że w Polsce jest wielu genialnych ilustratorów, rynek jest spory, ale pieniądze są słabe. W Hiszpanii czy Francji zarabia dwie trzecie albo połowę polskiej stawki, tyle, że w euro… Poza tym, jest tam doceniana, w Stanach Zjednoczonych jej prace bardzo się podobają – mówi, że między innymi dlatego, że widać w nich skąd jest. Na jesień ukaże się we Francji książka „Gdzie się podziewa Malo?” – jest mocno zakorzeniona w Białowieży. „Opowiada o pewnej wrednej ryjówce, okropnym gamoniu, do której na końcu dociera, jak dobrze jest być wśród przyjaciół, że wynikają z tego same piękne rzeczy. Ta książka jest tak naprawdę o momencie, w którym dziecko uczy się mówić „przepraszam”. Nie ma być moralizatorska, po prostu pokazuje pewien proces”. „Gdzie się podziewa Malo?” powstawała w Białowieży – „Natura w moich książkach zmieniła się pod wpływem tego miejsca” – mówi mi Marysia. – „Teraz, gdy maluję żuczka, to jest to żuczek tutejszy, rzeczywisty. Przepuszczam przyrodę przez moją głowę, obrazy nabierają mocy.”

Pracami Marii zachwyciłam się​, gdy w moje ręce wpadła książka wydana przez Wytwórnię – „Kiedy będę duża” (lub „duży” w wersji dla chłopców). Wcześniej jej ilustracje można było zobaczyć w „Czary na białym” (tekst Magdaleny Mrozińskiej, wyd. Warstwy) lub w „O’le! Hiszpania dla dociekliwych” (tekst Moniki Bień-Königsman, wyd. Dwie Siostry). Jeśli ktoś był czujniejszy niż ja, dostrzegł ilustracje Marii w magazynie Gaga lub w Menażerii. Gdy rozmawiamy o ewentualnych tłumaczeniach jej książek, lub zamówieniach od polskich wydawców, Marysia mówi, że lubi patrzeć, jak na prowadzonych przez nią warsztatach, pod wpływem czytania czy malowania, coś się rusza w głowach dzieci. To dlatego tak bardzo chciałaby, żeby na polskim rynku w końcu pojawiły się jej autorskie książki. Rzadko kiedy ma okazję prowadzić warsztaty za granicą.

Zdarza się, że polscy wydawcy przychodzą do ilustratora/torki i myślą, że da się zrobić książkę w trzy miesiące. „A ja mam rozpisany grafik na kilkanaście miesięcy do przodu, nad swoimi książkami pracuję nawet rok. Poza tym, każda z nich musi odpocząć, odleżeć, żeby można było spojrzeć na nią chłodnym okiem. To wszystko trwa i nie można mnie popędzać, bo czuję się odpowiedzialna za młodego odbiorcę, nie mogę czegoś zepsuć. Książka jest całością, zarówno tekst, jak i ilustracje muszą mieć swój rytm.”

Jak pracuje?​ Używa akwareli, ale z bardzo małą ilością wody. Efekt wygląda troszkę jak gwasz albo akryl, rysunki mają swoją fakturę. Marysia zaczyna od szkiców – „Pierwsze bywają wielkości pudełka od zapałek” – później rysunki „rosną” i nabierają kolorów. „Kiedyś skanowałam prace, teraz przesyłam oryginały wydawcy i to on się tym zajmuje. A wiesz, że zielony jest najtrudniejszy w druku? Drukarnie nie używają zielonych farb i trzeba mieszać niebieskości z żółcieniami, a to paskudnie trudna sprawa.

Białowieża. Pijemy herbatę, za oknem przejeżdżają już majówkowi rowerzyści, przechodzi straż graniczna, zielenią się chęchy przy ulicy Stoczek, jeszcze do niedawna Waszkiewicza – „Ten dom, w którym teraz jesteśmy, miejscowi nazywają „domem generała”, bo podobno Waszkiewicz zatrzymał się w nim kiedyś” – zdradza Marysia. Pochodzi z Białegostoku, a kawałek ziemi w Białowieży kupili jej rodzice osiemnaście lat temu. Podczas którejś majówki, przyjechała tu z chłopakiem – Rafałem. Zakochał się w białowieskim mikro-siedlisku. Teraz w jednym domku przygotowują hostel, drugi remontują dla siebie, trzeci można wynająć w całości. Rzut beretem na plebanię, na Centurę, na łąki za którymi czeka Rezerwat Ścisły i Białowieski Park Narodowy, pół godziny, może czterdzieści minut od Dziedzinki – leśniczówki, w której mieszkali Simona Kossak i Lech Wilczek. Zresztą Lech Wilczek nadal tu mieszka i to całkiem blisko… Po przekątnej, jakieś dwieście metrów od domku Deków znajdziecie jedną z dwóch najfajniejszych białowieskich kawiarń – Walizkę. Po kawie lub regionalnym cydrze, w bok, ulicą Mostową, można zejść na łąkę, gdzie kszyk, błotniak stawowy i gniazdujące czajki. Pasie się bocian, czasem nad wodą przycupnie czapla biała. Wiosną, w szczycie ptasiarskiego sezonu kręcą się Brytyjczycy z potężnymi lunetami swarovskiego. A wieczorem, w drewnianym domu Deków-Lewandowskich pachnie herbata, skrzypią wesoło drzwi, z okna na piętrze można obserwować życie głównej ulicy, ciągnącej się aż pod cerkiew i bramę Parku Pałacowego.

„Życie na wsi wcale nie płynie wolniej, zawsze jest coś do zrobienia. Stuletni dom ma swoje prawa, nie da się go szybko posprzątać, oczekuje uwagi, wszystko wymaga napraw i pielęgnacji. Ale miło jest wyjść rano i usiąść na schodku, patrzeć, jak młody kopciuszek uczy się latać, jak kowaliki się kokoszą”. To, że mieszkają w Białowieży, to zasługa Rafała. Chciał rzucić pracę w korporacji gdzie przygotowywał mapy dla Boeinga. Teraz jest specjalistą od remontów drewnianych domów – śmiejemy się. Marysia mówi, że bała się samotności, ale na miejscu spotkała wielu ciekawych ludzi, poza tym przyjeżdża tu sporo turystów, zwłaszcza w weekendy. Pytam, jak odnajduje się wśród białowieżan – „Tu trzeba dobrze żyć z sąsiadami, na sąsiada można liczyć, pomoże w potrzebie, jeśli nie ma zadry. Jestem „nawołocz” – pada wreszcie to słowo, tak ostatnio popularne w Puszczy – „Jeszcze sama ze sobą nie czuję się stąd” – opowiada Marysia. „Kiedy będziesz stąd?” – Zadaję pytanie, które zadaję chyba wszystkim tu spotkanym ludziom – kiedy człowiek może powiedzieć, że jest stąd? Po dziesięciu latach, po dwudziestu, po stu? W drugim pokoleniu? „Będę stąd wtedy, kiedy więcej od siebie dam. Chciałabym więcej pracować z dzieciakami. Mam taki plan i będę go powolutku realizowała. Chciałabym im pokazać, jakie mają szczęście, że tu żyją, otworzyć im w głowie furtkę, na to, co ich otacza. Bo mają coś, czego nikt inny na świecie nie ma – Puszczę Białowieską.”

Maria Dek wespół z Agatą Królak (równie ciekawą ilustratorką i autorką książek) rozpoczęły niedawno działalność wydawniczą. Co kwartał produkują kolejny numer niewielkiego, ale przemiłego magazynu TRZY CZTE RY. Magazyn ma postać rozkładanki, zachęca dzieciaki do nieskrępowanej twórczości, podsuwając im mnóstwo ciekawych pomysłów – od przepisów na koktajle, po zrobienie własnej wystawy z rozerwanych kart magazynu. TRZY CZTE RY szukajcie w dobrych księgarniach, kosztuje piętnaście złotych, a powinien być na wyposażeniu każdego przedszkolaka i szkolniaka. 

Dom Marysi i Rafała – Białowieża MorzeLas czeka na Was przy ulicy Stoczek. Ofertę noclegową (którą polecamy!) znajdziecie o tu: Białowieża MorzeLas

Advertisements

Puszcza pamięta

Zwyczajowy już sms do doktora Tomasza Samojlika: „Jesteśmy w Białowieży, zwarci i gotowi uzupełnić kofeinę i ciekawe ploty z Puszczy”. Tym razem przyszedł zwrotny telefon: „Słuchajcie, jutro rano jedziemy oglądać najświeższe wykopaliska archeologiczne w Rezerwacie Szczekotowo – chcecie jechać?”.

Przez Białowieżę, Pogorzelce, Teremiski dojeżdżamy do wsi Budy, gdzie na parkingu Zajazdu u Kolarza czeka już Dariusz Krasnodębski (z Instytutu Archeologii i Etnologii PAN) i jego dwudziestoletni Land Rover. Całą ekipą polsko-rosyjsko-holenderską jedziemy przez Puszczę, zamkniętym dla turystów szlakiem, na wykopaliska.

 

Niepozorne dziury w ziemi. Puszcza to jest taki las, w którym wszystko pięknie maskuje się pośród wielkich i mniejszych drzew – tych stojących i tych leżących. Zgubić się jest tak łatwo – marzenie polonistów zaczytanych w „Prawieku..” Olgi Tokarczuk – że drepczemy przez chaszcze nawołując się co jakiś czas. Zostaję z tyłu, bo przecież nie sposób nie pochylić się to tu, to tam nad pajęczynami, roślinami, mchem i czym tam chcecie; przez sklepienie lasu przebija się słońce, jest tak pięknie, że można tu zostać na zawsze. No dobra – niepozorny wykop pomiędzy drzewami.

 

 

Jagoda – archeolożka z Poznania – miarowo zdejmuje kolejne
warstwy ziemi. Marcin rysuje to, co pozostało z murów grodziska. Dotykając tych kamieni dotykasz pradziejów. Pomyślcie, stary las, stare kamienie, a archeolodzy na podstawie ułożenia pozostałości budulca są w stanie określić nad czym właśnie się pochylamy. Pojawiają się spekulacje – budowla obronna? Kiosk z kebabem? Piwniczka z winem? Żarty żartami, a doktor Samojlik ewidentnie ma ochotę chwycić za łopatę i zajrzeć, co tam jeszcze ziemia kryje. Ale, że komary rypią…

 

Po grodzisku oglądamy jeszcze kurhany (datowane na okres między I a V wiekiem) i odkryte w jednym z nich resztki naczyń, pani Hanna Olczak (IAE PAN) wyciąga na dłoni niebieski szklany paciorek wykopany dzień wcześniej, efektem jest chóralne „łoooo” i spekulacje – kim była denatka? Sześć osób z fascynacją pochyla się nad wykopem. Nigdy nie widziałam, żeby tylu ludzi na raz gapiło się w ziemię i obstawiało – w grobie babka czy jednak facet?

 

 

 Wracając oglądamy jeszcze jedno skupisko grobów, gadamy o mielerzach, bartnictwie, zagadkowym opuszczeniu Szczekotowa przez jego pradawnych mieszkańców (przenieśli się do dzisiejszych Bud). Gadamy też o tym, co pozostanie z nas, z naszej historii? Co być może wykopią archeolodzy przyszłości, jeśli takowa w ogóle nastąpi? Czego dowiedzieliby się o nas na podstawie wykopalisk na terenach dzisiejszych wysypisk śmieci? Czy ajfon nadal by dzwonił?

 

 

Antropopresja. Termin rzucony przez Dariusza Krasnodębskiego doskonale oddaje to, z czym mierzy się dziś nasza planeta. Jeśli chodzi o Puszczę – człowiek od dawna wywierał na nią wpływ. Różnica polega na tym, że dawniej nie miał tylu narzędzi i tyle siły destrukcyjnej, żeby zmieść ją z powierzchni ziemi. Odkrywane dziś mielerze służące do produkcji węgla drzewnego, grodziska czy kurhany świadczą o tym, że człowiek w Puszczy żył, wykorzystywał jej zasoby, ale nie wpłynął znacząco na jej dzisiejszy kształt. Pewnie czasem marzył o ścięciu najpotężniejszych drzew, ale być może nie miał takiej potrzeby albo po prostu nie wymyślił sposobu na powalenie olbrzymów. Dziś wjechałby do lasu harvesterem i po sprawie.

 

Naukowcy boją się dzisiaj wspominać o dawnej obecności człowieka w Puszczy, bo to tylko woda na młyn pana ministra – człowiek żył w Puszczy? No to znak najwyraźniejszy, że Puszcza ludzką ręką sadzona i można ją ciąć bezwględnie. Co mamy robić my? Kształtować sobie własne zdanie, czytać*, sięgać do opracowań naukowych, szukać, szukać, przyjeżdżać do Białowieży i pukać do drzwi PANu i pytać o wykłady – oni chętnie podzielą się swoją wiedzą, na to bardzo liczę. Gdziekolwiek będziecie możecie też zajść do najbliższej księgarni i kupić komiks Tomasza Samojlika – „Bartnik Ignat i skarb Puszczy” (wydała Centrala, opis znajdziecie na tym blogu), bo pan doktor badał obecność i wpływ człowieka na Puszczę i w jednym komiksie zawarł sporo arcyciekawej i przydatnej każdemu turyście wiedzy. Komiks jest skierowany do dzieci 8+, ale dorosły niech się nie wstydzi sięgnąć po tę archeologiczno-historyczną pigułkę.

 

Puszcza przechowuje pamięć o ludziach, zwierzętach, roślinach sprzed kilku tysięcy lat i jest to tylko kolejny dowód na to, że trzeba ją ochronić przed zdewastowaniem z tak błahych przyczyn, jak polityka i prywatne ambicje. Zamykanie szlaków przed turystami, wycinka na skalę, która nie mieści mi się w głowie, odmawianie dostępu do lasu naukowcom – to grzechy ciężkie, za które za chwilę ktoś nam powinien zadośćuczynić, a grzech srogo odpokutować czyszcząc średniowieczny nożyk do depilacji wciąż łamiącym się pędzelkiem…

 

Jeździmy do Puszczy od półtora roku, spędziliśmy tam w sumie jakieś trzy miesiące. Za każdym razem Puszcza dostarcza nam niespodziewanych atrakcji – a to żubr pasący się na polu, a to wilk wyjący opodal, a to gwałtowne i nieoczekiwane spotkanie z harvesterem i tabunem strażników leśnych (można się nabawić zespołu stresu bojowego), a to wyprawę archeologiczną. Za każdym razem wyjeżdżając przez zielony tunel lasu i Hajnówkę mamy potężne wrażenie, że wyjeżdżanie stąd jest zupełnie bez sensu. I ciągle wracamy.

 

Za co najmniej 1/5 dziwnych atrakcji – od wykładu, przez seminarium i linki do ważnych puszczańskich tekstów, po łażenie z archeologami – okropnie, ogromnie, najstraszniej dziękujemy Tomkowi, który niezmiennie wita nas w Białowieży życzliwy i uśmiechnięty.

 

*kilka nazwisk do wyguglania dla ciekawskich (autorzy tekstów naukowych i popularnonaukowych o Puszczy): Andrzej Bobiec, Karol Zub, Simona Kossak (wiadomo), Rafał Kowalczyk, Tomasz Samojlik, Adam Wajrak (no pewnie!), Bogumiła Jędrzejewska, Małgorzata Latałowa, Franciszek Karpiński itd

Puszcza calling

img_2573

Wiecie co? Moment w którym wjeżdżamy na wąską szosę łączącą Hajnówkę z Białowieżą jest niemal ekstatyczny. Na mapie ta droga jest prostą kreską. Zimą szosa jest pustawa, nie śmigają znudzone beemki w te i wew tę. Czasem na wylocie z Hajnówki zatrzyma Was Straż Graniczna – skontroluje i jeszcze podpowie – “Żarówka się panu z tyłu przepaliła, wymienić proszę”. W połowie odległości między miastami zjeżdża się w lewo, w kierunku Bud i Teremisek (a na prawo do zgubionej w lesie Czerlonki). W lusterkach absolutna ciemność, wokół – absolutna ciemność. Zwalniamy do 30-40 na godzinę, bo raz – a nuż wylezie coś na drogę, a dwa – szkoda przyspieszać to witanie się ze starym lasem. Gdy jest ciepło, opuszczamy do maksimum szyby w samochodzie i napełniamy go tlenem. Moglibyśmy wystawić głowy na zewnątrz i wrzeszczeć z radości, ale tej ciszy wokół nas też nam szkoda.

img_2587

W Budach mija się zajazd “U kolarza” – należący do byłego zawodnika Tour de Pologne (można go czasem spotkać w trasie, bo nadal śmiga na rowerze). Przemykamy przez Budy i wjeżdżamy do Teremisek.

Puszcza jest dla nas hojna. Wdychamy ją, powietrze zwala z nóg, po trzech godzinach łajzy jemy za trzech i zasypiamy w ekspresowym tempie. Jest styczeń, zero stopni, zaczyna padać mokry śnieg. Pod wieczór temperatura spada. Jest wilgotno więc odczucie zimna ciut wyższe niż wskazuje termometr. Zaopatrujemy się w nieodzowny sękacz i miód pitny, bo zapowiadają ochłodzenie. Ochłodzenie to spadek temperatury do – 17 stopni w dzień. Wywiewa nas solidnie, Tomaszowi robiącemu zdjęcia aparat przymarza do nosa. To ten moment kiedy para wydychana z ust osadza się na brwiach, wąsach, a czubek nosa pokrywa się warstewką lodu. Miód pitny bardzo się przydaje, gospodarz napalił w kominku, koty wróciły z łazęg do domu, psy przytulają się do kaloryfera. Nasz samochód pierwszy raz w karierze mówi “nie”.

img_2606

Pan Janusz pomaga odpalić potwornego diesla, na kawę do Tomka Samojlika dojeżdżamy spóźnieni tylko minutę. Białowieża cicha, turystów trochę się kręci, ale jednak mniej niż latem i jesienią. Słońce, zimno, pięknie. Kot Lucas z PTTKu ma się dobrze, nie schudł, a może powinien. Możecie zasilić skarbonkę Lucasa i wesprzeć jego niepokojące przybieranie na wadze 😉 W PTTKu uzyskacie wszelkie potrzebne informacje turystyczne – co można zwiedzić, co ile kosztuje. Umówicie się tu na wycieczkę do rezerwatu. Kosztuje to ok 180 zł. Kupicie mapy i obowiązkowy magnes na lodówkę. Wyślecie pocztówkę, przybijecie piątkę i pieczątkę. Po Puszczy można łazić samemu (co my lubimy najbardziej), ale jeśli macie grupę ludzi do oprowadzenia, to PTTK plus Turystyka Przyrodnicza “Sóweczka” zapewnią Waszym gościom odpowiednie atrakcje. Jedno jest pewne – zaopiekują się Wami fajni ludzie.

img_2619

Przez te kilka krótkich, zimowych dni wędrujemy szlakami z nieodzowną mapą. W plecaku koniecznie należy mieć też termos z gorącą herbatą, czekoladę, nam przydały się również kanapki – w zimnie szybko się głodnieje, a poranna ciecierzyca prędko staje się burczącym wspomnieniem. Natykamy się kilkukrotnie na tablice zabraniające nam dalszej wędrówki – “Zakaz wstępu. Niebezpieczeństwo publiczne”. Za trzecim razem jesteśmy sfrustrowani – planowaliśmy kilkugodzinną wyprawę, a tu każą zawracać. Jako obyczajni poznaniacy stosujemy się do zaleceń, ale raz czy dwa…  Jan Jerzy Karpiński by zrozumiał. Przeżywamy, nic nam nie spada na głowę, świerki trzeszczą, las wydaje niepokojące dźwięki – nękany ciężkim śniegiem i dość solidnym mrozem. O zamknięte szlaki podpytujemy pana Roberta w PTTK. O tych zamkniętych na dłużej wie, o tych zamykanych czasowo (wycinka) – trzeba dowiadywać się w Nadleśnictwie.

img_2630

Zima w lesie jest fascynująca – wiadomo. Spotykamy tropy jelenie (sarnie? Cholera, nie wiem), żubrze, i jakieś lisowate, a gdzieś tam, zdaje się, biegła kuna. Pewnego razu spotykamy też trop w towarzystwie juchy. Nawet kawałek w las zboczyliśmy, trop ciągnął się dalej. Ktoś tu nie miał się najlepiej. Tuż przed wyjazdem czytałam “Opowieści” Simony Kossak, akurat ciekawiły mnie wilcze i jelenie opowieści. W tych wilczych najbardziej te o zjadaniu ludzi. Ludzie padali dawniej ofiarami wilków, ale zupełnie przypadkowo. Podróżowali konno, a konie zwabiały wilki. No i zdarzało się, że jak już zaatakowały konie, to przypadkiem spożyły człowieka. Tak sobie myślę, że wtedy ludzie ubierali się w futra, co raczej upodabniało ich do zwierząt. Wszak człowiek to też gatunek zwierza, co z tego, że niby trochę bardziej zaawansowany technicznie? Teraz wilki nawet przypadkiem nie wszamią dwunoga. Wyobrażacie sobie? Takie świństwo w goretexie? Fu. Zresztą, odsyłam do Wajraka, który wilków tu, w Puszczy przestał się bać. Poczytajcie jego “Wilki”. Takie sobie snułam rozważania i jeszcze z Tomkiem Samojlikem o tym gwarzyliśmy przy doskonałej kawie w IBS PAN.

img_2670

img_2634

A po południu poszliśmy w las. Mieliśmy już wracać więc zrobiliśmy popas – herbata z termosu, kanapeczki, czekolada, cisza, pięknie. I nagle. Kurde, nagle zawył. “Pies” – wyrzucił z siebie Tomasz. Ta, jasne – godzinę drogi od Teremisek… “Coś tam idzie” – mówi Tomasz. Obrót głowy i już wiem, co to. Jezu. Wilk. Popatrzył na nas i poszedł drogą w stronę rzeki Narewki. Mieliśmy lornetkę, Tomasz mi ją podał i wtedy wilk przeszedł na drugą stronę ścieżki i odwrócił się raz jeszcze. Przez dziesięć sekund patrzyłam mu w pysk. Pysk raczej lekko znudzony, sprawdzający, czy idą za nim, czy w swoją stronę. Muszę mówić, ile razy obracaliśmy się za siebie w drodze powrotnej? A absolutnie najpiękniejsze w obserwowaniu zwierzą w Puszczy jest to, że one są tu u siebie. I to się czuje. My tu tylko na chwilę, gościnnie, a one są w domu.

img_2638

Tomasz zaczął czytać jeszcze w Teremiskach i łyknął niemalże na raz “Wilki”. Puszcza obdarowała nas hojnie. Łoś, kuny, żubr, wilk. Do tego dzień później doszedł dzięcioł zielonosiwy. Wszystko nam zamarzło. Lornetka po ochuchaniu ustawiła ostrość, rąk nie czułam, ale dzięcioł cierpliwie czekał, aż odszukałam go buszującego na drzewie w Budach. Nie miał czerwonej czapki, jak dzięcioł zielony więc z powątpiewaniem w swoje szczęście uznałam, że to zielonosiwy. Przedarliśmy się przez rozkoszny kopny śnieg, mróz dosięgnął w końcu moich podatnych na ziębnięcie stóp, w okolicy wiosek pojawili się narciarze biegowi. Zbliżała się pełnia, za chwilę zaczną wyć wilki, w tym nasz nowy znajomy. A my musieliśmy wracać do Poznania.img_2672

Kiedy jechaliśmy do Puszczy Białowieskiej pierwszy raz, myśleliśmy, że raczej na tym się skończy. Chcieliśmy zobaczyć Puszczę w takiej postaci, w jakiej teraz żyje, zanim ktoś, coś zrobi jej krzywdę. To była trochę decyzja polityczna wobec absurdalnych i złych rządów ministra Jana Szyszki. Teraz? Teraz trudno nie zameldować się w lasach Wschodu choćby raz na pół roku.

img_2682

img_2652

Samochód oczywiście nie odpalił. Nasze klemy i akumulator uklękły przed pięknym człowiekiem o rysach tatarskich, który z animuszem, wzbijając tumany śniegu wbił na podwórko gospodarzy swoim opelkiem. Jednym palcem otwarł maskę, podpiął klemy trzy razy większe od naszych, drugim palcem wprawił w dziki szał silnik opelka i wystartował naszą kolubrynę orzekając krótko – “Świece”. Bo w Teremiskach, proszę Państwa znajduje się legendarny warsztat samochodowy popod lasem, w Dąbrowie. A było to w Święto Trzech Króli, Wigilię prawosławną więc postawiliśmy panom na schwał piwo i żegnani sugestią – “Nie odpala? To zmienić samochód!”, wyruszyliśmy do domu.

img_2664

Ps. Piątego stycznia przeżyliśmy raz jeszcze gorączkę przedświąteczną. Ludzie umawiali się na Wigilie, kto zrobił pierogi, a kto jeszcze szybko w nocy będzie lepił. W sklepach amok, na dachach samochodów choinki, na cmentarzach ruch, w cerkwiach porządki, knajpy pozamykane na trzy świąteczne dni. Wiecie, jak to fajnie ustawia perspektywę?

To pisaliśmy my: Maria & Tomasz Bookowscy

img_2678

img_2683

A tu garść wcześniejszych tekstów o Puszczy:

Wywiad z Tomkiem Samojlikiem z IBS PAN

https://bookowscy.wordpress.com/2016/08/17/tomasz-samojlik-mam-dyplom-z-brzydkiego-rysunku/

Nasza pierwsza pocztówka z Puszczy:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/03/11/pocztowka-z-puszczy/

Piotr Nesterowicz o Starowiercach:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/07/09/podroze-w-nieznane-kraje/

Tekst o “Wilkach” Wajraka:

https://bookowscy.wordpress.com/2015/11/22/wilki/

 

Tomasz Samojlik – postanowiłem być komiksiarzem, gdy miałem sześć lat

IMG_0806Tomka Samojlika odwiedziliśmy w lutym 2016 roku w jego pracowni w Instytucie Biologii Ssaków w Białowieży. Podczas naszej pierwszej mikro-ekspedycji do Puszczy Białowieskiej. Tomek zgodził się z nami pogadać, usiedliśmy przy instytutowej herbacie, przez okno zerkając na park. Najbardziej chcieliśmy rozmawiać o historii Puszczy. Wyszło też o komiksach, a w końcu gdzieś to wszystko pięknie się połączyło.

(Bookowscy):  Jak do tego doszło, że połączyłeś dwie tak różne profesje – przyrodnika i rysownika, scenarzysty komiksów. Jak to się stało, nie masz wykształcenia artystycznego?

(Tomasz Samojlik): Nie, kompletnie nie, wręcz mam dyplom z brzydkiego rysunku (śmiech). Zajmuję się historią przyrody, czyli jestem interdyscyplinarny. To ciekawe dlatego, że mam szerszą perspektywę i staram się łączyć nauki historyczne z przyrodoznawstwem, biologią, zoologią, a też nie specjalizuję się w żadnej z tych dziedzin, co oznacza konieczność (i przyjemność) współpracy z wieloma wybitnymi ekspertami.  Moja podstawowa praca wygląda tak – siedzę w Instytucie Biologii Ssaków jako adiunkt, piszę prace naukowe, staram się pozyskiwać granty – ich głównym tematem jest historia Puszczy Białowieskiej. Interesuje mnie to, w jaki sposób Puszcza zmieniała się sto, tysiąc, dwa tysiące lat temu, zwłaszcza z uwzględnieniem roli człowieka w tych przemianach. To jest najciekawsze, najbardziej interesujące, bo paradoksalnie człowiek był tu nie tylko siłą destrukcyjną. Obecny stan Puszczy jest wypadkową procesów naturalnych i tysięcy lat bytności człowieka na tym terenie.  I tym właśnie zajmuję się za dnia. A wieczorami rysuję komiksy i piszę książki dla dzieci. Pewnie słyszeliście już setki razy, że postanowiłem być komiksiarzem gdy miałem sześć lat. Oznajmiłem to rodzicom – najpierw myśleli, że żartuję, ale ja rysowałem cały czas jakieś historyjki. Potem, jak już byłem trochę starszy, w liceum, okazało się, że nie bardzo da się mieć taki zawód – komiksiarz, więc mimo, że cały czas  rysowałem, postanowiłem, że jednak znajdę sobie inną ścieżkę kariery. Bezskutecznie zdawałem na prawo, a dostałem się  w Lublinie na europeistykę na UMCS.  To był pierwszy rok interdyscyplinarnych studiów międzywydziałowych. Nie było jeszcze nawet tytułu magistra europeistyki, w związku z tym magisterkę robiłem z historii i europeistyki. Do Instytutu przyszedłem jako administrator projektów unijnych. Jeszcze tego samego roku zacząłem zajmować się nauką. Bardzo szybko okazało się, że jest pole do popisu w dziedzinie historii przyrodniczej Puszczy… i tak to się toczy do dzisiaj – weryfikuję legendy i staram się odtworzyć prawdziwy obraz historii Puszczy Białowieskiej. Za dnia historia przyrodnicza, nocami komiksy.

(B) Opowiesz o swoim debiucie?
(TS) Miałem trzynaście lat, kiedy zadebiutowałem w “Kurierze Podlaskim” – opublikowali tam moje pierwsze paski komiksowe i zapłacili. Bardzo długo nie wierzyłem, że to się dzieje (śmiech). Nie potrafiłem kompletnie rysować, bardzo się tego wstydziłem, więc wymyśliłem takich bohaterów, których nie trzeba rysować jakoś tam szczególnie – balony, które dogadywały sobie w różnych sytuacjach. Potem miałem pomysły na serie, albumy i zawsze kończyło się na trzeciej, szóstej stronie, nie miałem przekonania do tego, co robię. Na studiach rysowałem do pisemek Szczepana Sadurskiego z dowcipami i to mi się całkiem podobało, bo też były z tego pieniądze, za które można było pójść do kina, ale wielkiej kariery w tym nie upatrywałem. Jednocześnie robiłem ilustracje do różnych pism studenckich, nawet zacząłem rysować komiks “Akademik przy cmentarzu” – dziś widzę, że Hotel Transylwania skradł mi pomysły (śmiech). Potem, na studiach, zrobiłem jeszcze parodię Wiedźmina – “Wiedźmun – Dwie Wieże Funduszu Emerytalnego”. Byłem zafascynowany twórczością Sapkowskiego i postacią wiedźmina, co widać w tej parodii. To była fajna robota, zrobiłem ją w czasie wakacji, miałem mnóstwo uciechy. Okazało się, że „Wiedźmuna” chce wydać magazyn “Science Fiction”. Najpierw puścili w kilku odcinkach w piśmie, potem zebrali w albumie i to był mój debiut, który się ukazał, jak już zacząłem pracę naukową. To bardzo miłe, ale było trochę za późno, żeby się skupić na tym bardziej. Zaangażowałem się w robienie doktoratu i w tym okresie rysowałem w zasadzie tylko do szuflady. I, rety, musiało minąć ile lat? W międzyczasie na świecie pojawiły się moje dzieci, wpadłem na pomysł, żeby pisać książki dla dzieci, zrobiłem serię „Żubr Pompik”… A potem dopiero komiksy. Kropka.

(B): Strasznie mnie ostatnio ubawiła świadomość, że „Norka zagłady” to historia z dreszczykiem, której bohaterką jest przedstawicielka gatunku inwazyjnego. Siedzą ludzie na targach książki w Warszawie, na stadionie i słuchają bajki o gatunku inwazyjnym. Twoje książki w ogóle mają silny “walor edukacyjny” (tfu, tfu). Uwielbiam „Bartnika Ignata”, którego często polecam opowiadając historię o facecie, który wymyślił jedną z najpiękniejszych polskich kolęd, no i napisał „Laurę i Filona”. Mowa oczywiście o Franciszku Karpińskim.

(TS): Cała historia Karpińskiego z „Bartnika Ignata” jest oparta na źródłach – starałem się, żeby ta akurat postać  była jak najbliższa prawdy i zachowywała się tak, jak być może sam Karpiński się zachowywał. Czytałem jego pamiętniki, odnotowałem, że Karpiński kilka razy przeżył fatalne okresy załamania. Na przykład kiedy wojska rosyjskie zniszczyły mu domostwo. Te wydarzenia powracają echem w komiksie, oczywiście przefiltrowane i przetworzone. Mam nadzieję, że trochę ducha tego prawdziwego Karpińskiego udało się w “Bartniku…” oddać. Zresztą jego wnuczka też jest postacią troszeczkę autentyczną. Wiadomo, że była, absolutnie nie wiadomo czy przebywała u niego, ale jest to jak najbardziej prawdopodobne, bo została osierocona.

(B) Czy historia o Białym Bartniku, który ocalił Puszczę przed wycinką z rąk i pił carskich podwładnych – jest prawdziwa?

(TS) (śmiech) Nie, nie. A ciekawe, bo dużo osób o to pyta. Zresztą na początku miał być Czarnym Bartnikiem. Ale historie często wyglądają zupełnie inaczej w pierwszym szkicu, niż na koniec, i tak Czarny stał się Białym. Szukałem w puszczańskich źródłach pasującej do mojego pomysłu legendy, ale nie znalazłem. A przecież Biały Bartnik, biały czarodziej, Gandalf, Biała Wieża – aż się prosiło, żeby taką legendę wymyślić i dziwię się, że nikt przede mną jej nie stworzył (śmiech).

(B) W ostatnim czasie zrobił się swoisty boom na książki przyrodnicze. Jest książka Anny Kamińskiej o Simonie Kossak – cieszy się ogromną popularnością i troszkę kieruje myśli czytających ku Białowieży. Pojawiły się też “Wilki” Adama Wajraka wywołując huragan zainteresowania tymi ssakami. Jest Twój wielkogabarytowy album dla dzieci „O rety, przyroda!”, pokazują się kolejne przygody Pompika.  Dziś w dyskusjach około-politycznych czytelnicy tych książek krzyczą zgodnie – „ocalajmy Puszczę!”. I to miejsce w którym jesteśmy – ciche, dalekie nagle jest jakimś epicentrum. Jak się z tym czujesz? I co z tym zrobisz?

(TS) Jestem spokojny. Jako historyk przyrodniczy, prowadzący już parę lat tutaj badania i starający się odtworzyć dzieje Puszczy Białowieskiej, widzę w jej historii przynajmniej kilka momentów, kiedy było dużo szumu wokół Puszczy. Wydawało się, że wszystko zmierza ku najgorszemu, czy to królowie, czy wojny, carowie, niemiecki okupant – każdy miał jakiś plan związany z Puszczą, który generalnie sprowadzał się do tego, że trzeba ją wyciąć, zamienić na dukaty, talary, marki i inną walutę. I zawsze Puszcza wychodziła z tych tarapatów obronną ręką – czy raczej obronnym konarem. Odmieniało się spojrzenie, kończyła wojna, ktoś szedł po rozum do głowy. Ufam, że Puszcza jest po prostu zbyt mocna, zbyt duża, zbyt różnorodna, zbyt silna jako prastary kompleks leśny (prastary – pewnie nie pierwotny, bo na ziemi nie ma już niczego pierwotnego, nietkniętego ręką ludzką). Z punktu widzenia historyka – ta burza wokół Puszczy może na krótki czas zakłócić jej funkcjonowanie. Puszcza może doznać uszczerbku, nie raz już tak bywało, ale jestem spokojny, bo w dłuższej perspektywie rozsądek zwycięży. I sama Puszcza też zwycięży.

IMG_1340

(B) A czy nie kusi cię napisanie mrocznej opowieści o złowieszczym korniku drukarzu? Sprawcy obecnej „afery świerkowej”?

(TS) Kornik się pojawi, spokojnie.

(B) Wracając na moment do „Bartnika Ignata…” – został wydany na Białorusi. Byłeś na spotkaniu promującym – jak wyglądał odbiór i komiksu, i tematyki u naszych sąsiadów? Czytają? Są ciekawi?

 (TS) Jeżeli mam sądzić po tym moim spotkaniu, to są bardzo zainteresowani, bo w niewielkim lokalu w galerii w Mińsku na premierze było około stu osób. Wywiązała się ciekawa rozmowa. Był obecny pewien twórca – okazało się, że jedyny zajmujący się na Białorusi tworzeniem oryginalnych białoruskich komiksów. Zrobił jeden i stwierdził, że to nie ma sensu, bo tam i tak sprzeda się tylko Myszka Miki i Avengersi.  “Bartnik…” jest próbą wydania po wielu latach czegoś po białorusku. Co prawda nie jest to zrobione na Białorusi i przez Białorusina, ale dotyczy naszych wspólnych spraw. Bo Puszcza jest wspólna. Więc odbiór był bardzo pozytywny. W sprawę zaangażował się Instytut Kultury Polskiej w Mińsku. Zresztą pracownica tego Instytutu, pani Olga Gud była tłumaczką komiksu.

(B) Wspominałeś, że chciałbyś zająć się grami? 

 (TS) Też w kontekście „Żubra Pompika” – macie go w swojej księgarni?

(B) Mamy resztki starego nakładu, ale dotarło już do nas nowe wydanie – to przygotowane przez znane nam poznańskie wydawnictwo…

(TS) Tak, Media Rodzina. Bardzo się z tego cieszę. Do końca roku ma ukazać się cała seria czterech książek i w przygotowaniu jest piąta. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie gotowa. “Pompik” to jest moja pierwsza wycieczka w kierunku zrobienia czegoś edukacyjnego – nienachalnie, z wykorzystaniem moich doświadczeń białowieskich, dla młodszego odbiorcy. “Pompiki” pisałem, gdy urodziła się moja córka Jagna i potem kontynuowałem, gdy na świecie pojawił się Tymek. Dawało mi to naprawdę dużo frajdy, dlatego, że wręcz żywcem mogłem przenosić to, co słyszałem od kolegów w Instytucie – od współpracowników, profesorstwa – na karty tej książki.
Poznajemy w niej rodzinę żubrzą z Pompikiem na czele.  Pompik jest odpowiednikiem ludzkiego wcześniaka. Urodził się jako jesienny wcześniak i dlatego jest mniejszy od innych żubrów. Po prostu nie zmężniał na tyle, żeby samodzielnie przeżyć swoją pierwszą zimę w lesie. To jest pretekst, żeby pokazać go jako takiego niezbyt sprawnego, troszkę ślamazarnego i powolnego myśliciela leśnego. Zastanawia się nad wszystkim, ma dużo pytań, bardzo go ciekawi las, podczas gdy jego rówieśnicy skupiają się na tym, co najbardziej interesuje prawdziwe żubry – na żerowaniu. Przez te cztery tomy, czyli 48 opowiadań, Pompik poznaje nie tylko zwyczaje żubrów, ale cały cykl życia lasu w ciągu roku, interakcje między różnymi zwierzętami i ich specyficzne cechy.

W tej chwili powstaje serial animowany o Pompiku. Produkuje go Warszawskie Studio EGoFILM. W pierwszej serii będzie 13 odcinków, scenariusze napisałem ja z udziałem producentki serialu, Eweliny Gordziejuk.

„Pompiki” jako książka są adresowane do szerokiego kręgu odbiorców. Czterolatek może słuchać, jak mama mu to czyta i dopytywać się o trudniejsze rzeczy, ale też ufam, że siedmio- i ośmiolatki nie odrzucą tego sposobu narracji. Tak samo staramy się robić z serialem – będzie zrozumiały na różnych poziomach percepcji. Historie z książek nieco przerobimy, uśmiesznimy, pojawi się więcej gagów, a jednocześnie w tle przemycimy różne ważne rzeczy. Za Pompikiem, który czemuś się przygląda przemykają inne zwierzęta, które zajmują się swoimi sprawami. Jednocześnie będzie tam cała warstwa żartów, o którą się postarałem dla rodziców, zmuszanych do oglądania “Pompika” – między innymi dużo interakcji między rodzicami Pompika, które są de facto sytuacjami dziejącymi się między małżonkami, w rodzinie.
Z “Pompikiem” wiąże się to, co mówiłem o grach – bardzo byśmy chcieli ze studiem, z producentką serialu, żeby pojawiły się aplikacje przede wszystkim na tablety i smartfony. Prościutkie, jeżeli chodzi o mechanikę, gry. Mam wizję, jak by to miało wyglądać, ale pewnie producent gry mi uświadomi, że nie mamy miliona dolarów na produkcję (śmiech). Chciałbym po prostu, żeby treści, które są w książkach i serialu były dostępne na zasadzie mini-gierek rozgrywających się w różnych środowiskach leśnych i różnych porach roku. Bardzo zależy mi też na tym, żeby było tam sporo elementów edukujących, co zrobić jak się spotka prawdziwego żubra, co jest bardzo prawdopodobne na Podlasiu. Nie biec i nie tulić się do niego! Musimy delikatnie dać do zrozumienia, że to jest naprawdę dziki zwierz, jeden z nielicznych przedstawicieli dużych ssaków w Europie, których nie udało się udomowić i ugłaskać. Nawet jeśli nam się wydaje, że to jest taki duży „pluszak”, to absolutnie nie można przekraczać granicy bezpieczeństwa, za którą żubry mogą po prostu zaatakować.

(B) Gdy jechaliśmy do Czerlonki (miejscowość pomiędzy Hajnówką a Białowieżą, już na terenie Puszczy) cały czas się bałam, że wyjdzie nam na drogę taki wielkolud i nie mam pojęcia co bym wtedy zrobiła…

(TS) Najlepiej nie sprawiać wrażenia, że zagraża się żubrowi. Jeśli stoi na drodze, po prostu zatrzymać się w sporej odległości, popodziwiać i poczekać aż pójdzie w swoją stronę. One nie są z natury złośliwe, nie będą stały na tej drodze trzy godziny tylko po to, żeby Was nie przepuścić (śmiech). Jeśli będziecie do niego podchodzić żeby zrobić mu zdjęcie czy nagrać odgłos chruczenia, no to może być po prostu… nieprzyjemnie. To są dzikie, nieprzewidywalne zwierzęta. Zwyczajnie – jeśli przekroczymy dystans, który uznają za bezpieczny (według badań jest to około 50 metrów) i będziemy go naruszać dłuższy czas – mogą zareagować. Ale zwykle jest tak, że żubry trzymają się z dala. Wyjątkiem mogą być stare samce, które mogą mieć problem ze zdobyciem pożywienia, czy po prostu być chore. Wtedy podchodzą do zabudowań, do ludzi, do samochodów. Czasem widzę gdzieś w internecie filmiki, jak ktoś karmi żubra, ale to budzi mój wewnętrzny sprzeciw. To jest dziki, ogromny zwierz. Zobaczcie sami (oglądamy z Tomkiem szkielet stojący w holu Instytutu – B.) – on ma w kłębie dwa metry wzrostu, jest olbrzymi. A tu puszka mózgowa – dość jednak mała (śmiech) – nigdy nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy!

 (B) Mówiłeś, że Pompik jest wzorowany na tym, co Ci opowiadali profesorowie i pracownicy Instytutu – zdarzył im się taki żubr? Taki wcześniak?

(TS) Tak, to się zdarza. Niektóre samice późno zachodzą w ciążę i te młode żubry późno przychodzą na świat. Z tego co wiem, w naturze zwykle nie przeżywają pierwszej zimy, są za słabe. Udaje im się przeżyć, jeśli są w rezerwacie hodowlanym, gdzie ktoś się nimi opiekuje. Natomiast sama wiedza o tym, że jest taki rozstrzał czasu, kiedy żubry mogą przyjść na świat, że powoduje to w ramach jednego pokolenia ogromne dysproporcje – mamy żubry, które zimą są już naprawdę solidne i te malutkie, które są zbyt słabe by zimę przetrwać – myślę, że to było właśnie natchnieniem.

Jak się spojrzy na moich bohaterów, to chyba każdy jest w jakiś sposób pokrzywdzony przez los. Dobrzyk z „Ryjówki przeznaczenia” jest straszną ciamajdą, przedstawicielem najmniejszego gatunku ryjówek – ryjówką malutką. Taki nieudacznik życiowy, który staje się ryjówką przeznaczenia. Pompik jest mały i słaby. Wilk Ambaras przyszedł na świat się bez węchu. Jednoróg – bohater komiksu „Ostatni żubr” – traci mamę i musi sam przeżyć w Puszczy. Wyderka z książki „Nauczę cię pływać moja wyderko” strasznie boi się wody.

IMG_1374

(B) Ostatnio na Kulturze Gniewu widziałam zapowiedź książeczki „To nie jest las dla starych wilków” – jako wielbicielka Cormaca McCarthy’ego (autora książki „To nie jest kraj dla starych ludzi”) ubawiłam się tym tytułem. Skąd się wziął?

(EDIT: Komiks niedawno się ukazał i jest kapitalny dla dzieciaków 8+ oraz dorosłych)

 (TS) To dość stara historia, sprzed kilku lat? Jeden z pierwszych komiksów, które narysowałem. Tuż po „Ostatnim żubrze” odezwał się do mnie Jacek Jastrzębski z „Bicepsa” (Biceps – pismo typu zin – B.) – Tomek, narysuj coś dla nas. Wtedy wymyśliłem krótką historyjkę – tytuł filmu bardzo mi się podobał, chociaż sam film już nie bardzo, nie mój klimat. „To nie jest las dla starych wilków” nie jest parodią McCarthy’ego czy filmu. Jeżeli ktoś się tego spodziewa – zawiedzie się. Zapowiadany teraz przez Kulturę Gniewu „To nie jest las…” to tytuł całego tomu, ale też jednej historii. Po niej następuje siedemnaście następnych – różnej długości. Najkrótsze mają dwie strony. Tylko kilka z nich jest premierowych, większość była już publikowana na przykład w „Echach leśnych”.

(B) Chciałam zapytać cię o to na samym końcu – czemu to wszystko co robisz jest ważne?

(TS) Hm. Dobre pytanie. To też będzie trochę odpowiedź na pytanie DLACZEGO ja to robię. Tak jak wam mówiłem – całe życie chciałem robić komiksy. Rysowałem, miałem mnóstwo pomysłów – jakieś serie o czarodziejach, science-fiction, różne rzeczy. Mam całą szufladę zaczętych i nieskończonych komiksów, serii i książek. Nigdy nie miałem przekonania, że to, co robię, jest istotne. Dochodziłem do wniosku, że to już było i nic nie wnosi, nic nie pokazuje poza moją fantazją, która nie jest jakaś szczególnie wybitna. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że przecież można by za pomocą tych mediów – książki ilustrowanej, komiksu, które ze swojej definicji są bardzo dobrze odbierane przez młodego czytelnika – przekazać coś więcej, niż tylko odzwierciedlenie tego, co mi się roi, przygód, które sobie wymyślę. Ta świadomość pozwoliła mi skończyć pierwszego “Pompika”. To jest wesoła opowieść o zwierzakach, ale pomiędzy wierszami jest tam mnóstwo wiedzy przyrodniczej wziętej ze źródła, z Instytutu Biologii Ssaków. I to zadziałało. “Pompik” się ukazał, potem kolejne trzy tomy i miałem poczucie, że zrobiłem coś pożytecznego. Jaka ta literatura jest – taka jest, jakie te wymyślone przeze mnie przygody są – takie są, ale tam da się znaleźć kawałek wiedzy, która może być punktem wyjścia do wspólnego z dzieckiem poznawania przyrody. Z komiksami było dokładnie tak samo – nie mogłem skończyć żadnego (poza „Wiedźmunem”, oczywiście, ale to jest specyficzny przypadek – wyraz mojej miłości do twórczości ASa), dopóki nie wpadłem na pomysł pokazania czegoś opartego na moich badaniach. Pierwszy był „Ostatni żubr”. W tym komiksie chciałem pokazać kawał bardzo mocnej, tragicznej historii Puszczy Białowieskiej, Polski i żubra, jednocześnie polewając to wszystko sosem mojej fantazji i humoru (specyficznego, jak mi się zdaje).  Mamy tam historię żubra, który przeżył zagładę gatunku – nic takiego nie nastąpiło, a przynajmniej nic o tym nie wiemy, ale czy to jest nieprawdopodobne? Te dwie rzeczy – “Pompik” i “Ostatni żubr” w zasadzie po raz pierwszy mnie samego przekonały, że jestem w stanie siąść i zrobić coś sensownego od A do Z, że warto w to inwestować czas i siły – w przypadku książki o Pompiku pół roku, w przypadku komiksu jest to rok ślęczenia nocami – naprawdę mordęga.
Gdy czytam wywiady z twórcami gier, często mówią oni o okresie „crunchu”, kiedy terminy gonią, rzecz nie jest gotowa, jest mnóstwo błędów i trzeba siedzieć wtedy do upadłego, żeby zdążyć. Podobnie jest z komiksami. Czasu jest zawsze za mało, trochę dlatego, że chcę się na każdym polu udzielać – interesuje mnie strasznie moja działka naukowa bardzo chcę być aktywny literacko, a jednocześnie bardzo chcę być obecny w życiu moich dzieci i nie pokazywać im siebie tylko od strony pleców.

(Bookowscy) Który okres historyczny w puszczy pociąga cię najbardziej? Jako historyka? Może to pytanie w innym miejscu – wcześniej?

(TS) Teraz zajmuję się historią Puszczy w XIX w. i jestem zafascynowany tym, jak bardzo nasza potoczna wiedza o okresie carskim w historii Puszczy odbiega od tego, co tak naprawdę miało miejsce. Istnieją setki tysięcy akt z tego okresu, więc jeszcze długa droga przede mną.

IMG_1330

(B) Chcieliśmy Cię jeszcze prosić  o  krótką refleksję czy i co czytasz swoim dzieciom? Czy dzięki książkom da się wychować ludzi kochających przyrodę i empatycznych?

(TS) Staram się czytać co wieczór, choć coraz częściej moje czytanie przegrywa konkurencję z ich samodzielnym pochłanianiem książek. A co czytam? To trudne pytanie, łatwiej mi będzie powiedzieć, jakie mieliśmy lektury w ostatnich tygodniach: „Klub latających ciotek”, szósty „Pan Kuleczka”, „Hej Jędrek”, ale też „Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine”. Czytamy, śmiejemy się, dyskutujemy.

I tak, jeśli w czymś upatrywać nadziei, że młode pokolenie wyrośnie na ludzi obdarzonych empatią wobec przyrody i siebie nawzajem, to właśnie w książkach. Będących źródłem wiedzy, skłaniających do refleksji, dających pretekst do wspólnych, rodzinnych wypraw, odkryć, a nawet zwyczajnych-niezwyczajnych rozmów.

 

Z Tomaszem Samojlikiem rozmawialiśmy my: Maria Krześlak-Kandziora i Tomek Kandziora czyli Bookowscy 🙂

jesion

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pocztówka z Puszczy.

Pewnego lutowego poranka wrzuciliśmy do bagażnika termosy z kawą i herbatą, kalosze, treki, termogacie i pojechaliśmy. Pojechaliśmy sprawdzić o co chodzi. Pojechałam, bo to głupie – skończyć trzydzieści lat, a nigdy nie widzieć Puszczy, o którą bije się pół Polski. No i lubimy lasy.  Szukamy w nich hałaśliwej ciszy z tym całym szumem koron drzew, z dudnieniem dzięciołów, wrzaskiem sójek. Krótko i żołniersko – bo nas cholera jasna bierze – nie można wszystkiego spieniężać. Nie od tego jest Puszcza, o nie. Nie znamy się na ekonomii i przemyśle, nie jesteśmy leśnikami, ale nie dociera i nie dotrze do mnie żaden argument, że tam się drewno marnuje, że kornik więc trzeba ciąć. No nie.

No to pojechaliśmy. Zamieszkaliśmy na tydzień w lesie. Odwiedziliśmy żubry w zagrodzie, zajrzeliśmy do Dębów Królewskich i na teren Orlika krzykliwego (a tam wycinka…). Wszystko to bardzo fajne. Ale najlepszy jest po prostu las. Otaczający nas zewsząd. Po zmroku ciemno, choć oko wykol. Księżyc. Cicho. Zaszeleścił w trawie przymrozek.

Umówiliśmy się jeszcze z Poznania na spotkanie z Tomkiem Samojlikiem (historykiem przyrody, autorem książek dla dzieci i komiksów o historii Puszczy) – dzwonię – cześć, to my, jutro jesteśmy. I tak pojechaliśmy do Instytutu Biologii Ssaków w Białowieży. Tomek przeziębiony, ale cierpliwy. Opowiedział nam o swojej pracy no i o korniku. Tak, jest, ale to naturalna kolej rzeczy – wody gruntowe wysychają, świerki słabną, pojawia się kornik, powala świerki, a powalone drzewa gniją i tworzą nowe ekosystemy. Ot, naturalne koleje przyrody. A polityczni przedsiębiorcy chcą porządki robić i wycinać, wycinać, wycinać. Nie martwcie się, mówi Tomek, Puszcza się obroni. Nie pierwszy i nie ostatni to atak na nią. Wyjdzie z tego obronną ręką, czy raczej konarem.

IMG_0756A co to? A to dowód na czyste powietrze. Widzieliśmy też białe plamy na drzewach. Przerażeni pytamy Tomka Samojlika – czy te drzewa są chore? Nie no, to są porosty. Czyste powietrze – uśmiechnął się Tomek. Co za głąby z nas… Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam “brodate drzewa” w okolicach Poznania. A tam, pod wschodnią granicą – jak starcy czekający na przyjście wiosny, jakby swetry islandzkie założyli i siedzą. A ja stoję i się gapię, i oddycham, i słucham. Bo dopiero tam, wśród tych mądrych drzew, poza miejskim zgiełkiem, człowiek znowu słyszy siebie.

Ryszard Kapuściński, a za nim Adam Wajrak powiedział, że stary las wytniecie, nasadzicie nowe drzewa, ale po tej wycince lasu już nie odzyskacie. Bo prawdziwych lasów już prawie nie ma. Z całym misternym ekosystemem budującym się nie przez dziesiątki, ale setki lat.

 

IMG_0795

A tu wiekopomne dzieło człowieka. Cmentarzysko świerka. W zasadzie nawet nie cmentarzysko tylko jakiś wielki fakap. I kolejne drzewa wyznaczone do wycinki. Aha, proszę mnie sprostować, ale to zdaje się teren Natura 2000. Właśnie idziemy szlakiem  “Ochrony orlika krzykliwego”. Zakaz schodzenia ze ścieżki. Tylko, że ścieżka poprzecinana “szlakami” wywózki drewna. Pewnie do sezonu turystycznego “posprzątają”. Albo jestem upierdliwym turystą, albo czegoś nie rozumiem…

Spotkaliśmy też “potwora” (podobno powoli z braku świerka przestawia się na polityków) o duszy artysty. Kornik drukarz dobiera się do drzew w wyjątkowo fantazyjny sposób. Sami zobaczcie:

IMG_0797

CZŁOWIEK LASOM NIE JEST POTRZEBNY. ALE CZY CZŁOWIEKOWI BEZ LASU BĘDZIE DOBRZE? Strasznie się rozpanoszyliśmy – my, ludzie. Wydaje nam się, że wszystko nam podlega, wszystko kontrolujemy, że przyroda służy do ozdoby, jest jakimś dodatkiem, żeby nam się milej żyło. Zapominamy, że jesteśmy jej fragmentem i jak się potężnie wk*rwi to może się zdarzyć kolejny meteoryt, radykalne zmiany klimatu, coś niemiłego, co zmiecie nas z powierzchni planety. I nikt nie będzie po nas płakał. Po naszych dieslach, lodówkach i lokówkach. Po Detroit i autostradach stupasmowych. Dlaczego tak łatwo o tym zapominamy? Dlaczego nie próbujemy żyć w równowadze i zgodzie ze światem?  Przykra prawda jest taka, że sami siebie niszczymy. To my powodujemy zmiany klimatyczne, za którymi idzie choroba świerków. To wszystko jest przecież łańcuchem przyczynowo-skutkowym.

Nie jesteśmy specjalistami, nie jesteśmy biologami, jesteśmy księgarzami, ale staramy się dostrzegać, że nie bytujemy na planecie sami i że po nas jeszcze ktoś będzie tu żył i fajnie, żeby miał do życia dobre warunki. Spędzamy na ziemi kilkadziesiąt lat, niektóre drzewa w naturalnym biegu rzeczy, spędzają ich tu kilkaset – gdyby mówiły, pewnie sporo moglibyśmy się od nich nauczyć…

Spod zagrody pokazowej żubrów zabraliśmy panią Eugenię, którą podrzuciliśmy do Hajnówki. Pani Eugenia ma pasiekę gdzieś tam pod Puszczą. Zabraliśmy kilka słoiczków do Poznania. Miód już scukrzony, ze zbiorów zeszłorocznych. Pani Eugenia ma drobne, spracowane ręce i śpiewny akcent. A z Hajnówki do Białowieży jechał chłopak z Warszawy. Będą z ekipą monitorować wycinkę drzew i czekać na rozwój sytuacji politycznej.

Temat Puszczy Białowieskiej i zakusów na nią jest tym, co potrafi mną wstrząsnąć. Politycy zapewniają mi tych wstrząsów za dużo. W kwietniu znów jedziemy do Puszczy. Napatrzeć się i wzywać Entów na pomoc.  Bo dla mnie osobiście sprawa Puszczy kumuluje w sobie całe zło, które ostatnio się wydarza. Potwornie mnie smuci. Bo uderzenie w Puszczę jest uderzeniem w serce. W miejsce, które jest samą czystością – której zniszczenie uznam za ostateczny upadek. I jeśli do tego dojdzie – spadam. I już wszystko będę miała gdzieś. Spiszę ludzkość na straty i odwiedzę Cormaca McCarthy’ego i powiem mu: demyt, miał pan rację, człowiek to straszny dupek – najpierw zniszczy Puszczę, za chwilę zje sąsiada.

I jeszcze ważna uwaga – foty pochodzą z obszaru Puszczy, który jest ogólnodostępny. Do rezerwatu, który wygląda trochę inaczej, wchodzi się z przewodnikiem i wędruje po wyznaczonych trasach. Tam spotyka się las, który ma ogromną pamięć. Sosnę masztową i dąb bartny (barć to taki ul dla dzikich pszczół – dziś już barci i bartników nie ma, ale w drzewach pozostały wspomnienia w postaci charakterystycznych otworów). Struktura lasu jest niesłychanie ciekawa, a przewodnicy dokładnie objaśniają jej charakter – pokażą Wam, gdzie żerował “trójpalczak” czyli słynny już dzięcioł trójpalczasty, a gdzie dzięcioły czarny czy zielony (te mają mocne łby i kują wgłąb, mniejsze gatunki lecą raczej po wierzchu tworząc charakterystyczne wzory na drzewach). Zobaczycie że las to nie tylko sosny, ale lipy, świerki czy ogromne dęby. Zresztą, o tym, czym jest prawdziwy las najlepiej opowiada specjalista –> Adam Wajrak. Serce Puszczy jest jeszcze cały czas chronione restrykcyjnie. Oby jak najdłużej.

A gdybyście chcieli dowiedzieć się czegoś o historii Puszczy Białowieskiej, to tu garść tytułów:

Bartnik Ignat i skarb puszczy / wyd. Centrala / Tomasz Samojlik

Ostatni żubr / wyd. Kultura Gniewu / Tomasz Samojlik

Puszcza Białowieska w pracach przyrodników i podróżników 1831-1863 / wyd. Semper / Piotr Daszkiewicz, Tomasz Samojlik, Bogumiła Jędrzejewska

Wycieczka do Puszczy / wyd. PZWS / Jan Jerzy Karpiński

W prastarej puszczy / wyd. Nasza Księgarnia / Jan Jerzy Karpiński

no i Adam Wajrak, wiadomo. od Kuny za kaloryferem po ostatnią książkę – Wilki.

Biały Bartniku, gdzie jesteś?

“Bartnik Ignat i skarb puszczy” Tomka Samojlika to komiks dla młodszych i starszych o potędze, ale i przytulności i pięknie, i magii lasu. nie byle jakiego lasu, bo tego najstarszego – Puszczy Białowieskiej. grozi mu zagłada. Caryca Katarzyna właśnie dorwała się do polskich ziem i dzieli włości. kawał Puszczy dostaje się straszliwemu, podłemu uosobieniu zła – generałowi Sobakiewiczowi. generał chce Puszczę wyciąć i spieniężyć. ale… ale w głębokim lesie, jakby poza czasem, żyje w spokoju i harmonii z naturą stary bartnik Ignat. rozmawia ze zwierzętami, kumpluje się z wilkami, dogląda dzikich pszczół. wędrujemy z nim przez las, poznajemy jego przyjaciela Franciszka Karpińskiego, który, być może, właśnie pisze “Laurę i Filona” albo składa strofy kolędy “Bóg się rodzi”. nie spotkamy Jana Jakuba Rousseau, choć ten podobno prawie przeprowadził się do Puszczy, ale przez matactwa niegodziwego pośrednika z biura podróży – pan Jakub obraził się na Polaków i został u siebie.  no cóż.

tymczasem zjadamy śniadanie z Ignatem i ruszamy na obchód: mijamy budników pilnujących stosów, w których wypala się węgiel drzewny, zaglądamy do barci, wyplatamy łapcie z lipowego łyka i w końcu trafiamy do serca Puszczy. w sercu bije źródło wody życia, a niekiedy wszystko tam rosnące zamienia się w złoto. ile w tym prawdy – wie tylko legendarny obrońca białowieskich ostępów – Biały Bartnik. czy legenda powróci, by uchronić ekosystem przed generałem Sobakiewiczem? kim jest tak naprawdę bartnik Ignat? czym jest “skarb Puszczy”? co się stanie z budnikami? i czy mały niedźwiadek odnajdzie mamę? czytajcie, a zdobędziecie wiedzę. a na końcu książki czekają na Was ciekawe informacje na temat Karpińskich, historii Puszczy, wypalania węgla i doglądania barci.

a autor? autor koleguje się z panem Adamem Wajrakiem i pracuje w Instytucie Biologii Ssaków w Białowieży w Zakładzie Ekologii Populacji. najprościej rzecz ujmując, bada ślady obecności człowieka w Puszczy i jej wpływ na ekosystem. dla fascynatów dodam, że w tym samym miejscu pracowała Simona Kossak, a dyrektorem Białowieskiego Parku był przez lata Jan Jerzy Karpiński – potomek Franciszka. kto ma ochotę – niech poszpera w antykwariatach i poszuka książek pana Jana Jerzego – okraszone jego własnymi fotografiami historie czyta się tak samo dobrze, jak “Wilki” Wajraka, a najpiękniejsze jest to, że przenosimy się z Karpińskim w czasy, gdy Puszcza była jeszcze naprawdę dzika, wśród ostępów przemykali łowczy, a raz ryś odgryzł pół ogona pewnemu bobrowi…

“Bartnik Ignat i skarb Puszczy” dostępny chwilowo tylko na aukcjach internetowych. nakład się wyczerpał, czekamy na dodruk. mam nadzieję, że się szybko pojawi, bo coś mi się zdaje, że jest bardzo potrzebny.

“Bartnik Ignat i skarb Puszczy / Tomek Samojlik / wyd. Centrala

 

IMG_0356

Wilki!

największym problemem przyrody jest człowiek, któremu wydaje się, że wie więcej, lepiej, dobrzej. a guzik. regularny smog w Poznaniu, dusimy się na własne życzenie.

a tam gdzieś na skraju Polski rośnie resztka prastarej puszczy. a w niej więcej tlenu i troszkę, troszeczkę pierwotnych praw natury. tam, w Teremiskach, żyje lubiany, ale i kontrowersyjny (zmora niektórych polityków…) człowiek. Adam Wajrak. i tam żyją wilki. wilki, co to nie są żadnymi bestiami, ludzi nie jedzą (chyba, że małe dziewczynki w czerwonych płaszczykach sesese), boją się ich jak ognia. “Wilki” – najnowsza publikacja Wajraka zabiera nas w podróż przez wilczą historię i historię naszych, ludzkich lęków. a przede wszystkim ta książka to łyk świeżego powietrza, szum Białowieskich drzew i wzruszające opisy spotkań z pięknymi drapieżnikami – czasem w śniegu, czasem nad zeżartym łosiem.

Wajrak nie opowiada bajki. opiera się na literaturze, badaniach białowieskich przyrodników no i swoich i swojej partnerki Nurii, z którą tropili wilcze ofiary, by dowiedzieć się, jak te drapieżniki polują i odżywiają się i… kto przysiada się do stołu, by wciągnąć resztki.

nie jest to różowa opowieść. wilk nie miały łatwo. przez wieki okresy jego prześladowania nasilały się i słabły. Przyrodnik zestawia sytuację polskich watah (wcale dobrą) z sytuacją Szwedzkich czy Białoruskich. no i demitologizuje. wilk jest ciekawski, czasem strachliwy, nie atakuje ludzi. to nie przymilny “pluszak”, wiadomo, to dziki zwierz, ale jest piękny i wart poznania.

poznawajmy!

Po książkę możecie do na wpaść, a 9 grudnia 2015 zapraszamy do Centrum Kultury Zamek w Poznaniu na spotkanie z samym autorem – Adamem Wajrakiem 🙂

 

IMG_9763