Tag Archives: puszcza

Puszcza calling

img_2573

Wiecie co? Moment w którym wjeżdżamy na wąską szosę łączącą Hajnówkę z Białowieżą jest niemal ekstatyczny. Na mapie ta droga jest prostą kreską. Zimą szosa jest pustawa, nie śmigają znudzone beemki w te i wew tę. Czasem na wylocie z Hajnówki zatrzyma Was Straż Graniczna – skontroluje i jeszcze podpowie – “Żarówka się panu z tyłu przepaliła, wymienić proszę”. W połowie odległości między miastami zjeżdża się w lewo, w kierunku Bud i Teremisek (a na prawo do zgubionej w lesie Czerlonki). W lusterkach absolutna ciemność, wokół – absolutna ciemność. Zwalniamy do 30-40 na godzinę, bo raz – a nuż wylezie coś na drogę, a dwa – szkoda przyspieszać to witanie się ze starym lasem. Gdy jest ciepło, opuszczamy do maksimum szyby w samochodzie i napełniamy go tlenem. Moglibyśmy wystawić głowy na zewnątrz i wrzeszczeć z radości, ale tej ciszy wokół nas też nam szkoda.

img_2587

W Budach mija się zajazd “U kolarza” – należący do byłego zawodnika Tour de Pologne (można go czasem spotkać w trasie, bo nadal śmiga na rowerze). Przemykamy przez Budy i wjeżdżamy do Teremisek.

Puszcza jest dla nas hojna. Wdychamy ją, powietrze zwala z nóg, po trzech godzinach łajzy jemy za trzech i zasypiamy w ekspresowym tempie. Jest styczeń, zero stopni, zaczyna padać mokry śnieg. Pod wieczór temperatura spada. Jest wilgotno więc odczucie zimna ciut wyższe niż wskazuje termometr. Zaopatrujemy się w nieodzowny sękacz i miód pitny, bo zapowiadają ochłodzenie. Ochłodzenie to spadek temperatury do – 17 stopni w dzień. Wywiewa nas solidnie, Tomaszowi robiącemu zdjęcia aparat przymarza do nosa. To ten moment kiedy para wydychana z ust osadza się na brwiach, wąsach, a czubek nosa pokrywa się warstewką lodu. Miód pitny bardzo się przydaje, gospodarz napalił w kominku, koty wróciły z łazęg do domu, psy przytulają się do kaloryfera. Nasz samochód pierwszy raz w karierze mówi “nie”.

img_2606

Pan Janusz pomaga odpalić potwornego diesla, na kawę do Tomka Samojlika dojeżdżamy spóźnieni tylko minutę. Białowieża cicha, turystów trochę się kręci, ale jednak mniej niż latem i jesienią. Słońce, zimno, pięknie. Kot Lucas z PTTKu ma się dobrze, nie schudł, a może powinien. Możecie zasilić skarbonkę Lucasa i wesprzeć jego niepokojące przybieranie na wadze 😉 W PTTKu uzyskacie wszelkie potrzebne informacje turystyczne – co można zwiedzić, co ile kosztuje. Umówicie się tu na wycieczkę do rezerwatu. Kosztuje to ok 180 zł. Kupicie mapy i obowiązkowy magnes na lodówkę. Wyślecie pocztówkę, przybijecie piątkę i pieczątkę. Po Puszczy można łazić samemu (co my lubimy najbardziej), ale jeśli macie grupę ludzi do oprowadzenia, to PTTK plus Turystyka Przyrodnicza “Sóweczka” zapewnią Waszym gościom odpowiednie atrakcje. Jedno jest pewne – zaopiekują się Wami fajni ludzie.

img_2619

Przez te kilka krótkich, zimowych dni wędrujemy szlakami z nieodzowną mapą. W plecaku koniecznie należy mieć też termos z gorącą herbatą, czekoladę, nam przydały się również kanapki – w zimnie szybko się głodnieje, a poranna ciecierzyca prędko staje się burczącym wspomnieniem. Natykamy się kilkukrotnie na tablice zabraniające nam dalszej wędrówki – “Zakaz wstępu. Niebezpieczeństwo publiczne”. Za trzecim razem jesteśmy sfrustrowani – planowaliśmy kilkugodzinną wyprawę, a tu każą zawracać. Jako obyczajni poznaniacy stosujemy się do zaleceń, ale raz czy dwa…  Jan Jerzy Karpiński by zrozumiał. Przeżywamy, nic nam nie spada na głowę, świerki trzeszczą, las wydaje niepokojące dźwięki – nękany ciężkim śniegiem i dość solidnym mrozem. O zamknięte szlaki podpytujemy pana Roberta w PTTK. O tych zamkniętych na dłużej wie, o tych zamykanych czasowo (wycinka) – trzeba dowiadywać się w Nadleśnictwie.

img_2630

Zima w lesie jest fascynująca – wiadomo. Spotykamy tropy jelenie (sarnie? Cholera, nie wiem), żubrze, i jakieś lisowate, a gdzieś tam, zdaje się, biegła kuna. Pewnego razu spotykamy też trop w towarzystwie juchy. Nawet kawałek w las zboczyliśmy, trop ciągnął się dalej. Ktoś tu nie miał się najlepiej. Tuż przed wyjazdem czytałam “Opowieści” Simony Kossak, akurat ciekawiły mnie wilcze i jelenie opowieści. W tych wilczych najbardziej te o zjadaniu ludzi. Ludzie padali dawniej ofiarami wilków, ale zupełnie przypadkowo. Podróżowali konno, a konie zwabiały wilki. No i zdarzało się, że jak już zaatakowały konie, to przypadkiem spożyły człowieka. Tak sobie myślę, że wtedy ludzie ubierali się w futra, co raczej upodabniało ich do zwierząt. Wszak człowiek to też gatunek zwierza, co z tego, że niby trochę bardziej zaawansowany technicznie? Teraz wilki nawet przypadkiem nie wszamią dwunoga. Wyobrażacie sobie? Takie świństwo w goretexie? Fu. Zresztą, odsyłam do Wajraka, który wilków tu, w Puszczy przestał się bać. Poczytajcie jego “Wilki”. Takie sobie snułam rozważania i jeszcze z Tomkiem Samojlikem o tym gwarzyliśmy przy doskonałej kawie w IBS PAN.

img_2670

img_2634

A po południu poszliśmy w las. Mieliśmy już wracać więc zrobiliśmy popas – herbata z termosu, kanapeczki, czekolada, cisza, pięknie. I nagle. Kurde, nagle zawył. “Pies” – wyrzucił z siebie Tomasz. Ta, jasne – godzinę drogi od Teremisek… “Coś tam idzie” – mówi Tomasz. Obrót głowy i już wiem, co to. Jezu. Wilk. Popatrzył na nas i poszedł drogą w stronę rzeki Narewki. Mieliśmy lornetkę, Tomasz mi ją podał i wtedy wilk przeszedł na drugą stronę ścieżki i odwrócił się raz jeszcze. Przez dziesięć sekund patrzyłam mu w pysk. Pysk raczej lekko znudzony, sprawdzający, czy idą za nim, czy w swoją stronę. Muszę mówić, ile razy obracaliśmy się za siebie w drodze powrotnej? A absolutnie najpiękniejsze w obserwowaniu zwierzą w Puszczy jest to, że one są tu u siebie. I to się czuje. My tu tylko na chwilę, gościnnie, a one są w domu.

img_2638

Tomasz zaczął czytać jeszcze w Teremiskach i łyknął niemalże na raz “Wilki”. Puszcza obdarowała nas hojnie. Łoś, kuny, żubr, wilk. Do tego dzień później doszedł dzięcioł zielonosiwy. Wszystko nam zamarzło. Lornetka po ochuchaniu ustawiła ostrość, rąk nie czułam, ale dzięcioł cierpliwie czekał, aż odszukałam go buszującego na drzewie w Budach. Nie miał czerwonej czapki, jak dzięcioł zielony więc z powątpiewaniem w swoje szczęście uznałam, że to zielonosiwy. Przedarliśmy się przez rozkoszny kopny śnieg, mróz dosięgnął w końcu moich podatnych na ziębnięcie stóp, w okolicy wiosek pojawili się narciarze biegowi. Zbliżała się pełnia, za chwilę zaczną wyć wilki, w tym nasz nowy znajomy. A my musieliśmy wracać do Poznania.img_2672

Kiedy jechaliśmy do Puszczy Białowieskiej pierwszy raz, myśleliśmy, że raczej na tym się skończy. Chcieliśmy zobaczyć Puszczę w takiej postaci, w jakiej teraz żyje, zanim ktoś, coś zrobi jej krzywdę. To była trochę decyzja polityczna wobec absurdalnych i złych rządów ministra Jana Szyszki. Teraz? Teraz trudno nie zameldować się w lasach Wschodu choćby raz na pół roku.

img_2682

img_2652

Samochód oczywiście nie odpalił. Nasze klemy i akumulator uklękły przed pięknym człowiekiem o rysach tatarskich, który z animuszem, wzbijając tumany śniegu wbił na podwórko gospodarzy swoim opelkiem. Jednym palcem otwarł maskę, podpiął klemy trzy razy większe od naszych, drugim palcem wprawił w dziki szał silnik opelka i wystartował naszą kolubrynę orzekając krótko – “Świece”. Bo w Teremiskach, proszę Państwa znajduje się legendarny warsztat samochodowy popod lasem, w Dąbrowie. A było to w Święto Trzech Króli, Wigilię prawosławną więc postawiliśmy panom na schwał piwo i żegnani sugestią – “Nie odpala? To zmienić samochód!”, wyruszyliśmy do domu.

img_2664

Ps. Piątego stycznia przeżyliśmy raz jeszcze gorączkę przedświąteczną. Ludzie umawiali się na Wigilie, kto zrobił pierogi, a kto jeszcze szybko w nocy będzie lepił. W sklepach amok, na dachach samochodów choinki, na cmentarzach ruch, w cerkwiach porządki, knajpy pozamykane na trzy świąteczne dni. Wiecie, jak to fajnie ustawia perspektywę?

To pisaliśmy my: Maria & Tomasz Bookowscy

img_2678

img_2683

A tu garść wcześniejszych tekstów o Puszczy:

Wywiad z Tomkiem Samojlikiem z IBS PAN

https://bookowscy.wordpress.com/2016/08/17/tomasz-samojlik-mam-dyplom-z-brzydkiego-rysunku/

Nasza pierwsza pocztówka z Puszczy:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/03/11/pocztowka-z-puszczy/

Piotr Nesterowicz o Starowiercach:

https://bookowscy.wordpress.com/2016/07/09/podroze-w-nieznane-kraje/

Tekst o “Wilkach” Wajraka:

https://bookowscy.wordpress.com/2015/11/22/wilki/

 

Tomasz Samojlik – postanowiłem być komiksiarzem, gdy miałem sześć lat

IMG_0806Tomka Samojlika odwiedziliśmy w lutym 2016 roku w jego pracowni w Instytucie Biologii Ssaków w Białowieży. Podczas naszej pierwszej mikro-ekspedycji do Puszczy Białowieskiej. Tomek zgodził się z nami pogadać, usiedliśmy przy instytutowej herbacie, przez okno zerkając na park. Najbardziej chcieliśmy rozmawiać o historii Puszczy. Wyszło też o komiksach, a w końcu gdzieś to wszystko pięknie się połączyło.

(Bookowscy):  Jak do tego doszło, że połączyłeś dwie tak różne profesje – przyrodnika i rysownika, scenarzysty komiksów. Jak to się stało, nie masz wykształcenia artystycznego?

(Tomasz Samojlik): Nie, kompletnie nie, wręcz mam dyplom z brzydkiego rysunku (śmiech). Zajmuję się historią przyrody, czyli jestem interdyscyplinarny. To ciekawe dlatego, że mam szerszą perspektywę i staram się łączyć nauki historyczne z przyrodoznawstwem, biologią, zoologią, a też nie specjalizuję się w żadnej z tych dziedzin, co oznacza konieczność (i przyjemność) współpracy z wieloma wybitnymi ekspertami.  Moja podstawowa praca wygląda tak – siedzę w Instytucie Biologii Ssaków jako adiunkt, piszę prace naukowe, staram się pozyskiwać granty – ich głównym tematem jest historia Puszczy Białowieskiej. Interesuje mnie to, w jaki sposób Puszcza zmieniała się sto, tysiąc, dwa tysiące lat temu, zwłaszcza z uwzględnieniem roli człowieka w tych przemianach. To jest najciekawsze, najbardziej interesujące, bo paradoksalnie człowiek był tu nie tylko siłą destrukcyjną. Obecny stan Puszczy jest wypadkową procesów naturalnych i tysięcy lat bytności człowieka na tym terenie.  I tym właśnie zajmuję się za dnia. A wieczorami rysuję komiksy i piszę książki dla dzieci. Pewnie słyszeliście już setki razy, że postanowiłem być komiksiarzem gdy miałem sześć lat. Oznajmiłem to rodzicom – najpierw myśleli, że żartuję, ale ja rysowałem cały czas jakieś historyjki. Potem, jak już byłem trochę starszy, w liceum, okazało się, że nie bardzo da się mieć taki zawód – komiksiarz, więc mimo, że cały czas  rysowałem, postanowiłem, że jednak znajdę sobie inną ścieżkę kariery. Bezskutecznie zdawałem na prawo, a dostałem się  w Lublinie na europeistykę na UMCS.  To był pierwszy rok interdyscyplinarnych studiów międzywydziałowych. Nie było jeszcze nawet tytułu magistra europeistyki, w związku z tym magisterkę robiłem z historii i europeistyki. Do Instytutu przyszedłem jako administrator projektów unijnych. Jeszcze tego samego roku zacząłem zajmować się nauką. Bardzo szybko okazało się, że jest pole do popisu w dziedzinie historii przyrodniczej Puszczy… i tak to się toczy do dzisiaj – weryfikuję legendy i staram się odtworzyć prawdziwy obraz historii Puszczy Białowieskiej. Za dnia historia przyrodnicza, nocami komiksy.

(B) Opowiesz o swoim debiucie?
(TS) Miałem trzynaście lat, kiedy zadebiutowałem w “Kurierze Podlaskim” – opublikowali tam moje pierwsze paski komiksowe i zapłacili. Bardzo długo nie wierzyłem, że to się dzieje (śmiech). Nie potrafiłem kompletnie rysować, bardzo się tego wstydziłem, więc wymyśliłem takich bohaterów, których nie trzeba rysować jakoś tam szczególnie – balony, które dogadywały sobie w różnych sytuacjach. Potem miałem pomysły na serie, albumy i zawsze kończyło się na trzeciej, szóstej stronie, nie miałem przekonania do tego, co robię. Na studiach rysowałem do pisemek Szczepana Sadurskiego z dowcipami i to mi się całkiem podobało, bo też były z tego pieniądze, za które można było pójść do kina, ale wielkiej kariery w tym nie upatrywałem. Jednocześnie robiłem ilustracje do różnych pism studenckich, nawet zacząłem rysować komiks “Akademik przy cmentarzu” – dziś widzę, że Hotel Transylwania skradł mi pomysły (śmiech). Potem, na studiach, zrobiłem jeszcze parodię Wiedźmina – “Wiedźmun – Dwie Wieże Funduszu Emerytalnego”. Byłem zafascynowany twórczością Sapkowskiego i postacią wiedźmina, co widać w tej parodii. To była fajna robota, zrobiłem ją w czasie wakacji, miałem mnóstwo uciechy. Okazało się, że „Wiedźmuna” chce wydać magazyn “Science Fiction”. Najpierw puścili w kilku odcinkach w piśmie, potem zebrali w albumie i to był mój debiut, który się ukazał, jak już zacząłem pracę naukową. To bardzo miłe, ale było trochę za późno, żeby się skupić na tym bardziej. Zaangażowałem się w robienie doktoratu i w tym okresie rysowałem w zasadzie tylko do szuflady. I, rety, musiało minąć ile lat? W międzyczasie na świecie pojawiły się moje dzieci, wpadłem na pomysł, żeby pisać książki dla dzieci, zrobiłem serię „Żubr Pompik”… A potem dopiero komiksy. Kropka.

(B): Strasznie mnie ostatnio ubawiła świadomość, że „Norka zagłady” to historia z dreszczykiem, której bohaterką jest przedstawicielka gatunku inwazyjnego. Siedzą ludzie na targach książki w Warszawie, na stadionie i słuchają bajki o gatunku inwazyjnym. Twoje książki w ogóle mają silny “walor edukacyjny” (tfu, tfu). Uwielbiam „Bartnika Ignata”, którego często polecam opowiadając historię o facecie, który wymyślił jedną z najpiękniejszych polskich kolęd, no i napisał „Laurę i Filona”. Mowa oczywiście o Franciszku Karpińskim.

(TS): Cała historia Karpińskiego z „Bartnika Ignata” jest oparta na źródłach – starałem się, żeby ta akurat postać  była jak najbliższa prawdy i zachowywała się tak, jak być może sam Karpiński się zachowywał. Czytałem jego pamiętniki, odnotowałem, że Karpiński kilka razy przeżył fatalne okresy załamania. Na przykład kiedy wojska rosyjskie zniszczyły mu domostwo. Te wydarzenia powracają echem w komiksie, oczywiście przefiltrowane i przetworzone. Mam nadzieję, że trochę ducha tego prawdziwego Karpińskiego udało się w “Bartniku…” oddać. Zresztą jego wnuczka też jest postacią troszeczkę autentyczną. Wiadomo, że była, absolutnie nie wiadomo czy przebywała u niego, ale jest to jak najbardziej prawdopodobne, bo została osierocona.

(B) Czy historia o Białym Bartniku, który ocalił Puszczę przed wycinką z rąk i pił carskich podwładnych – jest prawdziwa?

(TS) (śmiech) Nie, nie. A ciekawe, bo dużo osób o to pyta. Zresztą na początku miał być Czarnym Bartnikiem. Ale historie często wyglądają zupełnie inaczej w pierwszym szkicu, niż na koniec, i tak Czarny stał się Białym. Szukałem w puszczańskich źródłach pasującej do mojego pomysłu legendy, ale nie znalazłem. A przecież Biały Bartnik, biały czarodziej, Gandalf, Biała Wieża – aż się prosiło, żeby taką legendę wymyślić i dziwię się, że nikt przede mną jej nie stworzył (śmiech).

(B) W ostatnim czasie zrobił się swoisty boom na książki przyrodnicze. Jest książka Anny Kamińskiej o Simonie Kossak – cieszy się ogromną popularnością i troszkę kieruje myśli czytających ku Białowieży. Pojawiły się też “Wilki” Adama Wajraka wywołując huragan zainteresowania tymi ssakami. Jest Twój wielkogabarytowy album dla dzieci „O rety, przyroda!”, pokazują się kolejne przygody Pompika.  Dziś w dyskusjach około-politycznych czytelnicy tych książek krzyczą zgodnie – „ocalajmy Puszczę!”. I to miejsce w którym jesteśmy – ciche, dalekie nagle jest jakimś epicentrum. Jak się z tym czujesz? I co z tym zrobisz?

(TS) Jestem spokojny. Jako historyk przyrodniczy, prowadzący już parę lat tutaj badania i starający się odtworzyć dzieje Puszczy Białowieskiej, widzę w jej historii przynajmniej kilka momentów, kiedy było dużo szumu wokół Puszczy. Wydawało się, że wszystko zmierza ku najgorszemu, czy to królowie, czy wojny, carowie, niemiecki okupant – każdy miał jakiś plan związany z Puszczą, który generalnie sprowadzał się do tego, że trzeba ją wyciąć, zamienić na dukaty, talary, marki i inną walutę. I zawsze Puszcza wychodziła z tych tarapatów obronną ręką – czy raczej obronnym konarem. Odmieniało się spojrzenie, kończyła wojna, ktoś szedł po rozum do głowy. Ufam, że Puszcza jest po prostu zbyt mocna, zbyt duża, zbyt różnorodna, zbyt silna jako prastary kompleks leśny (prastary – pewnie nie pierwotny, bo na ziemi nie ma już niczego pierwotnego, nietkniętego ręką ludzką). Z punktu widzenia historyka – ta burza wokół Puszczy może na krótki czas zakłócić jej funkcjonowanie. Puszcza może doznać uszczerbku, nie raz już tak bywało, ale jestem spokojny, bo w dłuższej perspektywie rozsądek zwycięży. I sama Puszcza też zwycięży.

IMG_1340

(B) A czy nie kusi cię napisanie mrocznej opowieści o złowieszczym korniku drukarzu? Sprawcy obecnej „afery świerkowej”?

(TS) Kornik się pojawi, spokojnie.

(B) Wracając na moment do „Bartnika Ignata…” – został wydany na Białorusi. Byłeś na spotkaniu promującym – jak wyglądał odbiór i komiksu, i tematyki u naszych sąsiadów? Czytają? Są ciekawi?

 (TS) Jeżeli mam sądzić po tym moim spotkaniu, to są bardzo zainteresowani, bo w niewielkim lokalu w galerii w Mińsku na premierze było około stu osób. Wywiązała się ciekawa rozmowa. Był obecny pewien twórca – okazało się, że jedyny zajmujący się na Białorusi tworzeniem oryginalnych białoruskich komiksów. Zrobił jeden i stwierdził, że to nie ma sensu, bo tam i tak sprzeda się tylko Myszka Miki i Avengersi.  “Bartnik…” jest próbą wydania po wielu latach czegoś po białorusku. Co prawda nie jest to zrobione na Białorusi i przez Białorusina, ale dotyczy naszych wspólnych spraw. Bo Puszcza jest wspólna. Więc odbiór był bardzo pozytywny. W sprawę zaangażował się Instytut Kultury Polskiej w Mińsku. Zresztą pracownica tego Instytutu, pani Olga Gud była tłumaczką komiksu.

(B) Wspominałeś, że chciałbyś zająć się grami? 

 (TS) Też w kontekście „Żubra Pompika” – macie go w swojej księgarni?

(B) Mamy resztki starego nakładu, ale dotarło już do nas nowe wydanie – to przygotowane przez znane nam poznańskie wydawnictwo…

(TS) Tak, Media Rodzina. Bardzo się z tego cieszę. Do końca roku ma ukazać się cała seria czterech książek i w przygotowaniu jest piąta. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie gotowa. “Pompik” to jest moja pierwsza wycieczka w kierunku zrobienia czegoś edukacyjnego – nienachalnie, z wykorzystaniem moich doświadczeń białowieskich, dla młodszego odbiorcy. “Pompiki” pisałem, gdy urodziła się moja córka Jagna i potem kontynuowałem, gdy na świecie pojawił się Tymek. Dawało mi to naprawdę dużo frajdy, dlatego, że wręcz żywcem mogłem przenosić to, co słyszałem od kolegów w Instytucie – od współpracowników, profesorstwa – na karty tej książki.
Poznajemy w niej rodzinę żubrzą z Pompikiem na czele.  Pompik jest odpowiednikiem ludzkiego wcześniaka. Urodził się jako jesienny wcześniak i dlatego jest mniejszy od innych żubrów. Po prostu nie zmężniał na tyle, żeby samodzielnie przeżyć swoją pierwszą zimę w lesie. To jest pretekst, żeby pokazać go jako takiego niezbyt sprawnego, troszkę ślamazarnego i powolnego myśliciela leśnego. Zastanawia się nad wszystkim, ma dużo pytań, bardzo go ciekawi las, podczas gdy jego rówieśnicy skupiają się na tym, co najbardziej interesuje prawdziwe żubry – na żerowaniu. Przez te cztery tomy, czyli 48 opowiadań, Pompik poznaje nie tylko zwyczaje żubrów, ale cały cykl życia lasu w ciągu roku, interakcje między różnymi zwierzętami i ich specyficzne cechy.

W tej chwili powstaje serial animowany o Pompiku. Produkuje go Warszawskie Studio EGoFILM. W pierwszej serii będzie 13 odcinków, scenariusze napisałem ja z udziałem producentki serialu, Eweliny Gordziejuk.

„Pompiki” jako książka są adresowane do szerokiego kręgu odbiorców. Czterolatek może słuchać, jak mama mu to czyta i dopytywać się o trudniejsze rzeczy, ale też ufam, że siedmio- i ośmiolatki nie odrzucą tego sposobu narracji. Tak samo staramy się robić z serialem – będzie zrozumiały na różnych poziomach percepcji. Historie z książek nieco przerobimy, uśmiesznimy, pojawi się więcej gagów, a jednocześnie w tle przemycimy różne ważne rzeczy. Za Pompikiem, który czemuś się przygląda przemykają inne zwierzęta, które zajmują się swoimi sprawami. Jednocześnie będzie tam cała warstwa żartów, o którą się postarałem dla rodziców, zmuszanych do oglądania “Pompika” – między innymi dużo interakcji między rodzicami Pompika, które są de facto sytuacjami dziejącymi się między małżonkami, w rodzinie.
Z “Pompikiem” wiąże się to, co mówiłem o grach – bardzo byśmy chcieli ze studiem, z producentką serialu, żeby pojawiły się aplikacje przede wszystkim na tablety i smartfony. Prościutkie, jeżeli chodzi o mechanikę, gry. Mam wizję, jak by to miało wyglądać, ale pewnie producent gry mi uświadomi, że nie mamy miliona dolarów na produkcję (śmiech). Chciałbym po prostu, żeby treści, które są w książkach i serialu były dostępne na zasadzie mini-gierek rozgrywających się w różnych środowiskach leśnych i różnych porach roku. Bardzo zależy mi też na tym, żeby było tam sporo elementów edukujących, co zrobić jak się spotka prawdziwego żubra, co jest bardzo prawdopodobne na Podlasiu. Nie biec i nie tulić się do niego! Musimy delikatnie dać do zrozumienia, że to jest naprawdę dziki zwierz, jeden z nielicznych przedstawicieli dużych ssaków w Europie, których nie udało się udomowić i ugłaskać. Nawet jeśli nam się wydaje, że to jest taki duży „pluszak”, to absolutnie nie można przekraczać granicy bezpieczeństwa, za którą żubry mogą po prostu zaatakować.

(B) Gdy jechaliśmy do Czerlonki (miejscowość pomiędzy Hajnówką a Białowieżą, już na terenie Puszczy) cały czas się bałam, że wyjdzie nam na drogę taki wielkolud i nie mam pojęcia co bym wtedy zrobiła…

(TS) Najlepiej nie sprawiać wrażenia, że zagraża się żubrowi. Jeśli stoi na drodze, po prostu zatrzymać się w sporej odległości, popodziwiać i poczekać aż pójdzie w swoją stronę. One nie są z natury złośliwe, nie będą stały na tej drodze trzy godziny tylko po to, żeby Was nie przepuścić (śmiech). Jeśli będziecie do niego podchodzić żeby zrobić mu zdjęcie czy nagrać odgłos chruczenia, no to może być po prostu… nieprzyjemnie. To są dzikie, nieprzewidywalne zwierzęta. Zwyczajnie – jeśli przekroczymy dystans, który uznają za bezpieczny (według badań jest to około 50 metrów) i będziemy go naruszać dłuższy czas – mogą zareagować. Ale zwykle jest tak, że żubry trzymają się z dala. Wyjątkiem mogą być stare samce, które mogą mieć problem ze zdobyciem pożywienia, czy po prostu być chore. Wtedy podchodzą do zabudowań, do ludzi, do samochodów. Czasem widzę gdzieś w internecie filmiki, jak ktoś karmi żubra, ale to budzi mój wewnętrzny sprzeciw. To jest dziki, ogromny zwierz. Zobaczcie sami (oglądamy z Tomkiem szkielet stojący w holu Instytutu – B.) – on ma w kłębie dwa metry wzrostu, jest olbrzymi. A tu puszka mózgowa – dość jednak mała (śmiech) – nigdy nie wiadomo co mu przyjdzie do głowy!

 (B) Mówiłeś, że Pompik jest wzorowany na tym, co Ci opowiadali profesorowie i pracownicy Instytutu – zdarzył im się taki żubr? Taki wcześniak?

(TS) Tak, to się zdarza. Niektóre samice późno zachodzą w ciążę i te młode żubry późno przychodzą na świat. Z tego co wiem, w naturze zwykle nie przeżywają pierwszej zimy, są za słabe. Udaje im się przeżyć, jeśli są w rezerwacie hodowlanym, gdzie ktoś się nimi opiekuje. Natomiast sama wiedza o tym, że jest taki rozstrzał czasu, kiedy żubry mogą przyjść na świat, że powoduje to w ramach jednego pokolenia ogromne dysproporcje – mamy żubry, które zimą są już naprawdę solidne i te malutkie, które są zbyt słabe by zimę przetrwać – myślę, że to było właśnie natchnieniem.

Jak się spojrzy na moich bohaterów, to chyba każdy jest w jakiś sposób pokrzywdzony przez los. Dobrzyk z „Ryjówki przeznaczenia” jest straszną ciamajdą, przedstawicielem najmniejszego gatunku ryjówek – ryjówką malutką. Taki nieudacznik życiowy, który staje się ryjówką przeznaczenia. Pompik jest mały i słaby. Wilk Ambaras przyszedł na świat się bez węchu. Jednoróg – bohater komiksu „Ostatni żubr” – traci mamę i musi sam przeżyć w Puszczy. Wyderka z książki „Nauczę cię pływać moja wyderko” strasznie boi się wody.

IMG_1374

(B) Ostatnio na Kulturze Gniewu widziałam zapowiedź książeczki „To nie jest las dla starych wilków” – jako wielbicielka Cormaca McCarthy’ego (autora książki „To nie jest kraj dla starych ludzi”) ubawiłam się tym tytułem. Skąd się wziął?

(EDIT: Komiks niedawno się ukazał i jest kapitalny dla dzieciaków 8+ oraz dorosłych)

 (TS) To dość stara historia, sprzed kilku lat? Jeden z pierwszych komiksów, które narysowałem. Tuż po „Ostatnim żubrze” odezwał się do mnie Jacek Jastrzębski z „Bicepsa” (Biceps – pismo typu zin – B.) – Tomek, narysuj coś dla nas. Wtedy wymyśliłem krótką historyjkę – tytuł filmu bardzo mi się podobał, chociaż sam film już nie bardzo, nie mój klimat. „To nie jest las dla starych wilków” nie jest parodią McCarthy’ego czy filmu. Jeżeli ktoś się tego spodziewa – zawiedzie się. Zapowiadany teraz przez Kulturę Gniewu „To nie jest las…” to tytuł całego tomu, ale też jednej historii. Po niej następuje siedemnaście następnych – różnej długości. Najkrótsze mają dwie strony. Tylko kilka z nich jest premierowych, większość była już publikowana na przykład w „Echach leśnych”.

(B) Chciałam zapytać cię o to na samym końcu – czemu to wszystko co robisz jest ważne?

(TS) Hm. Dobre pytanie. To też będzie trochę odpowiedź na pytanie DLACZEGO ja to robię. Tak jak wam mówiłem – całe życie chciałem robić komiksy. Rysowałem, miałem mnóstwo pomysłów – jakieś serie o czarodziejach, science-fiction, różne rzeczy. Mam całą szufladę zaczętych i nieskończonych komiksów, serii i książek. Nigdy nie miałem przekonania, że to, co robię, jest istotne. Dochodziłem do wniosku, że to już było i nic nie wnosi, nic nie pokazuje poza moją fantazją, która nie jest jakaś szczególnie wybitna. W pewnym momencie pomyślałem sobie, że przecież można by za pomocą tych mediów – książki ilustrowanej, komiksu, które ze swojej definicji są bardzo dobrze odbierane przez młodego czytelnika – przekazać coś więcej, niż tylko odzwierciedlenie tego, co mi się roi, przygód, które sobie wymyślę. Ta świadomość pozwoliła mi skończyć pierwszego “Pompika”. To jest wesoła opowieść o zwierzakach, ale pomiędzy wierszami jest tam mnóstwo wiedzy przyrodniczej wziętej ze źródła, z Instytutu Biologii Ssaków. I to zadziałało. “Pompik” się ukazał, potem kolejne trzy tomy i miałem poczucie, że zrobiłem coś pożytecznego. Jaka ta literatura jest – taka jest, jakie te wymyślone przeze mnie przygody są – takie są, ale tam da się znaleźć kawałek wiedzy, która może być punktem wyjścia do wspólnego z dzieckiem poznawania przyrody. Z komiksami było dokładnie tak samo – nie mogłem skończyć żadnego (poza „Wiedźmunem”, oczywiście, ale to jest specyficzny przypadek – wyraz mojej miłości do twórczości ASa), dopóki nie wpadłem na pomysł pokazania czegoś opartego na moich badaniach. Pierwszy był „Ostatni żubr”. W tym komiksie chciałem pokazać kawał bardzo mocnej, tragicznej historii Puszczy Białowieskiej, Polski i żubra, jednocześnie polewając to wszystko sosem mojej fantazji i humoru (specyficznego, jak mi się zdaje).  Mamy tam historię żubra, który przeżył zagładę gatunku – nic takiego nie nastąpiło, a przynajmniej nic o tym nie wiemy, ale czy to jest nieprawdopodobne? Te dwie rzeczy – “Pompik” i “Ostatni żubr” w zasadzie po raz pierwszy mnie samego przekonały, że jestem w stanie siąść i zrobić coś sensownego od A do Z, że warto w to inwestować czas i siły – w przypadku książki o Pompiku pół roku, w przypadku komiksu jest to rok ślęczenia nocami – naprawdę mordęga.
Gdy czytam wywiady z twórcami gier, często mówią oni o okresie „crunchu”, kiedy terminy gonią, rzecz nie jest gotowa, jest mnóstwo błędów i trzeba siedzieć wtedy do upadłego, żeby zdążyć. Podobnie jest z komiksami. Czasu jest zawsze za mało, trochę dlatego, że chcę się na każdym polu udzielać – interesuje mnie strasznie moja działka naukowa bardzo chcę być aktywny literacko, a jednocześnie bardzo chcę być obecny w życiu moich dzieci i nie pokazywać im siebie tylko od strony pleców.

(Bookowscy) Który okres historyczny w puszczy pociąga cię najbardziej? Jako historyka? Może to pytanie w innym miejscu – wcześniej?

(TS) Teraz zajmuję się historią Puszczy w XIX w. i jestem zafascynowany tym, jak bardzo nasza potoczna wiedza o okresie carskim w historii Puszczy odbiega od tego, co tak naprawdę miało miejsce. Istnieją setki tysięcy akt z tego okresu, więc jeszcze długa droga przede mną.

IMG_1330

(B) Chcieliśmy Cię jeszcze prosić  o  krótką refleksję czy i co czytasz swoim dzieciom? Czy dzięki książkom da się wychować ludzi kochających przyrodę i empatycznych?

(TS) Staram się czytać co wieczór, choć coraz częściej moje czytanie przegrywa konkurencję z ich samodzielnym pochłanianiem książek. A co czytam? To trudne pytanie, łatwiej mi będzie powiedzieć, jakie mieliśmy lektury w ostatnich tygodniach: „Klub latających ciotek”, szósty „Pan Kuleczka”, „Hej Jędrek”, ale też „Księżniczka, łajdak i chłopak z Tatooine”. Czytamy, śmiejemy się, dyskutujemy.

I tak, jeśli w czymś upatrywać nadziei, że młode pokolenie wyrośnie na ludzi obdarzonych empatią wobec przyrody i siebie nawzajem, to właśnie w książkach. Będących źródłem wiedzy, skłaniających do refleksji, dających pretekst do wspólnych, rodzinnych wypraw, odkryć, a nawet zwyczajnych-niezwyczajnych rozmów.

 

Z Tomaszem Samojlikiem rozmawialiśmy my: Maria Krześlak-Kandziora i Tomek Kandziora czyli Bookowscy 🙂

jesion

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

ostatnie dzieci lasu.

jeżeli macie problem z emocjami, kontaktami międzyludzkimi, deficytem spokoju i szczęścia, jesteście niezadowoleni z życia, widzicie w nim morze problemów – ta książka ich nie rozwiąże. nie wiem, czy w ogóle Wam pomoże. ale wspomnijcie na te słowa:
“przyroda nie zabiera nam czasu, ona go rozszerza”, “działa jak balsam dla duszy” “pobudza kreatywność, domagając się wizualizacji i wykorzystania wszystkich zmysłów”. Richard Louv patrzy na problem “deficytu natury” z perspektywy amerykańskiej, ale warto książkę przeczytać i w Polsce, i to nie tylko będąc rodzicem. powrót do przyrody nie jest łatwy, bo tu chodzi o intymną więź z naturą, my tę więź tracimy. NIE DAJCIE SIĘ!!!

jesteśmy z Tomaszem od przyrody uzależnieni. chciałam napisać tu milion rad, jak ratować życie kontaktem z naturą, ale napiszę może tylko tyle – ona pozwala nam odżywać, regenerować umysł i ciało. ma niewiarygodną siłę. zwraca radość życia i poczucie sensu. dbajmy i korzystajmy.

ostatnio spędzamy dużo czasu w mieście, wczoraj przegięliśmy pokonując Rondo Śródka – podobno najbardziej rozbuchane rondo w tym mieście – aż cztery razy. samochodem. dieslem. syfiąc i smrodząc. słuchając nieustannego szumu wokół nas. tkwiąc w nerwowości, jaki generują otaczający nas kierowcy. próbując nie poddać się nastrojowi “k**wa, szybciej” i nie dając się wpędzić w coś, co nazywam “jazdą za wszelka cenę”. szliśmy spać o trzeciej w nocy z poczuciem, że zapomnieliśmy, jak szumi las. a to niedopuszczalne. choruję z braku wysokich drzew. eko-depresja. dochodzimy do ściany, do której nie warto się zbliżać. tonie w smogu i braku przestrzeni. myślę, że człowiek potrzebuje i powietrza i miejsca wokół siebie. bardzo potrzebuje ciszy, nawet wypełnionej hałasem ptaków, wiatru, ryjących dzików, spadających liści. zbyt łatwo dajemy sobie to odebrać. zapominamy i nie doceniamy przyrody. to nie eko-oszołomy walczą o połacie puszcz i doliny rzek. to ludzie świadomi, że od braku zielonych ostoi zaczyna się koniec świata. bo gdzie będą tokować głuszce? gdzie walczyć będą bojowniki? gdzie będą mieszkać wilki? o wilkach za moment. o puszczach niebawem. zabiorę Was do Białowieży – takiej, jakiej chyba już nie ma.

Richard Louv / Ostatnie dziecko lasu. Jak uchronić nasze dzieci przed zespołem deficytu natury / tłum. Anna Rogozińska / Wydawnictwo Relacja

książke kupisz tutaj!

albo po prostu do nas wpadnij!

a potem biegnij do parku, nad Rusałkę, za miasto!

IMG_8556