Tag Archives: reportaż

Domy bezdomne. Między wysiadką a piekarokiem

„Trwają prace dekarskie. Surowe ściany, beton. Poza niewiele mówiącym podziałem na pomieszczenia robotnicy nie wiedzą, co gdzie będzie. Na parę tygodni muszą sobie zorganizować tu dwa punkty: miejsce do zjedzenia drugiego śniadania i magazynek blach i rur spustowych – trzeba uważać, żeby ich nie podeptać, nie pogiąć, nie popalcować, bo są miękkie i delikatne. Z dokładnością do pół metra dekarze wybierają miejsce do jedzenia tam, gdzie stanie później duży stół, a blachy kładą w najbezpieczniejszym według nich punkcie domu – czyli dokładnie tam, gdzie będzie łóżko. 

Bartek poczuł wtedy, że najważniejsze meble w domu rozstawiają się w tej przestrzeni same. To był dla niego jako architekta ogromny komplement.
„Ta przestrzeń działa” – pomyślał.”
Nad książką Doroty Brauntsch unosi się duch żalu za domami odchodzącymi w przeszłość i za tym, co niosły ze sobą, w sobie. „Domy bezdomne” to chyba nawet nie opowieść o samych budynkach, tylko o ludziach, którzy z domem tworzyli całość. Dla których dom nie był tylko hotelem, tylko centralnym punktem życia, w którym jadło się, spało, piekło chleb, z którego wychodziło się do zwierząt, w pole i do sąsiadów.

Continue reading

Ilona Wiśniewska: Grenlandczycy śmieją się od serca

Czytałam Twoją książkę “Lud. Z grenlandzkiej wyspy” (wyd. Czarne) z mapą Grenlandii przed oczami, okazuje się, że wcale nie jest tak daleko – z Poznania bardzo łatwo dostać się na Islandię, a tam dzieli nas już tylko „żabi skok” od Grenlandii. Okropnie kurczą się odległości. To trochę przerażające.

Jesteśmy na Festiwalu literackim Patrząc na Wchód i wiele krajów nagle stało się bliskich – Białoruś i Buriacja, daleka rosyjska Syberia i Grenlandia. Redefiniujemy znaczenie słów „zachód” i „wschód”. Cywilizacyjny postęp okazuje się dla jednych koniecznością, dla innych widmem destrukcyjnych zmian. Gdzie na Grenlandii jest wschód i zachód i czy strony świata mają tam jakiekolwiek znaczenie?

Z tego co wiem, strony świata mają tam bardzo duże znaczenie, bo Grenlandia dzieli się na cztery dość oczywiste części – wschód i zachód, północ i południe. We wschodniej Grenlandii mówi się trochę innym językiem, na samej Północy też grenlandzki jest bardziej podobny do języka Inuitów z Kanady. Ja byłam na małej wyspie u północno-zachodnich wybrzeży i nie wiem, jak jest w innych częściach tego kraju. Bazuję na tym, co opowiadali sami Grenlandczycy.

Continue reading

Historie wysiedlonych

Nie mieli goretexu, atoma (uszytego z miłości), merynosów i skarpet. Treków też nie mieli. A wszystko, co mieli zostawili na pastwę wojny. Bieżeńcy. Przeczytajcie “Bieżeństwo 1915” Anety Prymaki-Oniszk. To historia Polaków, Białorusinów, Ukraińców, Łotyszy, Żydów, Ormian, Litwinów, Estończyków wysiedlonych z zachodnich kresów Imperium Rosyjskiego – m.in. dzisiejszego Podlasia oraz z części ziem Królestwa Polskiego. Na Syberię, na Krym, pod granicę z Chinami albo bliżej, do części europejskiej. Bieżeństwo – wysiedlenie, wygnanie, dobrowolny(?) wyjazd. Ogromnie dramatyczna historia ludzi spod Dubicz Cerkiewnych, Narewki, Hajnówki, Białegostoku – miejscowości tak dobrze mi znanych z podróży na Wschód. Podobno nie sposób zrozumieć Wschodu bez poznania historii bieżeńców. Najstarsi ludzie pamiętający 1915 rok i grozę nadchodzącej wojny już nie żyją, świadectw jest mało i są niepełne. Wygnanie, życie setki kilometrów od rodzinnych wiosek, a potem powrót do niewiadomego pozostają nieopisane.

Tę lukę stara się wypełnić Aneta Prymaka-Oniszk, wnuczka bieżeńców. To jest książka obowiązkowa. Bo to w dużej mierze historia prawosławna, być może właśnie dlatego tak nieobecna w historii Polski (katolickiej). Bo ważna jest pamięć o losach kilku milionów ludzi, z których jedna trzecia nie przeżyła podróży na wygnanie i z wygnania, ale też dlatego, że historia kołem się toczy, a my nie wyciągamy wniosków. Albo nie mamy zbyt wielkiego wpływu na historię układaną przez mocniejszych, bogatszych, wpływowych. Losy bieżeńców są dziwnie znajome. Opisy obozów przejściowych, łapówek, przyjmowania ludzi w nowych miejscach, życzliwość albo wrogość. Pomoc i niechęć. Rozpacz, śmierć najbliższych, choroby, brak środków do życia, trudności z aklimatyzacją w tymczasowym miejscu pobytu, brak pracy. Wyliczać można długo. Wydaje nam się, że żyjemy w stabilnym, zrównoważonym świecie, ale zanurzając się w historii bieżeńców ma się wrażenie, że wszystko jest zaskakująco i niepokojąco powtarzalne i kruche.

Zaczęłam czytać “Bieżeństwo 1915” przy kominku w Siemianówce. W ciepłym i gościnnym Domu na Wschodzie. Kończę w Poznaniu i zastanawiam się, jak bardzo bieżeństwo i składanie Polski po rozbiorach wpłynęło na to, jacy dziś jesteśmy – jako ludzie i naród? Czy tworzenie granic i wypychanie ze “swojej ziemi” ludzi mówiących innym językiem, wyznających inną religię, być może spiskujących przeciwko nam, nie daj boże myślących o sobie, jako o innym narodzie – czy to gdzieś w nas zostało? Czy to też powtarzalne emocje, tak bardzo zakodowane? Czy granice muszą być szczelnie zamknięte, opieczętowane, a przy wpuszczaniu kogokolwiek na ten “nasz” wychuchany teren, należy sprawdzić, czy obcy aby na pewno umie się przeżegnać i mówi “po naszemu”? Skończyłam czytać o trzeciej w nocy i mam poczucie, że te pytania są bardzo proste i bardzo trudne. Tak, jak i odpowiedzi.

Aneta Prymaka-Oniszk / “Bieżeństwo 1915” / Wydawnictwo Czarne

Więcej informacji o pracy, jaką wykonała autorka, znajdziecie tu: https://biezenstwo.pl/

W martwej dolinie wikłacze znów budują gniazda

21 sierpnia 1986 roku w dalekim Kamerunie rozgniewało się do tej pory dobre (takie, od którego nie chcesz uciekać, nie boisz się go) jezioro i zabiło wszystkich ludzi w dolinie. Zabiło bydło, ptaki, muchy. Nastała cisza, a po niej rozpacz. Nastały czasy niepewności i najazdu zagranicznych wulkanologów rangi światowej, z których każdy chciał jako pierwszy znaleźć przyczynę śmierci dwóch tysięcy osób. Wyścig naukowców ocierał się o bezwzględność. Frank Westerman nie tyle chce dociec prawdy o tragedii znad jeziora Nyos, ile pokazać mechanizmy tworzenia się historii, mitów i opowieści. W Afryce, krainie, gdzie koogzystuje się z duchami i zmarłymi, gdzie jeziorami rządzą bogowie mogący się rozgniewać – o narastanie kolejnych pięter opowieści nietrudno. Do tego swoje cegiełki dołożą chrześcijańscy misjonarze oraz kłócący się wulkanolodzy. Nie da się ukryć, że to bardzo męski spór, buchający od adrenaliny i międzynarodowych napięć. To ciekawe, przyglądać się, jak uwaga świata nagle ogniskuje się na małym jeziorze w jakimś niezbyt bogatym kraju, ile na tym korzysta prezydent Paul Biya, a jak niewiele zyskują ludzie dotknięci tragedią. Dodajcie sobie do tego wszystkiego fakt, że Kamerun to była kolonia (niemiecka, a po pierwszej wojnie światowej brytyjsko-francuska), a ludzie mówią, że wokół jeziora podejrzanie często kręcili się Izraelczycy… Bomba neutronowa? Wybuch wulkanu? Samoczynne uwolnienie się dwutlenku węgla? Gniew złego ducha?
Książka Westermana to także – a być może przede wszystkim – kronika losów wielu ludzi związanych z katastrofą w przeróżny sposób. Zaglądamy w życiorysy tak naukowców: Islandczyka Haraldura Sigurdssona oraz legendy wulkanologii Francuza Harouna Tazieffa, jak i misjonarzy, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce katastrofy. Westerman rozmawia z ludźmi w stolicy Kamerunu – Jaunde, rozmawia z wodzami (komami) w wioskach dookoła jeziora, spotyka się z kameruńskimi antropologami i językoznawcami. Bada historię opowieści. Wydarzenie znad jeziora Nyos miało ogromną siłę jednoczenia Kameruńczyków. Stało się tematem dramatów wystawianych i w Afryce, i w USA, a przedstawienia te były formą pamiętania, przekazywania doświadczenia. Ale historia jest pamiętana przez ludzi, władze chyba raczej o niej zapomniały. W 2011 roku minęło dwadzieścia pięć lat od tragedii ludzi z martwej doliny – Kamerun w żaden sposób jej nie obchodził. Co to znaczy dla tej historii, opowieści?
2011 rok:
Nad jeziorem Nyos nadal nikt nie może mieszkać, stacjonuje tam wojsko. Czasem ktoś powróci nielegalnie, pomieszkuje w szałasie, handluje skórami zwierząt i kolbami kukurydzy. Niecałe dwa metry nad lustrem jeziora gniazda budują wikłacze.
Frank Westerman / Martwa dolina / przekład: Małgorzata Diederen-Woźniak / wyd. Dowody na Istnienie

W Spitaku trzęsie się ziemia

Już to w tym roku czytałam – przychodzi wstrząs i teoretycznie wszyscy byli przygotowani, wszyscy wiedzieli, co w takim wypadku robić. Ale nie zdążyli, nie odczytali znaków – dzień wcześniej mały wstrząs, rybki wyskakujące z akwarium, uciekające w samobójczą śmierć, “nawet to, że dzień wcześniej przywódca wielkiego Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow zaapelował w nowojorskiej siedzibie ONZ o zakończenie Zimnej Wojny, nie dało nikomu do myślenia. A potem już było za późno”. 7 grudnia 1988 roku o 11:41 Spitakiem, miasteczkiem w Armenii (wtedy CCCP) zatrzęsło. Ostał się jeden budynek i trochę ludzi do dziś zastanawiających się – po co, dlaczego przeżyli? Minęło ponad ćwierć wieku, miasto zostało połowicznie odbudowane, nadal nikt nie narysował jego mapy. Kolejne pokolenia co roku 7 grudnia odświeżają żałobę po tamtym dniu. Filip Springer napisał krótki a przejmujący reportaż z Armenii, podzielony na 20 krótkich jak strzał rozdziałów. Michał Łuczak robił zdjęcia w latach 2014-2016. Złożyli z tego reporterski art-book, za którego kształt odpowiada graficzka Ania Nałęcka Milach. Dobrze pamiętać tragedię małego miasta, hen, na krańcu świata. Dobrze przypomnieć sobie, że tuż po trzęsieniu ziemi do Spitaka zjechały ekipy ratownicze z całego świata, nikt nie sprawdzał im na granicy paszportów. “To pierwszy raz od II Wojny Światowej, gdy Związek Radziecki przyznaje, że z czymś nie jest w stanie sobie poradzić.”, a wspólnota międzynarodowa rusza z pomocą.

Springer z Łuczakiem są częstowani kawą, wciągani do domów, słuchają, bo ludziom “została już tylko nadzieja, że kogoś to wzruszy, że ktoś pomoże.” Do dziś wielu z nich mieszka w prowizorycznych barakach, kontenerach. Miastu trudno podnieść się z ruiny, wciąż bez tej mapy, z upadającymi kolejnymi planami. Reporterzy pakują drogi sprzęt “warty więcej niż całe to osiedle” i wracają, czując, że podtrzymują w ludziach nadzieję, która jest płonna. A może nie?

Już to w tym roku czytałam – pamiętacie “Ganbare” Katarzyny Boni? Trzęsienie ziemi/tsunami zawsze zostawia to samo – osamotnionych ludzi, którzy sami muszą się przekonywać, że warto żyć i miasta pozbawione kształtu. Ludzi błąkających się pośród ruin w mieście, którego nie mogą poznać, szukających kogoś, komu mogliby opowiedzieć.

Aha, panie Filipie, rozdział drugi jest mistrzowski. Dwa razy głośno go przeczytałam postronnym. Przerażająco piękny.

Michał Łuczak, Filip Springer / 11:41 / książka jest częścią projektu kolektywu Sputnik Photos, “Stracone terytoria” / nakład edycji polskojęzycznej: 500 sztuk / cena: 130 zł.

Serce pasowało

Gdzie konstruowano po nocach pierwsze polskie płucoserce przejmujące pracę tych organów w trakcie poważnych operacji? Moi drodzy – W CEGIELSZCZOKU. Tak właśnie. Kardiochirurdzy żyją obok nas i mają niezłą ambę. Co ich pcha, żeby łapać Boga za nogi? Czy pamiętacie, że parędziesiąt lat temu wierzono, że serca nie da się zoperować, bo tam wszak mieszka dusza, emocje i całe “ja” człowieka? Kim są ludzie, którzy zszywają dziś rany na sercach ludzkich i przeszczepiają nerki? Jak bardzo polscy transplantolodzy musieli gonić swoich kolegów zza oceanu, gdy wreszcie komunizm upadł i do naszego kraju zaczęła swobodnie napływać wiedza medyczna, o której wcześniej nikomu się tu nie śniło? W tej książce poleją się hektolitry kawy, będzie w niej mało snu i dużo odwagi, i potężne mózgi lekarzy, którym się chciało.

Anna Mateja / Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii / Wydawnictwo Czarne

Ganbare! Dasz radę! Wytrzymasz!

Japończycy zaślubieni tsunami i energii atomowej.
Jak żyć, gdy w ciągu paru minut zniknie twój dom, twoja wioska i połowa twojej rodziny? Czy wiesz, jak się zachować, gdy poczujesz trzęsienie ziemi? Czy wiesz, co zrobić, gdy usłyszysz alarm obwieszczający tsunami? Czy wiesz, że ściana wody może mieć siedem, siedemnacie i dwadzieścia siedem metrów? Dlaczego w kraju nawiedzanym regularnie przez tsunami elektrownie atomowe buduje się nad brzegiem oceanu?

Książka o niesłychanie silnym związku człowieka z przyrodą i o konsekwencjach ludzkiej pychy, ale też o zwykłym życiu dziejącym się w cieniu zagrożenia. Bo tak już jest z dziada pradziada. Bo człowiek ma krótką pamięć? Boni nie zabiera nas do Tokio, ale do małych rybackich wiosek, na północno-wschodnią część wyspy Honsiu w Region Tōhoku.

Opis awarii elektrowni atomowej śledzimy minuta po minucie i gryziemy paznokcie. Grozę nadciągającej fali odczuwamy niemal na własnej skórze. Czujemy się trochę bardziej Japończykami. Nie tymi od telefonów, aparatów, technologii i manghi, tylko tymi bardzo podobnymi do nas mieszkającymi tak daleko, a nagle jakby po sąsiedzku.

I jeszcze – ile jest rodzajów sake? I czy można jeść jajowody łososia? Japonia od trochę mniej zmitologizowanej strony jest naznaczona wielkimi falami, wstrząsami, rządowymi kłamstwami w kwestii energii atomowej, ale jest też krajem niesłychanie sensualnym, miejscem odkrywania smaków, zapachów i ludzi, którzy żyją wśród duchów. Bardzo, bardzo warto. Świetne pióro Katarzyny Boni – w poprzednim wcieleniu z całą pewnością Japonki.

Katarzyna Boni / Ganbare! Warsztaty umierania / wyd. Agora

Książkę możecie kupić tutaj
Możecie też zajrzeć do Bookowskiego 🙂