Tag Archives: Wydawnictwo Czarne

Ilona Wiśniewska: Grenlandczycy śmieją się od serca

Czytałam Twoją książkę “Lud. Z grenlandzkiej wyspy” (wyd. Czarne) z mapą Grenlandii przed oczami, okazuje się, że wcale nie jest tak daleko – z Poznania bardzo łatwo dostać się na Islandię, a tam dzieli nas już tylko „żabi skok” od Grenlandii. Okropnie kurczą się odległości. To trochę przerażające.

Jesteśmy na Festiwalu literackim Patrząc na Wchód i wiele krajów nagle stało się bliskich – Białoruś i Buriacja, daleka rosyjska Syberia i Grenlandia. Redefiniujemy znaczenie słów „zachód” i „wschód”. Cywilizacyjny postęp okazuje się dla jednych koniecznością, dla innych widmem destrukcyjnych zmian. Gdzie na Grenlandii jest wschód i zachód i czy strony świata mają tam jakiekolwiek znaczenie?

Z tego co wiem, strony świata mają tam bardzo duże znaczenie, bo Grenlandia dzieli się na cztery dość oczywiste części – wschód i zachód, północ i południe. We wschodniej Grenlandii mówi się trochę innym językiem, na samej Północy też grenlandzki jest bardziej podobny do języka Inuitów z Kanady. Ja byłam na małej wyspie u północno-zachodnich wybrzeży i nie wiem, jak jest w innych częściach tego kraju. Bazuję na tym, co opowiadali sami Grenlandczycy.

Continue reading

Serce pasowało

Gdzie konstruowano po nocach pierwsze polskie płucoserce przejmujące pracę tych organów w trakcie poważnych operacji? Moi drodzy – W CEGIELSZCZOKU. Tak właśnie. Kardiochirurdzy żyją obok nas i mają niezłą ambę. Co ich pcha, żeby łapać Boga za nogi? Czy pamiętacie, że parędziesiąt lat temu wierzono, że serca nie da się zoperować, bo tam wszak mieszka dusza, emocje i całe “ja” człowieka? Kim są ludzie, którzy zszywają dziś rany na sercach ludzkich i przeszczepiają nerki? Jak bardzo polscy transplantolodzy musieli gonić swoich kolegów zza oceanu, gdy wreszcie komunizm upadł i do naszego kraju zaczęła swobodnie napływać wiedza medyczna, o której wcześniej nikomu się tu nie śniło? W tej książce poleją się hektolitry kawy, będzie w niej mało snu i dużo odwagi, i potężne mózgi lekarzy, którym się chciało.

Anna Mateja / Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii / Wydawnictwo Czarne

Chrapiący ptak

Nie sądziłam, że to będzie taka niemiecko-szkoco-żydowsko-polsko-amerykańska epopeja (niemal 600 stron). Przez kilka kontynentów. Z Darwinem w tle. Na styku przyrodoznawstwa i biologii, obok genetyki i fizyki molekularnej.

Heinrichowie pochodzą z majątku Borówki w dzisiejszym kujawsko-pomorskim. Ich życie poddane wpływowi kolejnych wojen toczy się gwałtownie i dzięki zbiegom okoliczności i szczęśliwym przypadkom – rodzina po drugiej wojnie światowej osiada czasowo (w warunkach waldenowskich) w lesie w Niemczech, by w końcu wyemigrować do Stanów Zjednoczonych. Wszystko to na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Po drodze są wyprawy do Bułgarii, Rumunii, Birmy, w końcu do Afryki. A na końcu znów Polska.

Ojciec Bernda poświęcił swoje życie gąsienicznikom czyli dość przerażającym nie do końca owadom prowadzącym nieco pasożytniczy styl życia… W Polsce jest ich coś koło trzech tysięcy gatunków. A “papa” Bernda zjeździł za nimi pół świata. Zarabiał polowaniem na ptaki i wypychaniem ich dla muzeów m.in. w Berlinie i Nowym Jorku (do dziś tam są opisane jego nazwiskiem i służą badaczom). Co ciekawe, jego wytrwałymi pracowniczkami (preparowały skórki) były jego dwie kolejne partnerki życiowe. Mimo, że sponsorzy wypraw twierdzili, że z babami to te wyprawy są nic nie warte… Czy muszę dodawać, jak bardzo się mylili? 😉

Gerd Heinrich napisał i z niemałym trudem opublikował olbrzymi “katalog” gąsieniczników. Dzieło, do którego zajrzało pewnie kilka osób. Pewnego dnia, grzebiąc w starociach na strychu domu swojej matki – Bernd odkrywa nieco przybrudzoną książkę ojca. I postanawia w pewnym sensie oddać ojcu sprawiedliwość, opisać jego życie, którym zasłużył na trochę lepsze miejsce w gronie badaczy przyrody.

Książka zawiera kapitalne historie rodzinne (choćby ta o narodzinach Bernda w Lebensbornie) oraz przyrodnicze. To opowieść o rozwoju biologii i sporów wewnątrz środowiska czyli naukowcy vs przyrodnicy. Jest w niej ogrom miłości do natury i lęk o jej przyszłość, jeśli najgroźniejsze zwierzę na ziemi – człowiek – nie zastopuje swoich zapędów. Jest w “Chrapiącym ptaku” dużo łatwo-przyswajalnej wiedzy przyrodniczej, bo autor po ogłoszeniu kilku rozpraw naukowych zaczął pisać artykuły popularnonaukowe, zrozumiale dla większego grona odbiorców. Profesor Bernd Heinrich jest dziś na emeryturze, napisał kilkanaście książek, dwie z nich możecie przeczytać po polsku (oprócz “Chrapiącego…” jest jeszcze “Wieczne życie. O zwierzęcej formie śmierci”)

Bernd Heinrich / Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii / tłum. Michał Szczubiałka / seria: Menażeria / wyd. Czarne

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi. Iza Klementowska

Ciril Pedrosa rysując album “Portugalia”, w którym opisuje historię chłopaka poszukującego swoich korzeni, użył zmiennej kolorystyki. Akcja powieści graficznej dzieje się we Francji i w Portugalii. Gdy przemieszczamy się do Portugalii rysunki zyskują ciepłe barwy, dominują odcienie żółci i pomarańczu. Bohatera otacza język, z którego nie rozumie ani słowa. Nurza się w tej słonecznej rzeczywistości i zanim zacznie poszukiwać swojej historii, po prostu jest.  Słucha języka jak muzyki i po prostu jest. O takich samych początkach swojej portugalskiej podróży opowiedziała nam Iza Klementowska. Dlatego również fotograficznie przeniesiemy się na ciepłe i kawowo-winne ulice Lizbony, a może i Mozambiku… Za nami drugie spotkanie z cyklu Reporterzy z Winiarni. Poniżej tekst-impresja Izy Klementowskiej – autorki “Samotności Portugalczyka”, “Minut” oraz “Szkieletu białego słonia” –  i dialogi niezrównanej publiczności. Cykl zakończymy ósmego września spotkaniem z Mikołajem Golachowskim ( jego książki TUTAJ). Ciepło nie będzie. Będzie o Antarktyce. Zapraszamy! Z serdecznym ahoj! Winiarnia pod Czarnym Kotem & Bookowscy

Za spotkaniowe portugalskie kadry dziękujemy Pawłowi Piekarskiemu!

_H2B0636

Reporterzy z Winiarni. Odcinek drugi – Miejsce Spotkań. Iza Klementowska

Bufetowy Marcin zaczął od pytania: – Napijesz się wina? Jeszcze dwie minuty wcześniej szłam po zadziwiająco pustej ulicy i od tego nie-dziania się z każdym krokiem robiło mi się coraz bardziej sennie. Przez prawie pięćset metrów nie spotkałam ani jednego człowieka, z bocznej ulicy wyjechał samochód i szybko zniknął pozostawiając mnie jedynie z szumem drzew i odgłosem stąpania własnych, cichych przecież ze swej natury, tenisówek. Próg Winiarni pod Czarnym Kotem zmienił wszystko. Jakby ktoś przewrócił niezapisaną kartkę na drugą stronę pełną liter. W środku bowiem mrowie ludzi, oczy nagle przestały rozumieć, na kogo mają patrzeć, więc wzrok latał od stolika do stolika, zaczepiając po drodze o półkę z książkami zawieszoną na ciemnoszarej ścianie środkowego pomieszczenia i rzędy pustych krzeseł oczekujących na czytelników. Maria  przechwyciła mnie w odpowiednim momencie – zanim mózg zdążył opanować lęk przed dużą liczbą osób i nieśmiałość znowu dałaby o sobie znać. Skupiłam się na niej. A zaraz po niej na Bufetowym Marcinie i jego powitalnym pytaniu, które później okazało się bardzo powtarzalne, co akurat w miejscu takim jak Winiarnia nie powinno chyba dziwić. I pytań zaczęło być coraz więcej. Punkt 20:00 środkowa sala, do tej pory pusta jak dziurawa szalupa, do której nikt nie chce wejść, nagle wypełniła się. Wzięta w dwa ognie przez Marię i Bufetowego, pod obstrzałem kilkudziesięciu par oczu naprzeciwko, oddaliłam się najpierw do Lizbony, później do Maputo, a potem skakałam z jednego kontynentu na drugi próbując sama przed sobą zrozumieć, jakie licho zaniosło mnie w tamte okolice, że teraz o wszystkim odważam się opowiadać. Do uszu docierał szum rozmów i muzyki z przyległych sal, czasem ryk motocyklowego silnika przejeżdżającego przez ulicę przylegającą do patio Winiarni, ale mój mózg skupiony był na kolejnych obrazach wywołanych przez pytania Marii. O Antonio de Oliveirę Salazara – widziałam go nad talerzem pełnym uwielbianego przez niego drobiu, by za chwilę ujrzeć puste talerze więźniów jego dyktatury. O trzy Marie oskarżone za napisanie obrazoburczej książki – widziałam stosy egzemplarzy „Nowych Listów Portugalskich” wyrzuconych przez cenzurę na śmietnik. O mozambijskich Portugalczyków – widziałam Anę Abrantes, która ścina liście bananowca, żeby móc zobaczyć, kto wprowadził się do byłego domu przyjaciółki, która musiała opuścić Afrykę. O Mia Couto – widziałam go z oczami pełnymi łez, stojącego na stadionie z tysiącem innych, czekających aż portugalską flagę na maszcie zastąpi w końcu flaga niepodległego Mozambiku. O segregację rasową – widziałam ulicę Caldasa Xaviera, która jeszcze pięćdziesiąt lat temu oddzielała dzielnicę zamieszkiwaną przez białych od tej dla czarnych, a teraz jest miejscem swobodnych spotkań wszystkich nacji, jakie zamieszkują Maputo. I pomyślałam sobie, że Winiarnia pod Czarnym Kotem też jest takim miejscem, w którym historie z odległych stron świata spotykają się i mieszają z opowieściami z sąsiedniej ulicy. Przetrwa, dopóki ludzie będą chcieli ich słuchać, a Bufetowemu Marcinowi nigdy nie zabraknie ochoty, by pytać: – Napijesz się wina?

A CO NAM ZOSTAŁO? Rozmowy przy winie. Dzień drugi

Czego się napijesz? Piwo… Lane? Belgijskie?… Lech z sokiem… Nie ma! Belgijskie “Lev” Jest!…Nie idź w lewo… Idę w lewo…Lato się kończy a vinho verde znowu nie ma…A co nam zostało?…Czy na pewno jest tak źle, tak smutno?… Co czułaś będąc w Lizbonie?… Radość, słońce, wolność!… A saudade?…Ono unosi się tam w powietrzu…A w Polsce, co czujesz?… Czuję bezgraniczną tęsknotę za Lizboną!…Przywieź mi proszę sukienkę i sandały! Które? Te ślubne!…A Bufetowy wina portugalskie za wysoko postawił i teraz człowiek normalnie sięgnąć nie może! Małe ludzie też chcą wydać tu pieniądze!… Nudzisz się?… Nieee…Ale kupisz mi jakąś przegryzkę? …Zabierzesz mnie do Lizbony?…Ale ja już byłem w Lizbonie, ale tak, zabiorę cię!…Dlaczego mamy ten smutek wspólny?…Wiem czego nie chcę, ale nie wiem czego chcę, ot co… Hm, to głębokie, co powiedziałaś… Wiem, że nie chcę oliwek, ale chcę makaron z kurkami!… Ciekawe, na ile obcokrajowcy odbierają Portugalię tak melancholijnie, a na ile Portugalczycy tak sami siebie odbierają?…Portugalskie wino kiepsko w Winiarni reprezentowane…Pora to zmienić!…A gdzie porto???… Nie ma, nie słyszałaś? Salazar nie lubił!… Pamiętasz, jak byliśmy w knajpie gdzieś wewnątrz Portugalii? W małym miasteczku, przy rynku. Taka dla lokalsów…. Mhm…Była tam starsza pani, która zaciągnęła Gosię na zaplecze do swoich wnuków… Acha!…Było w niej tyle ciepła i w ogóle…Portugalia… Myślałam, że po spotkaniu już nic mnie w niej nie zaciekawi. Że zostanie mi opowiedziane zbyt wiele. A okazało się, że chcę wiedzieć coraz więcej i oszczędzać jeszcze mocniej na bilet do Lizbony i jeszcze dalej w Portugalię!… Napijesz się wina? Białe? Czerwone?…

 

_H2B0503

_H2B0590

_H2B0579

Untitled-3

Untitled-1

_H2B0580

_H2B0585

_H2B0599

_H2B0596

 

Samotność w Portugalii

W tej książce nazwa wina – “porto” – pojawia się raz i to tylko dlatego, że nie przepadał za nim António Salazar. Tak sobie myślę, że ilekroć wychodzi książka o Rumunii, zastanawiam się czy znów jest o securitate. Tu mam Portugalię i opowieść o podobnej traumie po reżimie Salazara. To jest też o smutku kraju na początku/na końcu kontynentu. O drugiej stronie kolonizacji czyli ludziach urodzonych w afrykańskich koloniach Portugalii, którzy w 1974/75 i później musieli opuścić swoje domy i posiadłości. Wrócili do “ojczyzny”, w której nie czują się do końca sobą, nie są swoi, są trochę obcy. Myślę też, że opowieść o cudzie Fatimskim, którym byłam ciężko zafascynowana w wieku szkolnym – mógłby rozpisać na wiele rozdziałów Piotr Nesterowicz – jak Matka Boska mogła skończyć z cudami w tym miejscu i tak po prostu zostawić ludzi samym sobie? Portugalia – kraj zadumany, kontemplujący swój los, rozmyślający o przeszłości, podskórnie tęskniący za potęgą, świadomie pokutujący za grzechy kolonializmu.
Gdyby nie hordy turystów i niepokój wywołany problemami ekonomiczno-politycznymi Portugalia mogłaby być miejscem z naszych wyobrażeń. A tak? A tak jest trochę inaczej…

Iza Klementowska / Samotność Portugalczyka / Wydawnictwo Czarne

Książkę kupicie TUTAJ

Albo wpadnijcie do Bookowskiego!

Reporterzy z Winiarni. Odcinek pierwszy. Katarzyna Boni

Latem lepiej pracuje się przy lampce wina i z widokiem na przechodniów. Do tego kawa, tarta z truskawkami i kawałeczek zieleni za oknem. Wymyślił tę naszą współpracę szalony Marcin Piotr “Bufetowy” Kubiak znany albo kryjący się pod nazwą Winiarnia pod Czarnym Kotem. A że ja dla bułeczek tymiankowych Doroty “Bufetowej” zrobiłabym wiele, no to zrobiłam. Cykl spotkań zatytułowaliśmy “Reporterzy z Winiarni”. Sednem sprawy jest tu rozmowa o miejscach, ludziach, smakach i zapachach. Zaproszenie do Winiarni przyjęli: Katarzyna Boni, Iza Klementowska i Mikołaj Golachowski. Spotykamy się co dwa tygodnie z kolejną autorką/autorem. I do tego trochę piszemy. Bo małym a sympatycznym owocem spotkań są mikro-opwieści naszych gości o Winiarni oraz dialogi, które dopisuje Publiczność. Piszę Publiczność, bo to Publiczność wspaniała. Dwadzieścia osiem osób dopisało kolejne linijki “Rozmów przy winie”. Mamy takie przeczucie, że na kolejnym spotkaniu odważą się już wszyscy.

Kolejność spotkań:

11 sierpnia 2016, godz. 20:00 / Katarzyna Boni (o jej książce pisaliśmy TU)

25 sierpnia 2016, godz. 20:00 / Iza Klementowska

08 września 2016, godz. 20:00 / Mikołaj Golachowski

Tymczasem poniżej pierwszy rozdział opowieści, który powstał w Winiarni pod Czarnym Kotem jedenastego sierpnia tego roku.

Reporterzy z Winiarni. Odcinek pierwszy. Katarzyna Boni

Zaplanowałam to sobie tak: wejdę do środka Winiarni – miejsca, którego nigdy wcześniej nie widziałam – spojrzę na ściany, popatrzę na ludzi, posłucham rozmów, zapamiętam zapachy. A potem to wszystko opiszę. Krótki reportaż o zmysłach – czyli o tym, co najbardziej subiektywne.

Chciałam napisać o intensywnie szarym kolorze ścian. I o tych wzorzystych kaflach na łazienkowej podłodze (bo skojarzyły mi się z rozgrzanym powietrzem Hiszpanii, ostrym zapachem oliwy i słońcem, które rozleniwia i zachęca do drzemki na ocienionym tarasie). O smaku wina też chciałam napisać. O gwarze rozmów. I o późnym sierpniowym wieczorze, który – choć zimny jak na lato – to dla mnie był tak gorący, że nawet zapomniałam, że wzięłam ze sobą sweter.

Ale tak naprawdę zupełnie, co innego przyciągnęło moją uwagę. Chociażby ta butelka wina ze złoto-niebieską etykietką. I rozgrzana żeliwna patelnia z  usmażonymi kawałkami hiszpańskiej kiełbasy. Uśmiech (a właściwie dołeczki) mężczyzny, kiedy mówił o stópkach Maryi w Licheniu (tamtego dnia zatrzymałam się w sanktuarium w drodze do Poznania, czasu starczyło tylko na obiad w domu pielgrzyma, stópek już nie widziałam). Głos kobiety z długimi i jasnymi włosami – o kilka tonów wyższy od głosów otaczających ją dziewczyn. Powoli zapadający zmrok i ludzie, którzy przesuwają krzesełka na chodnik, na ulicę prawie, byleby jeszcze chwilę korzystać z końca lata. I to, jak znika światło a ci, którzy siedzą na poduchach na parapecie, zamieniają się na tle okna w cienie.

W dłoni czułam chłodny kieliszek, przed sobą widziałam twarze, które nawzajem się zasłaniają (migało tylko pojedyncze oko, czyjeś usta, koszula w kratę, srebrna bransoletka i ręce poprawiające włosy). A przecież jednocześnie wracałam pamięcią do zimnego Pacyfiku, do pustych miast, w których knajpy zarastają pajęczynami, do dźwięków Theloniusa Monka, granego w „Cafe de monk”, do smaku ryby sajry szykowanej przez babcię Abe i do silnego akcentu z północy Japonii. W mojej głowie spotykały się dwie rzeczywistości. W tej pierwszej próbowałam opowiedzieć tę drugą.

Co jeszcze pamiętam? Zaskoczenie – że to już! Bo nie pamiętam, kiedy na zewnątrz zrobiło się zupełnie ciemno. I jeszcze spojrzenie tego psa, który wzrokiem próbował wyżebrać tymiankową bułeczkę.

A smaku wina nie pamiętam. Ale musiało być dobre, skoro butelka z niebiesko-złotą etykietą wróciła do mnie do domu.

JAKIE WINO? DUŻO I MOKRE Rozmowy przy winie. Dzień pierwszy. 

Jesteśmy tu kolejny czwartek z rzędu i za każdym razem pełno ludzi. W sumie, wcale mnie to nie dziwi…Jesteś moim największym rozczarowaniem…Strach to taki kot, którego możemy oswoić, wtedy zacznie mruczeć, jednak kot jak kot, może ugryźć lub podrapać… O czym tu rozmawiałam? No… Nie rozmawiałam, bo dziś przyszłam, tu pierwszy raz… Ale! Na pewno wrócę i pogadam. Słyszałam, że tu miło i mnóstwo miłych ludzi. No i prawda! … Chyba wezmę dwie porcje pierogów i wodę dla psa… Czy kufelek z którego pijesz piwo ma znaczenie? A może rzecz dotyczy tylko wina? Myślę, że ważne jest też kto nalewa. I z kim pijesz. Ja chyba wolę narzekać przy winie… “Tu się wszystko zaczęło”. Magda i Mateusz?!… O Zygmuncie Miłoszewskim i jego miłej aparycji… Jezioro było dziś kurewsko zimne… Słuchaj, nie jest ważne czy nastąpi koniec świata, ważne czy będzie gdzie usiąść…  Gyokuro wypite w czarce od Seigan Yamane na plaży przy zachodzie słońca to moja wizja Japonii. Czy herbatą pachnie Japonia?… Historie z życia wzięte… Nie widziałyśmy się chyba od pięciu lat… Ciemno już, muszę uciekać. … Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Słucham, ale nie słyszę… Zawsze będziesz dla mnie ważna, nie ma to znaczenia, że jestem Twoją przełożoną… Jezu znowu tłum… A pamiętasz – kiedyś zamówiło się pizzę na telefon i było kameralnie. No – a teraz!? Z czego ci ludzie się tak cieszą? … Ale czy naprawdę trzeba rozmawiać z jedną osobą o wszystkim? Chyba najlepiej móc rozmawiać z tysiącem różnych osób…  Jakie wino? Mokre i dużo…  Jeżeli warsztaty umierania, to jedno zdanie mi przychodzi go głowy: “śni mi się, że umieram”. Bardzo często…  Jestem jak kręgi na wodzie…  No właśnie – dlaczego nie czujemy, nie szanujemy często życia? Czy dlatego, że nie żyjemy w ciągłym zagrożeniu? Bo nie trzęsie się ziemia? Nie ma wulkanów? Jak dobrze być tutaj z wami, jem, zerwałam się z łańcucha… Coraz więcej kultury w winiarni… Czy to nie dzisiaj spadają perseidy? Takie tu wino, że ja tu powieść machnę!… Wino domowe będzie, ale muszę je schłodzić… Może być ciepłe! … No bo jest ciemno i zimno i nie chce stać w ciemnie i zimnie, i czekać, gdy ciemno i zimno…  To takie miejsce, gdzie zapach wina wypełnia myśli miejskiego wędrowca. Czarny kot mruga czule do naszej codzienności, tu i teraz…  Musimy już stąd iść, bo on tu jest. Ale przyszłyśmy tu, bo on tu jest. No wiem, ale musimy już stąd iść…

5

11

9

Autorem fotografii jest Paweł Piekarski!

Bookowski skończył trzy lata (o rany!) Ilona Wiśniewska naszym urodzinowym gościem. W słoneczny dzień zabrała nas na Spitsbergen i w ostępy Północnej Norwegii (dzięki swoim książkom “Białe” i “Hen”). I to wszystko w prze-gościnnych murach Winiarni pod Czarnym Kotem <3